Komunikacja to podstawa. Jak państwo może pomóc Polakom w ewakuacji z Bliskiego Wschodu?
W związku z krytyczną sytuacją na Bliskim Wschodzie trwają masowe ewakuacje obywateli ze strefy konfliktu. Objęły one nie tylko Iran i Izrael, lecz także szereg państw regionu – w tym Zjednoczone Emiraty Arabskie, które w powszechnej świadomości uchodzą za popularny kierunek turystyczny i bezpieczną przystań Zatoki Perskiej. Pierwszy samolot z polskimi obywatelami wylądował w Warszawie w piątek 6 marca. Obecnie przeprowadzana ewakuacja jest testem zaufania do naszego państwa.
Ministerstwo Spraw Zagranicznych rzeczywiście od dłuższego czasu ostrzegało przed podróżami do części państw regionu Bliskiego Wschodu, w tym Iranu. Jednak nie przewidziano w pełni, że sytuacja w Emiratach Arabskich czy Katarze ulegnie tak drastycznej zmianie.
Po ataku dronowym na lotnisko w Abu Zabi zginęła jedna osoba, a 7 zostało rannych. W Dubaju odłamki, które uderzyły w halę przylotów, raniły 4 pracowników portu lotniczego. Między innymi to te wydarzenia sprawiły, że ruch lotniczy w regionie został czasowo wstrzymany, a wylot komercyjnymi lotami z kraju został uniemożliwiony.
To, jak państwo radzi sobie w sytuacjach kryzysowych – takich jak atak Hamasu na Izrael w październiku 2023 roku, pierwsze dni i tygodnie pandemii czy klęski naturalne takie jak powódź z 2024 roku – jest newralgiczne dla budowania zaufania obywateli wobec narodowych instytucji.
Tymczasem w niedzielę 1 marca na początku konfliktu Ministerstwo Spraw Zagranicznych poinformowało, że ze względu na trwające działania wojenne Polska nie zorganizuje ewakuacji swoich obywateli drogą lotniczą. Dało im tym samym znać, że na razie muszą sami o siebie zadbać.
„Jestem przekonany, że w momencie, kiedy skończą się działania wojenne, kiedy przestaną latać pociski, drony, kiedy będzie to bezpieczne, nasi obywatele wrócą do Polski” – mówił na konferencji prasowej rzecznik MSZ Maciej Wewiór. W systemie Odyseusz zarejestrowanych wtedy było jedynie siedmiu Polaków, którzy przebywali w Iranie, jednak w Egipcie, ZEA czy Katarze były ich tysiące.
Europa ratuje swoich obywateli
W takich momentach niezwykle istotna jest jasna, konkretna i wzbudzająca zaufanie komunikacja. Niestety wypowiedzi polityków odpowiedzialnych za zarządzanie sytuacją kryzysową niekoniecznie wpisywały się w ten schemat. Na pytanie dziennikarki telewizji wPolsce24 dotyczące ewakuacji polskich obywateli, zadane w trakcie wspomnianej wcześniej konferencji prasowej, rzecznik MSZ odpowiedział sarkastycznie:
„Wiem, że telewizja wPolsce24 chciałaby wysłać samoloty polskie, aby leciały między pociskami w regionie, ale tego nie uczynimy, podobnie jak nie uczyniły tego inne kraje. W momencie, w którym skończą się działania wojenne, kiedy przestaną latać pociski, drony, kiedy będzie to bezpieczne, nasi obywatele wrócą do Polski”.
Lekceważący ton rzecznika MSZ sprawia wrażenie, jakby chodziło bardziej o polityczną gierkę niż bezpieczeństwo obywateli – takie odczucie z pewnością mogło towarzyszyć Polakom śledzącym uważnie komunikaty rządu w Izraelu czy ZEA.
Resort dyplomacji dał do zrozumienia, że nie wyśle pomocy de facto dopóki trwa konflikt (czyli wcale), po to by kilka dni później premier Donald Tusk ogłosił, że akcja ewakuacyjna jednak się odbędzie. Zdaje się, że dopiero presja opinii publicznej spowodowała zmianę stanowiska rządu w tej sprawie.
Inne państwa europejskie rozpoczęły ewakuację również kilka dni po rozpoczęciu konfliktu – choć wiele z nich uprzedziło Polskę. Jednymi z pierwszych byli Czesi, których dwa pierwsze samoloty wylądowały w Pradze już we wtorek rano 3 marca. Wieczorem tego dnia z Abu Zabi do domu wróciło także 175 Hiszpanów.
W kolejne dni, 4 i 5 marca, Bułgaria przeprowadziła loty repatriacyjne z Dubaju, Abu Zabi i Omanu, a Serbia przyjęła samolot z ewakuowanymi z Szarm el-Szejk (Egipt). W czwartek pierwszy samolot z niemieckimi obywatelami wylądował we Frankfurcie, a kolejne działania repatriacyjne prowadziły m.in. Grecja oraz Węgry, które dzień wcześniej sprowadziły część obywateli lotem z Ammanu.
Ewakuacja kilkunastu tysięcy osób w warunkach wojennych rzeczywiście nie jest sprawą banalną. Przy tym powrót do ojczyzny organizowany przez rząd Czech czy Słowacji, państw znacznie mniejszych niż Polska, jest operacją innej skali, dotyczącą w każdym przypadku zaledwie kilkuset.
Jednak większość państw europejskich, niezależnie od późniejszego przebiegu ewakuacji, konsekwentnie podkreślała, że planuje ją przeprowadzić i nie zostawi swoich obywateli samych sobie.
Nieodpowiedzialnych nie ratujemy?
Z kolei wiceminister spraw zagranicznych Marcin Bosacki na antenie TVP Info stwierdził: „Czy państwo polskie ma zobowiązania wobec tych, którzy ignorują ostrzeżenia państwa polskiego? […] W mojej ocenie, tam gdzie są twarde ostrzeżenia MSZ »nie leć«, nasze zobowiązania są mniejsze wobec tych, których np. zastaje nieoczekiwana pandemia czy nieoczekiwany zamach stanu”.
Ta wypowiedź dotyczyła m. in. osób, które korzystają z usług biur podróży organizujących wycieczki do miejsc zagrożonych konfliktem pomimo ostrzeżeń MSZ. Minister Bosacki przyznał, że ma świadomość istnienia takich biur oraz, że funkcjonują w trakcie kryzysu, co uznał za „kompletnie nieodpowiedzialne”. „Skutki nieodpowiedzialności musi potem podżyrować skarb państwa” – usłyszeliśmy później od wicepremiera Radosława Sikorskiego.
Zrozumiałe jest, że w chaotycznych i zmieniających się warunkach konfliktu decyzja o ewakuacji nie może być pochopna. Nie powinno jednak podlegać dyskusji to, co w swojej wypowiedzi zdaje się rozmywać Bosacki – którym obywatelom należy zapewnić pomoc.
Odpowiedź brzmi: wszystkim, ponieważ podstawowym zadaniem państwa jest zadbać o bezpieczeństwo swoich obywateli (co oczywiście dotyczy również tych, którzy czynnie biorą udział w ewakuowaniu osób w potrzebie).
Warto podkreślić, że oprócz turystów na Bliskim Wschodzie utknęli także ci, którzy byli tam w celach służbowych oraz oczekiwali na przesiadkę – w końcu port lotniczy w Dubaju jest jednym z największych w regionie lotnisk przesiadkowych dla podróżujących z Europy do Azji.
Oprócz tego były wiceminister spraw zagranicznych Paweł Jabłoński zwrócił uwagę, że absurdalne jest, że MSZ nie jest w stanie wymóc na biurach podróży, aby wstrzymały loty do zagrożonych destynacji.
Ponadto, ewakuacja wcale nie musi być darmowa – szczególnie dla osób, które nieodpowiedzialnie i mimo ostrzeżeń podróżowały do tych krajów. W żadnym wypadku państwo polskie nie powinno ich pomijać, lecz muszą liczyć się z utrudnieniami i powinni zostać poważnie obciążeni kosztami operacji.
Przykładem płatnej repatriacji był program „Lot do domu”, który umożliwił w trakcie pandemii powrót do kraju ponad 55 tys. obywateli Polski z ponad 70 miejsc i 6 kontynentów. Skorzystanie z niego było płatne na podstawie taryfikatora określanego przez PLL LOT.
Podróżujący płacili zryczałtowaną stawkę, której wysokość zależała od kierunku, z którego realizowany był przelot: 400-800 PLN w granicach Europy i 1600-2400 PLN za przelot dalekiego zasięgu. Różnica między przychodem z opłat wniesionych przez pasażerów, a rzeczywistym kosztem była pokrywana z budżetu państwa.
***
W sytuacjach kryzysowych nie mniej ważne od samej operacji ewakuacyjnej jest to, w jaki sposób państwo komunikuje się ze swoimi obywatelami. Jasność przekazu i przewidywalność decyzji budują zaufanie do instytucji publicznych – dlatego państwo powinno w takich momentach działać na sto procent swoich możliwości.
Co więcej, także z politycznego punktu widzenia rządzący mają tu niewiele do zyskania, a bardzo wiele do stracenia – źle przeprowadzona ewakuacja lub chaotyczna komunikacja mogą jedynie podkopać społeczne zaufanie.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.

