Przyjaźń lekarstwem na samotność? Dlaczego powinniśmy starać się o przyjaciół
Kultura popularna przekonuje nas, że najważniejsza w życiu jest miłość romantyczna. A może powinniśmy zwrócić się ku przyjaźni, którą nieraz bardziej od miłości cenili starożytni mędrcy? I zacząć budować relacje na bezinteresowności i pielęgnowaniu cnót, a nie na emocjach?
Co jest człowiekowi najbardziej potrzebne do życia? Starożytny mędrzec nie miał wątpliwości. Przyjaźń „jest czymś do życia najkonieczniejszym” – pisze Arystoteles w Etyce nikomachejskiej. „Bez przyjaciół nikt nie mógłby pragnąć żyć, chociażby posiadał wszystkie inne dobra”.
Potrzebują jej zarówno bogaci i wpływowi, aby mieć razem z kim cieszyć się swoim powodzeniem, jak i biedni i nieszczęśliwi, dla których przyjaciele bywają jedyną ulgą w niedoli. Dzisiaj nie jest to chyba oczywisty ani łatwy do zaakceptowania pogląd.
Rzut oka na kulturę popularną sugeruje, że nie liczy się nic oprócz miłości romantycznej. Cenimy rodzinę, a w pierwszej kolejności życzymy sobie zdrowia. Dla przyjaciół miejsce może i się znajdzie, ale raczej na dalszym planie. Myślę jednak, że warto wsłuchać się w głos dawnych myślicieli i zastanowić się nad ich argumentami.
Znakomitą do tego okazją jest książka teologa i anglisty Pawła Plocha Architektura przyjaźni. Autor wskazuje w niej, że dawne wieki dysponowały czymś w rodzaju teorii przyjaźni. Oparta była ona głównie na koncepcjach przywołanego już Arystotelesa, ale wzbogacana i rozwijana w różnych kierunkach przez kolejne pokolenia.
Ploch nie usiłuje jej streścić w formie pracy naukowej, nie pisze też poradnika. Raczej kreśli mapę krainy przyjaźni, za przewodników biorąc dawnych mistrzów. Spróbuję odtworzyć jej kontury.
Przyjaźń nie jedno ma imię
Na początek ważna konstatacja. W starożytnej grece, w której myśleli pierwsi filozofowie, podobnie zresztą jak we współczesnym języku angielskim, słowo „przyjaciel” ma szersze znaczenie niż w polszczyźnie.
Mieszczą się w nim: znajomy, z którym spotykamy się raz na jakiś czas, aby oddać się wspólnemu hobby; sąsiad, z którym wymieniamy drobne przysługi; kolega z pracy, z którym po prostu dobrze nam się rozmawia. Ale do tego grona wlicza się również ktoś, komu możemy powierzyć sekrety naszej duszy i na kogo zawsze możemy liczyć.
Być może ta specyfika językowa pociągnęła za sobą konieczność zbudowania pewnych klasyfikacji, przyjrzenia się relacjom międzyludzkim z większą szczegółowością. Arystoteles zaznacza, że większość mu współczesnych uważa przyjaźń po prostu za wzajemną i świadomą życzliwość osób względem siebie.
Jednak niektórzy mogą być życzliwi dlatego, że przynosi im to jakąś wymierną korzyść – np. we wspólnym prowadzeniu interesów lub w uzyskaniu protekcji. Inni z kolei lubią się dlatego, że miło spędzają wspólnie czas, a wzajemne towarzystwo jest dla nich jedną z życiowych przyjemności.
Gdy jednak nadchodzi moment próby – niech to będzie choćby niedźwiedź, który znienacka naszedł dwóch „przyjaciół” z oszmiańskiego powiatu w znanym wierszu Mickiewicza – wówczas jeden porzuca drugiego, każdy troszczy się tylko o siebie.
Może się też jednak zdarzyć, że jesteśmy życzliwi dla drugiej osoby, bo po prostu cenimy ją samą, a nie korzyści, które dzięki niej możemy uzyskać. Właśnie takich ludzi Arystoteles uznaje za prawdziwych przyjaciół, przyjaciół par excellence. A „pozostałe rodzaje przyjaźni są nimi tylko dzięki podobieństwu” (z tą właściwą). Ploch nazywa ją przyjaźnią szlachetną lub przyjaźnią na całe życie.
Czy jednak po świecie chadzają ludzie, którzy realizowaliby ten ideał? Czy w każdym z nas nie ma choćby szczypty interesowności? Mądrość dawnych wieków odpowiadała na to jednym zdaniem – prawdziwi przyjaciele muszą być ludźmi cnotliwymi. Cnotliwymi w tradycyjnym znaczeniu tego słowa, a więc wyćwiczonymi w dobrym, moralnym postępowaniu.
Przyjaciel, czyli kto?
Zanim przyjrzę się tym cnotom bliżej, muszę zwrócić uwagę na jeszcze jedną kwestię, niezbędną, aby zrozumieć tę ongisiejszą, przywołaną w pierwszym akapicie, admirację dla przyjaźni. Otóż w starożytnym i średniowiecznym świecie relacje, które łączyły ludzi, często nie były dobrowolne (nie chodzi tu tylko o więzy krewniacze, ale też np. o aranżowane małżeństwa).
Nie były również relacjami równych ludzi – zazwyczaj ktoś dominował (wyższy pozycją społeczną nad niższym, pan nad sługą czy choćby mąż nad żoną). A przyjaźń, ta wzorcowa, to związek ludzi, którzy cenią się nawzajem z własnego wyboru, a nie z powodu konwenansów społecznych czy presji otoczenia. Nie jest to również relacja wychowawcy względem wychowanka.
A skoro tak i skoro przyjaciele szukają dobra drugiej osoby, to nie przestają z nią po to, aby nad nią panować. Dzisiaj realia społeczne są inne, żyjemy w egalitarnym społeczeństwie, które daje jednostce duże możliwości wyboru. Jednak to zastrzeżenie – aby w relacjach nie dążyć do panowania nad innymi – wciąż wydaje się ważne.
Zebrawszy te wszystkie klocki razem, naszkicuję definicję przyjaźni, ulepioną przez Plocha z myśli obecnych w pierwszej kolejności u Arystotelesa, ale również u Cycerona, Jana Kasjana czy Tomasza z Akwinu, z których każdy dodał coś od siebie. Będzie więc zawierała ona kilka elementów niewymienionych powyżej.
Przyjaźń szlachetna jest dobrowolnie zadzierzgniętą relacją wzajemnej życzliwości, pozbawioną dominacji jednej osoby nad drugą. Przyjaciele nie przestają z sobą dla korzyści czy samej tylko przyjemności, lecz po prostu cenią się nawzajem.
Znają się i są sobie bliscy dzięki szczerym rozmowom i wspólnym doświadczeniom, z których najcenniejszym jest stawienie czoła próbie. Wreszcie czerpią ze swojego towarzystwa radość oraz odczuwają pokrewieństwo dusz i wspólnotę wartości. A to wszystko jest możliwe dzięki solidnemu fundamentowi, jakim jest oparty o cnoty charakter.
Cnota jest dla każdego!
Właśnie, cnoty. Dzisiaj często uważa się, że kluczowe dla budowania relacji międzyludzkich są emocje. To one komunikują nam nasze wewnętrzne stany, mówią, w jakiej przestrzeni możemy się do kogoś zbliżyć, a gdzie trzeba postawić granice. Naszym zadaniem jest tylko nauczyć się ich słuchać i je rozumieć.
W porównaniu do tego podejścia tradycyjna teoria cnót ma pewne ważne przewagi. Przede wszystkim, na co zwraca uwagę Ploch w swojej książce, cnoty nie są czymś w rodzaju wrodzonych talentów, lecz umiejętnościami czy sprawnościami charakteru, które zdobywa się własną pracą. Wobec tego droga do cnót, a więc także do przyjaźni, jest otwarta dla każdego. Niezależnie od tego, jaką kto ma przeszłość i jaki nie byłby jego punkt startu.
Co więcej, jeżeli ktoś jest już wyćwiczony w danej cnocie, to ona cały czas mu towarzyszy, jest wręcz czymś w rodzaju drugiej natury. Jest więc z nią podobnie jak z jazdą rowerem – nie da się jej tak po prostu zapomnieć.
Tymczasem – szybkie spojrzenie z powrotem ku popularnym dziś poglądom – emocje przychodzą i odchodzą. Można uczyć się je odczytywać i z nimi współpracować, ale nie są one w stanie zapewnić takiego stabilnego oparcia w relacji, jak stare, dobre, sprawdzone cnoty.
Według Plocha cnota, chociaż zdobywa się ją drogą długotrwałej praktyki i treningu, nie staje się czymś machinalnym, przyzwyczajeniem. Aby ją pozyskać, trzeba najpierw rozpoznać dobro, ku któremu chcemy dążyć, a następnie zdecydować się na poważny wysiłek, a więc podjąć świadomą decyzję i konsekwentnie ją realizować. Czyli, mówiąc bardziej tradycyjnym językiem, zaangażować swój rozum i wolę.
Podobnie, działanie zgodne z cnotą nie jest odruchem. Zakłada ciągłą refleksję nad własnym postępowaniem i odpowiadanie sobie na pytanie, czy jesteśmy na właściwej drodze do celu, który sobie postawiliśmy.
Należy nie tylko biec przed siebie, lecz również biec ku mecie. A pomiędzy zawodami (momentami próby) tak ułożyć program treningów, aby przynosił jak najlepsze rezultaty. Podkreślę raz jeszcze: powinniśmy oceniać swoje postępowanie przy pomocy rozumu.
Tu leży clou. Bo o ile opierając się w relacjach międzyludzkich na emocjach, skupiamy się w gruncie rzeczy na sobie, na własnym wnętrzu, i w rezultacie nieustannie grozi nam egoizm, to zbudowanie relacji na cnotach, zmuszające do świadomego wysiłku i refleksji nad własnym postępowaniem, ułatwia zwrócenie się ku dobru drugiego człowieka.
To o wiele solidniejsze oparcie dla przyjaźni, która – jeśli ma być przyjaźnią we właściwym tego słowa znaczeniu – nie może być tylko przymierzem dwóch egoizmów.
W tym miejscu chciałbym przywołać jeszcze jedną ważną obserwację, którą Ploch wynosi ze swoich badań nad dawną mądrością. Przyjaciele żyją między sobą w zgodzie. Czy jednak oznacza to, że muszą być swoimi klonami, tak samo reagującymi w każdej sytuacji i mającymi we wszystkim zbieżne poglądy?
Otóż – zaznacza autor Architektury przyjaźni – tak naprawdę nie chodzi o zgodność opinii czy upodobań, lecz o jedność woli. To dzięki niej przyjaciele mogą się różnić w zapatrywaniach i mimo wynikłych z tych okoliczności sporów wciąż kontynuować, a nawet rozwijać swoją relację.
Wdzięczność i inne cnoty
Jakie cnoty sprzyjają pielęgnowaniu przyjaźni? Okazuje się, że sprawa nie jest prosta, bo każdy z przywołanych przez Plocha myślicieli podaje inny ich katalog. W końcu wędrować po tej samej krainie można różnymi ścieżkami, nawet jeżeli ostateczny cel drogi jest ten sam.
Wobec tego autor Architektury przyjaźni proponuje własne zestawienie, mające odpowiedzieć na podstawowe wyzwania, z którymi mierzymy się, usiłując budować relacje w dzisiejszym świecie. Jest to otwarta lista, więc można ją uzupełniać o kolejne cnoty. Ale w wersji, którą znajdziemy w książce, jest ich pięć: wdzięczność, wierność prawdzie, skrucha, służba, poczucie humoru.
Weźmy pierwszą z listy. Wdzięczność jest w pierwszej kolejności pewnym uczuciem. Doświadczamy go najczęściej wówczas, gdy otrzymamy niespodziewany dar lub pomoc.
Kiedy jednak oczekujemy przysługi – np. dlatego, że ma ją nam wyświadczyć ktoś z rodziny lub bliski znajomy, od którego już wielokrotnie otrzymywaliśmy podobne wsparcie – wówczas poczucie wdzięczności często zanika. Życzliwość drugiej osoby traktujemy nieomal tak jak wynagrodzenie w pracy – jako coś, co nam się zwyczajnie należy.
Wdzięczność jako cnota, tak jak ją definiuje Ploch, jest wyjściem poza tę ambiwalencję wdzięczności-uczucia. Polega ona na dostrzeganiu i docenianiu życzliwości i troski innych ludzi tam, gdzie inni widzą tylko to, co im się – no właśnie – po prostu należy.
Wdzięczność w tym znaczeniu – co wynika z ogólnej definicji cnoty – jest uniezależniona od tego, co akurat w danym momencie czuję (a czuć mogę różne rzeczy). Jest raczej moją wypracowaną postawą niż pewną przyjemną emocją.
Tak rozumiana wdzięczność daje nam również szansę na wyzwolenie się z transakcyjności w codziennych stosunkach. Bo jeżeli coś kupuję, to wystarczy przekazać umówioną zapłatę i sprawa jest zamknięta.
Lecz jeżeli otrzymuję dar i chcę na niego odpowiedzieć darem, wówczas „muszę zadać sobie pytanie o potrzeby, pragnienia i troski darczyńcy. Powodowany wdzięcznością chcę, by także dla niego znalazło się miejsce w moim sercu” – pisze Ploch. Mogę wykonać pierwszy krok ku prawdziwej przyjaźni.
Choroba naszych czasów
Architektura przyjaźni to nie tylko przewodnik po pewnej krainie w świecie ludzkich relacji. To również próba wypisania recepty na chorobę, która często gnębi współczesnych ludzi. Bo przyjaźń – jak podkreśla Ploch – jest lekarstwem na tę niebezpieczną przypadłość – na samotność.
Dlaczego samotność jest tak groźna? Można na to pytanie odpowiedzieć: bo człowiek jest istotą społeczną. Można poszukać, jak to robi Ploch, odpowiednich inspiracji u poetów (T.S. Eliota) i pisarzy (C.S. Lewisa), którzy porównują samotność do piekła.
Ale może najbardziej przemówią konkretne badania i liczby. Te przywołane w książce wskazują, że chroniczna samotność zwiększa ryzyko choroby wieńcowej o 29%, udaru – o 32%, wreszcie przedwczesnej śmierci – o 30%. Bez wątpienia, przyjaźń to często lekarstwo potrzebne na wczoraj.
Sama statystyka nie jest jednak czymś odkrywczym. Dlatego chciałbym podkreślić co innego. „Cała korzyść z przyjaźni zawiera się w samym umiłowaniu przyjaciela” – pisał Cyceron w poświęconym przyjaźni dialogu Leliusz.
To kluczowe spostrzeżenie. Bo może być tak, o czym już zresztą wspomniałem, przywołując Arystotelesa, że druga osoba i relacja z nią służy tylko zaspokojeniu moich egoistycznych potrzeb, nawet jeżeli są to potrzeby fundamentalne. Tylko czy wówczas mogę nazywać się jej przyjacielem?
Wydaje się więc, że przyjaźń to coś więcej niż lekarstwo na tę czy inną przypadłość ludzkiego ducha. Jest lekarstwem raczej mimochodem. Może nieść uzdrowienie dlatego, że pozwala nam nie skupiać się na sobie i przewartościować to, co w życiu cenimy.
Nie jest przy tym jakąś nirwaną, rozpłynięciem się i zupełnym zapomnieniem o sobie – w końcu gdy my troszczymy się o przyjaciela, on troszczy się o nas. Nie wycofujemy się z życia, ale wkraczamy w jego strumień.
Chciałbym postawić jeszcze jedno ważne pytanie. Czy przyjaźń jest czymś osiągalnym dla zwykłego człowieka? Czy nie jest zadaniem ponad siły, wykonalnym tylko dla tych, którzy mają możliwość, aby całymi latami zaprawiać się w cnotach?
Przypomnę więc, że – chociaż nie jest to zbyt wyraźne na gruncie języka polskiego – przyjaźń stanowi pewne kontinuum, a zaczyna się od zwyczajnej życzliwości. W starożytnej grece jedną i drugą określa się tym samym słowem – φιλία, philia.
Choć więc zarówno Ploch w swojej książce, jak i wielu dawnych autorów skupia się na „przyjaźni szlachetnej”, „przyjaźni na całe życie”, to myślę, że również te mniej zaawansowane, mniej wzorcowe formy przyjaźni są czymś dobrym, czymś, co powinniśmy na co dzień praktykować. Również one mają swoją wartość, szczególnie jeżeli skupiamy się na dobru drugiej osoby, a nie wyłącznie na własnej korzyści czy przyjemności.
***
Na koniec przywołam raz jeszcze Cycerona, autora czytanego i rozważanego w całej Europie przez długie stulecia. Zapisuje on w Leliuszu słynne zdanie: „Gdyby ktoś dostał się do nieba i ujrzał stamtąd urządzenie świata oraz piękno gwiazd, nie wydałby mu się przyjemny ten zadziwiający widok; lecz stałby się najmilszy, gdyby miał kogoś, komu by to opowiedział”.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.
