Przemysław Czarnek chce powrotu do węgla. Tymczasem to PiS zaczął stawiać na OZE
Sprawa jest bardzo jasna: w polskim systemie energetycznym nie ma już miejsca dla węgla. Przemysław Czarnek powinien o tym pamiętać, zwłaszcza, że nigdy wcześniej w Polsce nie przybyło tyle odnawialnych źródeł energii, co za rządów PiS-u – mówi Bartłomiej Orzeł w rozmowie z Klubem Jagiellońskim.
Przemysław Czarnek obiecuje, że jeśli PiS powróci do władzy, to jako premier skończy z „OZE-sroze” i postawi jednoznacznie na wydobycie węgla. Skąd ta fascynacja prawicy tym surowcem?
W mojej ocenie z badań wynika, że rosnące ceny prądu są postrzegane jako znaczący problem przez wyborców. Bardzo mocno w te tony uderzał prezydent Karol Nawrocki już podczas poprzedniej kampanii i przedstawiając swój powyborczy projekt ustawy o obniżeniu cen prądu. Widać, że jest to kierunek, którym Prawo i Sprawiedliwość chce po prostu iść.
Wspomniany przez pana minister Czarnek i część polityków, bo nie jest przecież w tym sam, od dawna szerzy taki przekaz, że węgiel generalnie jest polskim „czarnym złotem” i że trzeba wrócić do jego wydobywania.
Moim zdaniem sprawa jest jasna: w polskim systemie energetycznym nie ma już miejsca dla węgla jako „przyszłość”. Najwyżej jako „zimna rezerwa”.
Dlaczego?
Po pierwsze, na masową skalę ruszyły budowy dużych jednostek gazowych. Mówimy tu zarówno o tej działającej i wybudowanej w Dolnej Odrze za rządów PiS-u, jak i obecnie powstającej np. w Adamowie elektrowni prywatnej. Tego typu jednostek będzie coraz więcej.
Spółki energetyczne wystartowały w przetargach rynku mocy z jednostkami gazowymi i zobowiązały się dostarczać energię właśnie za ich pomocą. Coraz większa część naszego miksu energetycznego jest więc de facto ustawiona na gaz.
Po drugie, jednostki węglowe to bardzo często już mocno przestarzałe bloki. Część z nich utrzymuje się praktycznie siłą woli, powinny już dawno się rozsypać, a kontynuowanie ich pracy technicznej staje się coraz bardziej kosztowne.
Powrót do węgla to zatem wielkie wyzwanie, które wymagałoby gigantycznych nakładów inwestycyjnych. Wiele rzeczy zwyczajnie w praktyce wywróciłoby się na CAPEX-ie i pozyskaniu kapitału. A PiS przecież już taki scenariusz przerabiał.
To znaczy?
Partia Jarosława Kaczyńskiego próbuje dziś wrócić do narracji z lat 2015-2019, która wtedy nie okazała się skuteczna i już w następnej kadencji 2019-2023 trzeba było nadganiać to, co akurat zostało przespane w kwestii transformacji energetycznej. Weźmy na przykład elektrownię w Ostrołęce, której budowa spowodowała to, że przez całą kadencję praktycznie nie ruszyła realnie sprawa elektrowni jądrowej, bo nie była priorytetem.
Chciałbym tutaj jednoznacznie podkreślić, że nie ruszyła też przez wcześniejsze 25 lat wolnej Polski. Z naszych badań w Project Tempo widzimy też, że elektrownia jądrowa w roku 2026 jest konsensem społecznym w Polsce, mimo że nie zawsze tak było. Co ciekawe, atom dzisiaj cieszy się poparciem wśród przeciwników transformacji, gdyż widzą w nim bezpieczeństwo energetyczne.
Duża liczba działających bloków węglowych sprawiła z kolei, że nie było wtedy wystarczającego ciśnienia, by masowo przechodzić na gaz. W okresie, kiedy był tani pieniądz i jednocześnie można było łatwiej kupić turbinę do jednostki gazowej, nie budowaliśmy ich w wystarczającej liczbie. Efekt jest taki, że dziś nowe jednostki budujemy z opóźnieniem i drożej, zarówno w przypadku atomu, jak i gazu.
Dlaczego w takim razie PiS zrewidował swoje podejście podczas drugiej kadencji?
Ówczesny rząd realizował wtedy politykę gazyfikacji Polski. Projekty od Baltic Pipe po rozbudowę gazoportu w Świnoujściu to w dużej mierze zasługa ministra Piotra Naimskiego.
Do tego dochodzi duża rola Daniela Obajtka, dzięki któremu Orlen ma ponad 100 koncesji na norweskim szelfie, z czego od ok. 20 do 25 jest już w fazie eksploatacji lub wiadomo, że da się z tych miejsc wydobywać gaz.
Wszystko, co robił PiS w dużej energetyce zawodowej, było więc konsekwentnym przesunięciem w kierunku gazu. Tu znowu wrócę do naszych badań – gaz ma społecznie wyższe poparcie niż węgiel. Te procesy już trwają i będą trwały przez najbliższe lata. Nie da się ich nagle odwrócić magiczną różdżką, nikt nie przyjdzie odwrócić tych trendów, które przecież pochłonęły też już dziesiątki miliardów złotych.
Nawet minister Czarnek z jego przywiązaniem do węgla?
Jeśli chodzi o węgiel brunatny, to przecież w czasach ostatniego rządu PiS-u PGE ustalił datę wygaszenia elektrowni w Bełchatowie. Dalsza eksploatacja miejscowego złoża wymagałaby budowy albo nowej linii kolejowej, albo nowej elektrowni bliżej miejsca wydobycia. Oba warianty wiążą się z wysokimi nakładami inwestycyjnymi, a razem wszystko zajęłoby 15 lat.
Z kolei wielokrotnie postulowane przez polityków wydobycie olbrzymich złóż pod Legnicą oznaczałoby (przy najbardziej optymistycznych przesłankach) wysiedlenie ok. 4 tys. osób i zniszczenie ponad 1700 budynków. Sama budowa odkrywki to, ponownie, minimum 15 lat.
To byłby zatem bardzo kosztowny i długotrwały projekt, który sam nie byłby w stanie odwrócić wspomnianych przeze mnie trendów. W praktyce, dokładając ETS, węgiel brunatny – faktycznie w Polsce tani technicznie w wydobyciu – można już dziś wsadzić między bajki.
A co z węglem kamiennym?
To bardzo droga zabawa, bo koszt wydobycia tony to ok. 900 zł, a sprzedaje się go do elektrowni znacznie taniej. Według różnych szacunków, gdyby robić to po cenach rynkowych, prąd z węgla kamiennego byłby droższy o ok. 200 zł na megawatogodzinę, co rekompensuje znaczną część obniżek związaną z „wyjściem” z ETS-u.
Mamy więc zaklęte koło: będziemy próbować wyjść z ETS-u po to, żeby dalej dopłacać do polskiego węgla. Warto dodać, że ofiarą tej polityki – sprzedawania drogiego węgla ze śląskich kopalń – będzie m.in. Lubelskie Zagłębie Węglowe, z którego pochodzi przecież minister Czarnek.
Pan był pełnomocnikiem Prezesa Rady Ministrów ds. Programu Czyste Powietrze. Jak wyglądała transformacja energetyczna za czasów premiera Mateusza Morawieckiego?
Program Czyste Powietrze wystartował w 2018 roku, czyli w zasadzie na samym końcu pierwszej kadencji, kiedy pełnię władzy w rządzie przejęła tzw. frakcja modernizacyjna.
Pamiętajmy, że rok wcześniej tekę premiera objął Mateusz Morawiecki, Jadwiga Emilewicz stanęła na czele Ministerstwa Rozwoju, a walką ze smogiem postanowił zająć się Piotr Woźny, najpierw jako wiceminister rozwoju, potem jako prezes Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej.
Wtedy agenda modernizacyjna polegająca na tym, że trzeba walczyć ze smogiem, a przy okazji modernizować polskie gospodarstwa domowe i dać ludziom bufor energetyczny bardzo mocno trafiła na tapet.
Pojawił się wtedy budżet rzędu 103 miliardów złotych, znaczna część tej kwoty miała pochodzić ze środków dłużnych. Choć ostatecznie ten model transformacji, czyli branie kredytu, który spłaca się z przyszłych oszczędności, w Polsce się po prostu nie przyjął.
Program potem ewoluował i zdecydowanie zwiększył swoje zapotrzebowanie na pieniądze. Natomiast zmieniał się on w kierunku zwiększania efektywności energetycznej domów, zmniejszania zużycia energii, zmniejszania zużycia paliwa i przestawiania gospodarstw domowych na wykorzystywanie bardziej efektywnych źródeł ogrzewania.
Pamiętajmy, że taki kopciuch ma sprawność na poziomie maks. 50-60%, co oznacza, że minimum połowa paliwa jest bezpowrotnie tracona. Nawet nowoczesny kocioł węglowy ma już dużo wyższy poziom sprawności, a co dopiero mówić o kotłach gazowych, kotłach pelletowych czy pompach ciepła, których sprawność jest już bardzo wysoka.
Za programem Mój Prąd z kolei stały te same przesłanki, tj. prosty program dotacji do mikroinstalacji fotowoltaicznych, które wtedy nie były w tak niskich cenach jak dzisiaj i nie były aż tak dostępne.
Mówimy o okresie między 2018 a 2021 rokiem. Ceny paneli od tego czasu bardzo mocno spadły, są w zasadzie dostępne dla każdego. Dzisiaj już w ogóle nie ma potrzeby dotowania tego typu instalacji, ich miejsce zajęło magazynowanie energii
Za czasów PiS przybyło prawie 1,4 miliona prosumentów: ok. 85% prosumentów, którzy dzisiaj są w Polsce, przybyło właśnie za Prawa i Sprawiedliwości, a zakładam, że jakieś 95% skorzystało z programów wsparcia, które rozpoczął rząd Morawieckiego.
Jak zatem wygląda stan gry, jeśli chodzi o transformację energetyczną? Z tego, co pan mówi wynika, że wkładu PiS-u pominąć nie można.
Nigdy wcześniej w Polsce nie przybyło tyle odnawialnych źródeł energii, co za rządów PiS-u. To jest fakt bezdyskusyjny.
Natomiast jak już wspominałem, mamy wyraźne zapóźnienia, i to bardzo poważne, zwłaszcza jeśli chodzi o energetykę atomową i duże jednostki gazowe. Jestem głęboko przekonany, że część tych opóźnień wynika z konkretnie prowadzonej polityki przez kolejne rządy, które musiały się liczyć z bardzo silnymi związkami górniczymi.
Ale spora część to po prostu skutek wieloletniego w Polsce myślenia: „Po co budować nowe moce, skoro zawsze mamy te stare, węglowe jednostki?”. Przez długie lata nie było w Polsce realnej, odczuwalnej presji na inwestycje w nowe źródła, bo węgiel wydawał się wieczny i wystarczający. Żeby była jasność – mówię tu o całych latach 90. i 00., a nie tylko rządach PiS.
Wracając do samego miksu energetycznego: przybyło bardzo dużo mocy w OZE i będzie jej jeszcze przybywać. Wciąż przecież realizowane są potężne projekty offshore’owe, czyli morskich farm wiatrowych, których budowę zaczął właśnie PiS. Choć tutaj też pojawia się coraz więcej znaków zapytania, jeżeli chodzi o przyszłą cenę wytworzenia tej energii.
A jednak ten olbrzymi, historyczny impet transformacyjny, który ruszył właśnie w czasach Prawa i Sprawiedliwości, spotyka się dzisiaj z próbą radykalnego zahamowania.
Muszę powiedzieć szczerze, dzieje się to w sposób niezbyt przemyślany i nie do końca mądry, bo to jest próba kasowania obywatelom pamięci podręcznej. A kiedy padają deklaracje o demontowaniu paneli fotowoltaicznych, to już jest traktowanie wyborców jak osób, delikatnie mówiąc, niezbyt myślących. Uważam, że to będzie kosztowny błąd polityczny, i to bardzo, bo więcej osób jest dziś przywiązanych w Polsce do fotowoltaiki niż do górnictwa.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.
Bartłomiej Orzeł
Paweł Farbisz

