Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Kaczyński namaścił na premiera nie Czarnka, lecz Mentzena lub Bosaka

Kaczyński namaścił na premiera nie Czarnka, lecz Mentzena lub Bosaka Przemysław Czarnek na konwencji Prawa i Sprawiedliwości; źródło: zrzut ekranu z https://www.youtube.com/watch?v=GnrAn3cnByY

Nominacja Przemysława Czarnka na kandydata PiS na premiera została odczytana jako sygnał skrętu partii Jarosława Kaczyńskiego w prawo. Tymczasem jej skutki mogą być znacznie bardziej paradoksalne. Walka PiS o wyborców Grzegorza Brauna może jednocześnie normalizować wizerunek Konfederacji i otwierać drogę do władzy jej liderom. W efekcie ruch Kaczyńskiego może sprawić, że przyszłym premierem prawicy nie będzie polityk PiS, lecz ktoś z Konfederacji.

„Oze-sroze”, „ETS-sretees”. Jeśli coś zostanie z nami na dłużej po sobotniej konwencji Prawa i Sprawiedliwości, to z pewnością będzie to już nawet nie tyle infantylizacja debaty publicznej, co jej swoista wujkizacja. „To ja się pytam tych kolegów z tej pseudokonserwatywnej partii [chodzi o PSL – red.]: dlaczego nie trzech chłopów? Rozmachu więcej, nowoczesności! Czterech, pięciu! Nowy model rodziny: czterech pancernych i psiecko” – grzmiał w Hali Sokoła Przemysław Czarnek, świeżo upieczony kandydat PiS na premiera.

Zarówno agenda tematyczna dużej części tego przemówienia, jak i ta osobliwa poetyka, po którą sięgnął minister edukacji, skłoniły wielu komentatorów do postawienia tezy o zaordynowaniu przez Jarosława Kaczyńskiego zdecydowanego kursu w prawo. „Nie będzie więc marszu PiS po wyborców centrowych czy stawiania na młodzież, by pokazać, że partia nie jest drugim PZPN-em. Będzie radiomaryjny typ od prawicowej polityki tożsamości i korwinizmu w gospodarce” – pisze Galopujący Major w Krytyce Politycznej.

Jakkolwiek trudno się nie zgodzić z tym, że Czarnek-frontman dołoży kolejne cegiełki do polaryzacji sceny politycznej, to jego wybór niesie za sobą też zalety – zarówno dla PiS, jak i – paradoksalnie – dla Koalicji Obywatelskiej.

Gra skrzydłami

Niemałą uwagę obserwatorów sobotnich wydarzeń w Krakowie skupiał Mateusz Morawiecki. Były premier, jako lider frakcji umiarkowanej (popularnych „harcerzy”, choć moim zdaniem te kontekstualne nazwy zaciemniają więcej, niż rozjaśniają) miał być niepocieszony wyborem Czarnka, który jawi się jako człowiek radykalnych „maślarzy”.

Morawiecki sam podsycił te domysły, gdy w rozmowie z Bogdanem Rymanowskim na pytanie, czy chciałby być wicepremierem w rządzie Przemysława Czarnka, odpowiedział: „Niekoniecznie”. Czy jednak faktycznie wybór byłego szefa resortu edukacji to dla niegdysiejszego premiera tak duży cios?

Bez wątpienia nie jest to kandydat marzeń, choć trudno jednocześnie na koncie znaleźć ataki pod adresem decyzji rządu Morawieckiego. Nie da się tego powiedzieć o innych radykałach, którym dzisiejsza mądrość etapu podpowiada, że do politycznej pragmatyki w relacjach z Unią Europejską należy podchodzić z najwyższą pogardą.

Skoro zatem Czarnek rządu PiS nie punktował, to może oznaczać, że jest przynajmniej dla Morawieckiego akceptowalny. Zresztą były premier spuścił z tonu i w debacie z Janem Rokitą w Kanale Zero wypowiadał się o kandydacie swojej partii z większym zrozumieniem („zadanie jest tutaj jasno zarysowane”).

Wybór Czarnka to zatem dla byłego premiera nie nokaut, a wyłącznie kuksaniec. Plotki o jego ewentualnym odejściu z PiS-u należy zatem – przynajmniej na dziś – włożyć między bajki. Po pierwsze, byłby to duży cios dla prawicy, na której wówczas o głosy rywalizowałyby aż 4 partie z potencjałem. Biorąc pod uwagę system D’Hondta i podobieństwa elektoratu, mogłoby to być samobójcze.

Ale i sam PiS mocno by na tym ucierpiał. Dla radykałów to niewygodna prawda, ale to umiarkowani stanowią o intelektualnym i kadrowym potencjale tego ugrupowania. Większość poważnych reform za rządów PiS była autorstwa ludzi związanych z Morawieckim albo przynajmniej stroniących od radykałów.

Zresztą mieliśmy tego symboliczny dowód w miniony weekend – w piątek były premier prezentował program gospodarczy dla Polski, by dzień później Czarnek opowiadał żarty niczym wujek na imieninach. Innymi słowy, gdyby nie Morawiecki i jego zaplecze, mogłoby się okazać, że w PiS-ie jest już niewiele ponad groźne tweety i rolki pełne wyszukanego humoru.

Waga obecności Morawieckiego nie dotyczy jednak wyłącznie programów, ale też wyborców. Były premier zdaje się bowiem obsługiwać centroprawicowy elektorat, który zamiast wojny kulturowej chciałby posłuchać o wielkich inwestycjach, i mogący w razie czego odpłynąć do PSL-u czy Konfederacji. Wbrew pozorom nie jest to jedynie margines i dlatego ewentualna secesja umiarkowanych PiS-owców byłaby niebezpieczna również z czysto sondażowego punktu widzenia.

Jeśli więc PiS umiejętnie wykorzysta swój stan posiadania, możemy mieć do czynienia z całkiem zręczną grą skrzydłami, nawet jeśli to umiarkowane byłoby wyraźnie krótsze. Kontrastuje to jednocześnie z sytuacją w Koalicji Obywatelskiej, jawiącej się na tle PiS-u jako formacja, w której ferment intelektualny – jeśli istnieje – jest głęboko skrywany.

 

Ulubiona melodia Donalda Tuska

Trzeba jednak przyznać, że Donald Tusk ma powody do radości w związku z nominacją Przemysława Czarnka. PiS-owski radykał, retorycznie mocny, to ten przeciwnik, na którego premier czekał. Czy jest bowiem ktoś w Prawie i Sprawiedliwości, kto skuteczniej od byłego ministra edukacji mobilizuje elektorat drugiej strony?

Jego postać to przecież ucieleśnienie wszystkich strachów liberałów, z tymi dotyczącymi szkolnictwa na czele. Jeśli Tusk potrzebował „czarnego luda”, który na powrót rozgrzeje emocje wśród zniechęcony zwolenników obecnego rządu, to nie ma lepszej kandydatury niż ta, którą poznaliśmy w krakowskiej Hali Sokoła.

Również dlatego, że Przemysław Czarnek – czego nie da się powiedzieć o Morawieckim ani młodych samorządowcach, którzy przewijali się na giełdzie nazwisk – bardzo zgrabnie pasuje liderowi KO do sklejania PiS-u z Grzegorzem Braunem. W jednym z wywiadów przed sobotnią konwencją były szef MEN nie wykluczył sojuszu z Konfederacją Korony Polskiej, choć niedawno de facto wycofał się z tych słów.

To jednak nie przeszkadza Donaldowi Tuskowi, który już mówi o starciu z „trzema Konfederacjami”, by grać swoją ulubioną melodię, czyli straszyć prawicą. Jak celnie pisał Robert Krasowski w Czasie Kaczyńskiego, po pierwszych koalicyjnych rządach PiS-u Donald Tusk zrozumiał, że do objęcia władzy – w sprzyjających okolicznościach – wystarczy być anty-PiS-em, gdyż Kaczyński, częściowo niesłusznie, jawi się wśród części wyborców jako człowiek o niebezpiecznych zapędach.

Od lat premier stosuje więc taktykę przejeżdżania prętem po klatce. Prowokuje – często w skandaliczny sposób – prawicowych polityków za pomocą ludzi pokroju Janusza Palikota czy Romana Giertycha, a gdy ci nie wytrzymują i mówią o kilka słów za dużo, Tusk oświadcza: patrzcie, tacy oni właśnie są. Trzeba głosować na ludzi stabilnych, tacy jak my.

Sytuacja, w której na scenie rozpycha się coraz mocniej ktoś taki jak Grzegorz Braun, jest zatem dla premiera wymarzona. Nie trzeba już nawet przejeżdżać prętem po klatce; wystarczy dać mu mówić, by mieć materiał na spoty. A gdy z Braunem sklei się PiS i postraszy koalicją, to nawet normalsi, ludzie, którzy nie ufają szefowi rządu, dojdą do wniosku, że już lepszy on.

Sądzę, że to ta emocja ma być dla Koalicji Obywatelskiej wyborczym wehikułem w 2027 roku, bo zręcznie odsuwa na dalszy plan temat zobowiązań i ich (nie) spełnienie. Oczywiście towarzyszyć temu będzie nieznośne zaganiactwo – charakterystyczne dla KO i jej zaplecza medialnego – w myśl którego kto nie z Tuskiem, ten zdrajca lub w najlepszym razie pożyteczny idiota, bo ułatwia drogę do władzy koalicji polexitowej.

Paradoks Przemysława Czarnka

Czy koalicja prawicowa faktycznie powstanie? Z pewnością nominacja Przemysława Czarnka była pomyślana jako relatywnie nieantagonizująca wobec Konfederacji. Były szef resortu edukacji pasuje Krzysztofowi Bosakowi i Sławomirowi Mentzenowi zarówno pod kątem spraw obyczajowych, jak i gospodarczych (opowiadał się zarówno za obniżką składki zdrowotnej, jak i zaniechania reformy Państwowej Inspekcji Pracy).

Zaryzykuję tezę, że jest to zatem swoiste przyznanie się przez Jarosława Kaczyńskiego, że w 2027 roku samodzielnej większości nie będzie i jedynym wyjściem, które na dziś wydaje się pragmatyczne, to budowanie kanałów porozumienia z Konfederacją. Czy to wychodzi? Na razie niespecjalnie, choć w przypadku ludzi umiarkowanych, związanych z Morawieckim (on sam nie był brany pod uwagę), te salwy – choć bardziej przewidywalny – byłyby mocniejsze.

Z drugiej jednak strony – mimo apelów o „pokoju na prawicy” – do złagodzenia nastrojów dojść nie może. Czarnek ma bowiem podbierać wyborców Konfederacji i, przede wszystkim, Konfederacji Korony Polskiej, stąd trudno się dziwić, że przynajmniej liderzy tej pierwszej przypuszczają coś w rodzaju kontrofensywny. Walka o wyborców przy jednoczesnym podobieństwu ideowym, które ma łączyć, to sytuacja paradoksalna i nieprowadząca do „pokoju na prawicy”.

Czy Przemysław Czarnek spełni swoje zadanie jako ten, który odbije zawiedzionych PiS-em sympatyków Grzegorza Brauna? Nawet jeśli lider KKP nie zakorzenił się jeszcze na trwałe wśród swojego (nowego) elektoratu, z jego odbiciem jest – w moim przekonaniu – zasadniczy problem. Przemysław Czarnek, mimo radykalizmu, nigdy nie prześcignie Brauna w antyunijnej czy antyukraińskiej retoryce. Na każdy epitet byłego szefa MEN wobec UE czy naszych wschodnich sąsiadów Grzegorz Braun znajdzie mocniejszy, dosadniejszy, bardziej skandaliczny.

Szczególnie że Czarnka wiąże nieprzekraczalność pewnych PiS-owskie czerwonych lin jak pomoc Ukrainie, której chęć kontynuowania kandydat na premiera w Krakowie zadeklarował, czy – na dziś – członkostwo w UE. Kogo więc wyborcy wolą – oryginał czy podróbkę, w dodatku niedoskonałą z ich punktu widzenia?

Jednocześnie na tym sporze zyskują Mentzen z Bosakiem. Jeśli bowiem gra o wyborcę skrajnego rozgrywa się pomiędzy PiS-em a KKP, to Konfederacja może spokojnie korzystać z pokoleniowego podziału na prawicy i łowić w centrum. Nie jest to zjawisko nowe. Jeden z socjologów wspominał, że niegdyś na badaniach fokusowych wyborców Bosaka i Mentzena reprezentowali ludzie z wyrokami za mowę nienawiści, a dziś są to coraz częściej młodzi ludzie z tęczowymi torbami.

Jednym ze skutków ruchu PiS-u może być więc dalsza dediabolizacja Konfederacji. Co z kolei sprawi, że to wcale nie Przemysław Czarnek, a któryś z dwóch liderów Konfederacji będzie przyszłym szefem rządów w razie zwycięstwa prawicy.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.