„Jedna bitwa po drugiej” i „Eddington”. Skrajna lewica i skrajna prawica w amerykańskim kinie
Filmy takie jak Jedna bitwa po drugiej oraz Eddington nie są tylko efektem bujnej wyobraźni scenarzystów i reżysera. Zarówno zabójstwo Charliego Kirka, jak i śmierć Renee Good z rąk ICE są niczym żywcem wyjęte ze scenariusza tych dwóch filmów. Ameryka zdaje się pogrążać w chaosie, zaś wzajemnie zwalczające się siły antysystemowe – skrajna prawica i skrajna lewica – są do siebie bardziej podobne, niż może to się wydawać na pierwszy rzut oka. Co zatem o współczesnej sytuacji politycznej w USA mówi nam amerykańskie kino? Co łączy alt-right i alt-left? I w końcu – czy Stany Zjednoczone czeka wojna domowa?
„Lewak” i „prawak”, czyli antywspólnotowi bracia bliźniacy
Jednym z głośniejszych filmów zeszłego roku była obsypana nagrodami Jedna bitwa po drugiej Paula Thomasa Andersona. Główny bohater, Bob Ferguson (grany przez Leonardo DiCaprio), jest członkiem skrajnie lewicowej organizacji terrorystycznej. Po tym, jak zostaje ona zdekonspirowana, Bob prowadzi życie na marginesie systemu społecznego.
Nie angażuje się w politykę, nie wiadomo, czy gdzieś pracuje i czy utrzymuje jakieś kontakty towarzyskie. Całe dni mijają mu na paleniu marihuany i oglądaniu telewizji. Przypomina trochę Kolesia z filmu Big Lebowski, z tą różnicą, że żyje w ciągłej paranoi, iż państwo go znajdzie i zamknie (nie bez powodu – Ferguson jest poszukiwanym przez służby zamachowcem).
Choć nie żyje mu się najgorzej, to uważa Amerykę za państwo faszystowskie. Zamykanie granic przed migrantami i ściganie wszystkich, którzy próbują tę granicę sforsować – oto dowody na faszyzm państwa amerykańskiego według Fergusona.
Znamienne jest, że on sam sprawia wrażenie bycia obcym we własnym kraju. Nie utożsamia się z nim i jest odcięty od jego struktur. Jest outsiderem, który żyje w USA przez przypadek – los chciał, że urodził się akurat tam. Jest lojalny, ale jedynie wobec najbliższych sobie osób i tych, którzy podzielają jego wywrotowe poglądy.
O ile Bob Ferguson jest ukazaną na wielkim ekranie figurą lewicowego antysystemowca, to inna produkcja filmowa z zeszłego roku – Eddington – pokazuje nam z kolei jej lustrzane odbicie – antysystemowca prawicowego.
Joe, grany przez Joaquina Phoenixa, jest członkiem sformalizowanych instytucji państwa. Pracuje jako szeryf w niewielkim miasteczku, ma dom, żonę, znajomych z pracy i pewien szacunek lokalnej społeczności. Pomimo pozorów państwowca i społecznika, w głębi duszy jest jednak libertarianinem, przedstawicielem nowej alt-rightowej Ameryki.
W trakcie pandemii covidowej Joe nie tylko nie chce przestrzegać wprowadzonych restrykcji sanitarnych, ale wręcz zachęca innych do ich łamania. Otwarcie sprzeciwia się decyzjom władz (mimo iż sam jest ich przedstawicielem), co staje się początkiem jego kariery politycznej – na fali kontrowersji związanych z pandemią postanawia wystartować w wyborach na burmistrza.
Nie robi tego jednak z chęci pomocy swojej społeczności, lecz w ramach osobistego buntu. Joe chce bronić własnej, osobistej wolności, która – jego zdaniem – jest zagrożona.
W toku fabuły filmu jego lekceważący stosunek do systemu eskaluje. Joe zaczyna naginać zasady moralne i łamać prawo, aż do poziomu, w którym aktywnie krzywdzi innych, aby zyskać osobistą korzyść. Trudno więc powiedzieć, czy chce służyć rzeczywiście czemuś większemu, czy raczej chodzi mu o własny interes.
Zestawienie tych dwóch postaci pokazuje nam – w krzywym zwierciadle – dwa główne kierunki alternatywnych ruchów amerykańskiej polityki. Lewicowiec, choć ma odruch wspólnotowy, to działa poza strukturami państwa i chce je zniszczyć, uważając je za zło samo w sobie. Natomiast prawicowiec chce je podtrzymać, ale nie w imię dobra wspólnego, lecz po to, aby służyły one jego własnym, partykularnym celom.
Tym, co łączy ich obu, jest brak wiary w nadrzędną nad jednostką wspólnotę narodową. „Lewak” jest lojalny wyłącznie wobec swojego „plemienia” – niewielkiej grupy osób, które są mu bliskie emocjonalnie i ideowo. Natomiast „prawak” jest „samotnym jeźdźcem”, grającym na własny rachunek. Chociaż ma rodzinę i kolegów z pracy, jest gotów ich zdradzić i wykorzystać, gdy sam poczuje się zagrożony.
Także prawo nie cieszy się zbyt wielkim poważaniem u obu bohaterów. Zamachowiec, grany przez DiCaprio, odrzuca je w sposób dość otwarty i radykalny, natomiast szeryf, grany przez Phoenixa, prześlizguje się między jego meandrami, naginając je do własnych celów.
Jeden bohater jest więc wytworem lewicowej, plemiennej polityki tożsamości, a drugi – alt-rightowego, nihilistycznego libertarianizmu. Obaj finalnie kończą jako polityczni ekstremiści z bronią w ręku walczący z siłami, które – w ich odczuciu – chcą zawładnąć ich małym światem. Przyjrzyjmy się więc postaciom reprezentującym owe opresyjne struktury.
Pomiędzy „białym mężczyzną” a liberalnym technokratą
Głównym antagonistą w filmie Jedna bitwa po drugiej jest pułkownik Steven Lockjaw. Dowodzi jednostką wojskową, która zajmuje się ściganiem nielegalnych imigrantów. Nie jest on jednak typowym, twardogłowym trepem, jakiego znamy z hollywoodzkich produkcji, doprowadzającym do tragedii przez ślepe wykonywanie rozkazów.
Choć sprawia wrażenie służbisty, to ciężko go tak nazwać. Lockjaw łamie wyznawane przez siebie zasady, nagina procedury i wykorzystuje wojsko do własnych celów.
Podobnie jak szeryf Joe z Eddington, działa on w strukturach państwa. Ale znów – tak jak postać grana przez Phoenixa – traktuje je jako narzędzie budowania osobistej kariery. Nie służy narodowi amerykańskiemu. Gdy tylko nadarza się okazja – zdradza go, oddając się w służbę tajnej organizacji.
Lockjaw co prawda łaknie porządku. Jednak nie dlatego, żeby zapewnić bezpieczeństwo społeczeństwu, ale po to, aby uzyskać poczucie władzy i możliwość realizowania własnych ambicji. W zasadzie to nie jest nawet integralnym rasistą, za jakiego się uważa – bo pomimo swojej pogardy dla Afroamerykanów wdaje się w romans z czarnoskórą kobietą.
Z kolei w Eddington symbolem systemu, z którym walczy szeryf Joe, jest burmistrz tytułowego miasta. Grany przez Pedro Pascala Ted Garcia jest uosobieniem polityka-technokraty. Nie jest on tak otwarcie zdemoralizowany jak Lockjaw z Jednej bitwy po drugiej.
Wydaje się być wręcz przyzwoitym (jak na standardy polityka) człowiekiem. Jego grzechem jest jednak pycha. Jest przekonany, że jego pozycja, wykształcenie i status majątkowy same z siebie sprawiają, że wie lepiej, czego potrzebują mieszkańcy – i to lepiej nawet od samych zainteresowanych. Jest to powszechny dziś wśród politycznych elit typ myślenia merytokratycznego, o którego krytyce pisał szerzej Michał Rzeczycki na łamach Klubu Jagiellońskiego.
Burmistrz, wprowadzając restrykcje covidowe, po prostu robi to, co sugerują mu eksperci – niezależnie od tego, czy ma to sens i czy popierają to mieszkańcy miasta. Nie uważa, że musi konsultować swoje decyzje z kimś więcej poza specjalistami, bo zgodnie z merytokratycznym paradygmatem eksperci „wiedzą lepiej”.
Znamienne są też jego związki z wielkim kapitałem technologicznym. Garcia jest zwolennikiem budowy w Eddington wielkiego centrum obliczeniowego. Nie bardzo interesuje go, jaki ta inwestycja będzie mieć wpływ na życie w mieście. Liczy się dla niego postęp, a potrzeba konfrontacji z opiniami innych go irytuje. W pogoni za rozwojem traci z oczu wspólnotę, której przecież miał służyć.
Obaj panowie są reprezentantami państwa, lecz w różnych odsłonach. Lockjaw to przedstawiciel państwowej przemocy w starym stylu – w mundurze i z karabinem w ręku. Natomiast Garcia to produkt kontroli państwowej nowego typu, bardziej wysublimowanej, posługującej się siłą pieniądza, otoczką prestiżu i zasłaniającej się tarczą merytokratycznej kompetencji.
Obaj kończą tragicznie – zapatrzeni w swoje ambicje i cele nie dostrzegają sił, które złowieszczo krążą wokół nich. Giną, bo nie byli w stanie w porę rozpoznać zagrożenia i konfliktów, które wciągały ich w swoją orbitę i którym za chwilę przyjrzymy się nieco bliżej.
Polityczny konflikt, który w istocie jest wojną nihilizmów
Pomimo politycznego charakteru obu filmów trudno w nich znaleźć jakieś starcie przeciwstawnych wartości czy różnych wizji polityki. Bohaterowie wydają się być pchani nie tyle jakimiś głębokimi przekonaniami ideowymi, co odruchowymi reakcjami lub raczej – bezosobowymi, zakulisowymi siłami, które prowadzą ich do starcia z systemem.
Jedna bitwa po drugiej opowiada nie tyle o konflikcie politycznym, co raczej o starciu porządku z chaosem. Charakterystyczna jest tutaj postać Perfidii – kochanki głównego bohaterka, „urodzonej rewolucjonistki” – jak ją określa w filmie jej matka.
W zasadzie trudno powiedzieć, czy ma ona jakiś inny cel niż po prostu rozwalenie systemu, w którym żyje. Co więcej, Perfidia nie tylko stara się zniszczyć państwo, ale rozbija też swoją rodzinę, a finalnie – także organizację, do której należy. Jest jak czysty chaos, ślepo i bezmyślnie dążący do anihilacji ładu; nawet takiego, który służy jej samej.
Przeciw niej staje porządek. Jednak jest on – podobnie jak chaos Perfidii – również w jakimś sensie autoteliczny. Jest to porządek pozbawiony odniesienia do wyższych wartości, będący porządkiem dla samego porządku. Przykładem tego jest tajna organizacja multimilionerów i wpływowych polityków, która pociąga w filmie za wszystkie sznurki.
Ona także nie wyznaje żadnych wyższych idei, nawet złowrogich. Nie ma żadnego planu eksterminacji ludzi czy przebudowy państwa – nie służy niczemu innemu niż po prostu utrzymaniu swojej uprzywilejowanej pozycji i czystości rasowej własnych członków. Jej pustka ideowa przejawia się również w absurdalnej symbolice, odnoszącej się do postaci Świętego Mikołaja.
W Jednej bitwie po drugiej mamy więc dwie siły – chaos i ład – splątane ze sobą w odwiecznej, bezsensownej i niekończącej się walce. Bohaterowie nie są w stanie się im przeciwstawić ani od nich uciec.
Także świat przedstawiony w Eddington wydaje się być pogrążony w aksjologicznej pustce. Ta zaś jest przykryta warstwą pozornych politycznych różnic. Szeryf Joe jest „sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem”, który „bierze sprawy w swoje ręce”.
Jego losy pokazują, jak krótkowzroczny jest nihilistyczny libertarianizm, który w ramach ekonomicznego wyzwalania człowieka uwalnia go też od zewnętrznej moralności. Nie uznając bowiem uniwersalnych norm, nie ma się też podstaw, aby domagać się od innych ich przestrzegania.
Dobrze widać to w scenie, gdy Joe w ramach kampanii wyborczej postanawia oskarżyć burmistrza o przestępstwo na podstawie pogłosek. Gdy okazują się one nieprawdą i boleśnie uderzają w samego szeryfa, jedzie on na imprezę swojego kontrkandydata. Jako widzowie spodziewamy się, że urządzi mu awanturę i oskarży o zrujnowanie życia.
Na miejscu okazuje się jednak, że nie ma mu właściwie nic do powiedzenia. Nie uznając reguł moralnych, nie ma argumentów do moralizowania burmistrza. W świecie nihilistycznego libertarianizmu po prostu wygrywa silniejszy i tym razem – nie był to Joe.
Szeryfowi pozostaje więc jedno – przemoc. Jednak znów – taka, za którą nie stoi żadna idea. Znamienne jest, że zabójstwa na swoim kontrkandydacie dokonuje z ukrycia, a winę próbuje zrzucić na innych.
Nie jest więc ono żadnym manifestem jego poglądów, tryumfem wolności czy sprawy, o którą walczy. Po prostu chciał go zabić i to zrobił, po czym próbuje za wszelką cenę uniknąć odpowiedzialności za swój czyn.
Zresztą jego antagonista, Ted Garcia, wydaje się kierować podobnymi zasadami. Mając wpływy, pieniądze i wykształcenie po prostu realizuje swoje wizje i przekonania. Nie czuje emocjonalnego związku z mieszkańcami miasta ani specjalnej odpowiedzialności za to, jak radzą sobie w prywatnym życiu.
Pomimo politycznego tła, w Eddington nie mamy konfliktu idei. Jest to raczej walka indywiduów, „cząstek elementarnych”, które krążą w przestrzeni, wchodzą ze sobą w reakcje, a czasem boleśnie się zderzają . W ich świecie nie ma wyższych wartości, które nadawałyby im stały kierunek.
Jest to w jakimś sensie kontynuacja społecznego rozkładu, który widzieliśmy w filmie To nie jest kraj dla starych ludzi, produkcji sprzed prawie 20 lat. Tamtejszy szeryf, grany przez Tommy’ego Lee Jonesa, już wtedy żył w świecie pozbawionym wartości; jednak pamiętał jeszcze dawne czasy, gdy zasay miały jeszcze znaczenie.
Choć były już tylko wspomnieniem, to wciąż stanowiły dla niego punkt odniesienia i pozwalały mu ukierunkowywać swoje życie i działanie. Przegrał jednak ze światem, którego nie rozumiał. Odszedł na emeryturę, a jego młodszy kolega z Eddington nie ma już nawet przebłysków dawnej moralności. Porusza się jak we mgle, po drodze niszcząc swoje życie i wprowadzając przemoc w życie miasteczka, które miał chronić.
Ameryka jest pogrążona w tożsamościowym chaosie
Najwięcej o danym dziele często mówią nam rzeczy, które są w nim przemilczane. Czego więc nie ma w omawianych produkcjach? Co jest tak oczywiste, że nie trzeba o tym wspominać?
Pomimo wszechobecnej w obydwu filmach polityki w zasadzie nikt nie mówi w nich o dobru Ameryki. Mimo iż mamy do czynienia z wojskiem i policją, to nikt nie wspomina o służbie dla amerykańskiego narodu. W obu filmach nie ma też, szeroko rozumianych, amerykańskich wartości.
Również amerykański sen został zapomniany. A przecież nie był on jedynie atrakcyjnym elementem tamtejszej kultury, lecz istotną częścią kontraktu społecznego. Bez niego ów kontrakt przestaje obowiązywać.
Zamiast obietnicy awansu społecznego za sprawą ciężkiej pracy mamy dwie zwaśnione grupy – elity (rasowe lub technokratyczne), które starają się utrzymać system, oraz lud – który stara się system zniszczyć lub go obejść.
Bohaterowie filmów nie mają programu pozytywnego, planów budowy lepszego państwa czy określenia, kto lub co miałoby stanowić jego podstawę. Brakuje czegoś, co mogłoby tworzyć jakąś wspólną przestrzeń debaty. Bazowych punktów odniesienia, z którymi zgodziłyby się obie strony. A skoro tak – to różnic nie da się rozwiązać inaczej niż bronią palną.
Zamiast wiary w wyższe wartości mamy naiwną nadzieję, że „dobrzy ludzie” jakoś się dogadają, bez potrzeby istnienia państwa i ustalania reguł. A także – równie złudne – przekonanie, że każdy będzie postępował właściwie, jeśli pozwoli mu się samemu wyznaczać własną moralność.
Przedstawiona w filmach Ameryka nie ma też jednej, nadrzędnej tożsamości, a i poszczególne tożsamości wchodzące w jej skład nie są ściśle zdefiniowane. Efektem tego są egzotyczne sojusze. Jednym z kluczowych sojuszników Fergusona – anarchisty i ateisty – jest meksykański katolik, będący przy okazji mistrzem karate.
Chaos tożsamościowy jeszcze lepiej widać w Eddington. Gdy w mieście powstaje lokalny oddział Black Lives Matter, to na jego czele staje para białych nastolatków. W jednej ze scen krzyczą oni do czarnoskórego policjanta, aby do nich dołączył i uklęknął na znak protestu przeciw temu, jak biali traktują czarnych w USA.
I lewica, i prawica są antypaństwowe. Ameryka na skraju wojny domowej?
Oba omawiane konflikty nie kończą się w żaden konstruktywny sposób – żadną syntezą, porozumieniem czy rezolucją. Ich zwieńczeniem jest po prostu otwarta walka na śmierć i życie, mająca znamiona wojny domowej, choć toczącej się w mikroskali.
Wizję konfliktu wewnętrznego w USA na skalę makro pokazał nam za to Alex Garland w swoim filmie z 2024 roku zatytułowanym – nomen omen – Wojna domowa. Ciekawe jest to, że reżyser nie dzieli walczących stron według linii ideologicznej, kulturowej czy etnicznej.
Oglądając jego dzieło trudno w zasadzie stwierdzić, czym rywalizujące grupy się od siebie różnią. Nawet sami żołnierze wrogich frakcji mają problemy z rozpoznaniem, kto jest kim, co jednak nie przeszkadza im się nawzajem mordować.
W toku fabuły dowiadujemy się jedynie, że po jednej stronie są poplecznicy prezydenta USA rezydującego w Waszyngtonie, a po drugiej szturmująca stolicę szeroka koalicja – od Teksasu po Kalifornię. Znów mamy więc dwie siły: centralę, która chce utrzymać jedność za wszelką cenę, nawet autorytarnymi metodami, oraz rebeliantów, którzy chcą zniszczyć system.
Wydaje się to być trafną analogią do sytuacji społecznej w USA. Jedyne, co łączy dziś skrajną prawicę i lewicę, to chęć rozwalenia państwa, którego mają dość.
Lewicowi burzyciele utożsamiają je z systemową przemocą policji, mają pretensje, że nie walczy z mową nienawiści, rasizmem i dyskryminacją mniejszości, a także że niedostatecznie redystrybuuje swój majątek.
Natomiast prawicowi antysystemowcy patrzą na to samo państwo i widzą coś wprost przeciwnego. Narzekają, że jest ono zbyt łagodne i nie radzi sobie z nielegalną migracją, że zabrania im wyrażać swoje poglądy, wciskając jednocześnie ideologię woke, a na dodatek – obciąża ich niepotrzebnymi podatkami.
Przy tak wielkiej rozbieżności odnośnie tego, jakie jest państwo, tym bardziej nie da się ustalić, jakie powinno ono być. A bez odpowiedzi na to pytanie Ameryka staje się wspólnotą, w której nikt nie chce uczestniczyć. Zostaje tylko liczenie, że po jej rozpadzie każdy urządzi się po swojemu, narzuci swoją wizję drugiej stronie lub że się tej drugiej strony po prostu pozbędzie.
O ile lud ma prawo rządzić się emocjami, to elity powinny dawać racjonalne odpowiedzi na problemy. Tymczasem one także funkcjonują w duchu nihilistycznego „końca historii”. Nie proponują nowych rozwiązań, nie chcą ratować państwa, społeczeństwa ani cywilizacji, a jedynie szukają nowych narzędzi do zabezpieczenia swojego stanu posiadania.
***
Mimo iż omówione filmy teoretycznie są tylko fikcją, to niestety niepokojąco zbliżają się do tego, co widzimy w newsach spływających do nas zza oceanu. Nie tak dawno temu miało miejsce zabójstwo Charliego Kirka – pod pewnymi względami podobne do tego, które oglądaliśmy w Eddington. Także śmierć Renee Good z rąk służb ICE jest sceną, która mogłaby mieć miejsce w filmie Jedna bitwa po drugiej.
W tym wszystkim najgorsza wydaje się chaotyczność i bezsensowność tej przemocy. Widzimy ludzi kierowanych silnymi emocjami, pozbawionych jakiegokolwiek odruchu państwowego, którzy w obłąkańczym strachu strzelają do siebie nawzajem.
Do tego dochodzi zupełny brak porozumienia. Zatrważające jest to, że w sprawie zabicia Alexa Pretti’ego jedna strona widzi bohatera walczącego z systemem, który poniósł męczeńską śmierć za wolność, a druga awanturnika, który został zneutralizowany przez służby wykonujące swoją pracę.
Na koniec można postawić pytanie: czy w obliczu tak drastycznych różnic i braku choćby chęci porozumienia wojna domowa jest realnym scenariuszem? A może Ameryka otrząśnie się z szaleństwa? W końcu siłą demokracji jest to, że nie zamiata ona konfliktów pod dywan, ale stara się o nich na bieżąco dyskutować i je rozwiązywać.
Wydaje się, że pierwszy krok – zauważenie problemu – został już zrobiony. Pytaniem za milion dolarów pozostaje jednak, czy Amerykanom uda się go przetworzyć i przekroczyć podziały, które stworzyli. Czy zbudują nową wspólnotę opartą na nowych zasadach – a może do reszty pogrążą się w chaosie?
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.

