Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Ani neoliberalna dżungla, ani socjalistyczny kołchoz. Czas na gospodarczy solidaryzm

Ani neoliberalna dżungla, ani socjalistyczny kołchoz. Czas na gospodarczy solidaryzm autor ilustracji: Bruno Dziadkiewicz

Na polskiej scenie politycznej widzimy pęknięcie. Dla środowiska Sławomira Mentzena wolność gospodarcza jest absolutem, a państwo wrogiem. Lewica z kolei, choć trafnie diagnozuje bóle społeczne, chciałaby leczyć je receptami, które w historii zawsze kończyły się ograniczeniem podmiotowości jednostki. My stoimy w innym miejscu. Nie lubimy siedzieć okrakiem na barykadzie, ale fundamentem naszego myślenia jest realizm. A ten podpowiada, że człowiek nie jest ani samotną wyspą, ani bezwolnym trybikiem w maszynie państwa.

Bogata tradycja solidaryzmu

Solidaryzm gospodarczy nie jest mglistym hasłem, lecz spójnym systemem myślowym, który postrzega społeczeństwo nie jako zbiór rywalizujących atomów, ale jako organiczną wspólnotę interesów.

Jego intelektualne korzenie sięgają przełomu XIX i XX wieku, kiedy to myśliciele tacy jak francuski socjolog Leon Bourgeois, niemiecki jezuita Heinrich Pesch (współtwórca fundamentalnej dla KNS encykliki Quadragesimo anno) czy wybitny polski ekonomista Leopold Caro (wieloletni prezes PTE we Lwowie) poszukiwali odpowiedzi na drapieżność wczesnego kapitalizmu.

W centrum solidaryzmu stoi przekonanie o podmiotowości człowieka, dla którego gospodarka ma być narzędziem rozwoju, a nie celem samym w sobie, któremu podporządkowuje się godność osoby. Kluczowym założeniem jest tu obiektywny fakt współzależności wszystkich uczestników rynku – od pracownika po przedsiębiorcę – co rodzi moralny obowiązek współpracy zamiast wyniszczającej rywalizacji.

Własność prywatna jest w tym ujęciu akceptowana i chroniona, lecz nie jako prawo absolutne, ale obciążone „hipoteką społeczną”, nakazującą jej użycie dla dobra wspólnego. Rola państwa nie ogranicza się tu do bycia „nocnym stróżem”, lecz opiera na zasadzie pomocniczości: interwencji tam, gdzie oddolna inicjatywa nie wystarcza, by chronić słabszych przed dominacją silniejszych.

Regulator ma sprawiać, że prywatne biznesy mogą rosnąć w stabilny i zrównoważony sposób, bez konieczności oddawania się za każdym razem w obce ręce. Solidaryzm jest więc w istocie wezwaniem do przywrócenia prymatu etyki nad ekonomią, co w polskich warunkach oznacza budowę podmiotowej gospodarki narodowej, a nie peryferyjnego rynku zbytu.

Mit „niewidzialnej ręki” i pułapka PKB

Leopold Caro, jeden z ojców polskiej ekonomii solidarystycznej, już przed wojną celnie punktował sposób myślenia, w którym egoistyczny, jednostkowy zysk prowadzi rzekomo do dobrobytu ogółu. Porównywał liberała do gąsienicy, która żarłocznie pożera liść, nie zważając na to, że niszczy drzewo, na którym siedzi.

Dziś tą gąsienicą są globalne korporacje, które optymalizują podatki w rajach podatkowych, drenując budżety państw, w których generują przychody. To system, w którym zysk jest prywatyzowany, a koszty (społeczne, środowiskowe, infrastrukturalne) są uspołeczniane.

W tym miejscu polska debata staje się niezwykle płytka. Z jednej strony mamy środowiska liberalne – na czele z ekspertem Warsaw Enterprise Institute prof. (prawa) Robertem Gwiazdowskim – które od lat powtarzają jak mantrę: „Kapitał nie ma narodowości. Ma właściciela, który chce osiągnąć zysk”.

Z kolei Andrzej Sadowski, prezydent Centrum im. A. Smitha, wielokrotnie podkreślał w wielu wywiadach, że instytucje polskiego państwa miały wyłącznie negatywny wpływ na rozwój gospodarczy Polski – przedsiębiorców powinno się zostawić samych sobie.

Nie wspominając już o Sławomirze Mentzenie postulującym tanie (czyt. dziadowskie) państwo czy prof. Leszku Balcerowiczu zafiksowanym od dziesięcioleci na absurdalnie ograniczonej wizji leseferystycznej gospodarki.

Z drugiej strony barykady stoją lewicowi ekonomiści, tacy jak Jan Oleszczuk–Zygmuntowski. W wywiadach wokół swojej książki „Kapitalizm sieci” wprost mówi on o „technofeudalizmie”, dowodząc, że wielkie platformy cyfrowe traktują nas jak pańszczyźnianych chłopów.

I trudno się z tym nie zgodzić! Problem w tym, że recepty tego środowiska często sprowadzają się do radykalnego, cyfrowego etatyzmu i głębokiej nieufności wobec wszelkiego prywatnego biznesu,.

Przykładem takiego myślenia może być tekst Piotra Wójcika pt. „Polska byłaby lepsza, gdyby przedsiębiorcy byli nieco bardziej ciemiężeni”, mocno antyprzedsiębiorczy w wymowie, czy choćby postulat nałożenia 75-procentowego podatku dla dochodów powyżej 500 tys. zł rocznie proponowany przez Adriana Zandberga m.in. w kampanii w 2015 r. (w kraju już będącym w pułapce średniego dochodu, łaknącym właśnie polskiego kapitału jak kania dżdżu).

Solidaryzm odrzuca oba te skrajne podejścia. Kapitał ma narodowość, bo zyski budują siłę polityczną państw, z których pochodzą firmy. Odpowiedzią nie jest jednak ślepa walka z wolnym rynkiem, lecz mądre budowanie i chronienie własnych, narodowych czempionów. Ani nie wbrew państwu, ani nie przez państwo, tylko we współpracy z podmiotowym państwem z dobrze działającymi instytucjami.

A żeby te instytucje działały dobrze, nie mogą być tanie. Zarobki polskich urzędników i polityków odpowiadających choćby za gospodarkę są absurdalnie niskie – w ten sposób nie da się stworzyć dobrze działającego, podmiotowego państwa.

Solidaryzm mówi ponadto jasno: gospodarka ma charakter służebny. Jej celem nie jest maksymalizacja wskaźników w Excelu, ale zaspokojenie realnych potrzeb człowieka. Jeśli PKB rośnie, ale młodych Polaków nie stać na mieszkania, a polskie firmy są przejmowane przez zagraniczne fundusze, to znaczy, że system nie działa. Być może działał na początku, bo inaczej nie potrafiliśmy rozpocząć transformacji, ale z pewnością tak nie może wyglądać długoterminowy „polski model kapitalizmu”.

To miło, że dochód przeciętnego Polaka przy uwzględnieniu siły nabywczej na mieszkańca jest już wyższy niż Hiszpana, Izraelczyka czy Nowozelandczyka. Czy w Polsce udało się jednak stworzyć coś na wzór Inditexu, Santandera, BBVA, Telefonici, Check Point, Tevy czy Elbita?

Wzrost gospodarczy, który nie buduje podmiotowości narodu i dobrostanu rodzin, jest wzrostem pustym. Jak pisał Heinrich Pesch, nie chodzi o tworzenie bogactwa dla samego bogactwa, ale o zapewnienie materialnego bytu, który umożliwi rozwój duchowy i kulturowy. I jakkolwiek banalnie to nie zabrzmi, międzynarodowa siła Orlenu, InPostu, Wieltona, Synerise czy Drutexu (czy Krosna, Lubiany albo LPP) jest elementem naszego rozwoju kulturowego. Bardzo ważnym elementem.

Własność: między „betonowym złotem” a państwowym najmem

Najlepszym poligonem doświadczalnym dla zderzenia tych trzech wizji – liberalnej, socjalistycznej i solidarystycznej – jest dziś rynek mieszkaniowy. To tutaj jak w soczewce skupiają się problemy współczesnej Polski.

Liberałowie powiedzą: „rynek ureguluje”. Lider Konfederacji, Sławomir Mentzen, wielokrotnie dawał do zrozumienia, że państwo nie powinno w ogóle wtrącać się w rynek nieruchomości. Jego obóz polityczny bronił tzw. fliperów (osób masowo skupujących i odsprzedających lokale), uznając wprowadzanie wymierzonych w nich regulacji za „głupotę”.

Dla tego środowiska wywindowane ceny i spekulacyjne traktowanie mieszkań to po prostu obiektywne prawo wolnego rynku, a własność zostaje sprowadzona do roli czystego aktywa. Efekt? Patodeweloperka, spekulacja i mikrokawalerki sprzedawane jako „apartamenty inwestycyjne”. Traktowanie mieszkań wyłącznie jako aktywa spekulacyjnego, „betonowego złota” dla funduszy inwestycyjnych, to zaprzeczenie społecznej funkcji własności.

Własność w ujęciu KNS nie jest absolutna – jest obciążona „hipoteką społeczną”. Jeśli twoja własność (np. pakietowe skupowanie mieszkań) szkodzi dobru wspólnemu (drastyczny wzrost cen uniemożliwiający zakładanie rodzin), państwo ma obowiązek interweniować.

Z drugiej strony słyszymy lewicę, dla której chęć posiadania dachu nad głową na własność bywa traktowana z ideologiczną podejrzliwością. Podczas głośnej konwencji mieszkaniowej w Wiedniu (wrzesień 2023 r.), Adrian Zandberg wprost ogłosił program, w którym państwo sfinansuje budowę nowych mieszkań, ale „pod warunkiem, że te mieszkania nie zostaną sprywatyzowane”.

W narracji tego środowiska docelowym modelem społeczeństwa miałaby stać się Polska dożywotnich najemców, uzależnionych od państwowego urzędu. Już pomińmy nawet fiasko kilku dotychczasowych państwowych programów mieszkaniowych.

To jednak droga donikąd. Solidaryzm nie chce znieść własności, on chce ją upowszechnić. Naszym celem jest Polska właścicieli, a nie Polska najemców – czy to najemców od wielkiego funduszu z Berlina, czy od państwowego urzędnika. Najem jest oczywiście jakimś rozwiązaniem pośrednim, wartym rozważenia krótkoterminowo. Dopiero własność daje jednak rodzinie bezpieczeństwo, niezależność, zakorzenienie i możliwość budowania tożsamości szerszej niż jednostkowa.

Dlatego tak ważna jest walka z rentierstwem i wspieranie dążeń własnościowych zwykłych Polaków, a nie wielkiego kapitału. Jak pisał przedwojenny endek Wojciech Wasiutyński, program mieszkaniowy powinien być pierwszym postulatem partii katolickiej – ważniejszym niż czysto teoretyczne spory ideologiczne. Bo bez dachu nad głową nie ma rodziny, a bez rodziny nie ma narodu.

I tak, to może jednocześnie oznaczać zarówno budownictwo społeczne promowane przez Katarzynę Pełczyńską-Nałęcz, jak i dążenia własnościowe, z zaznaczeniem celu – nie pseudoinwestycji, tylko zamieszkania i założenia rodziny w tymże mieszkaniu.

Praca to nie towar, człowiek to nie „zasób”

Kolejnym polem bitwy jest rynek pracy. W języku korporacyjnym przywykliśmy do określenia „zasoby ludzkie” (Human Resources). To język, który uprzedmiotawia. Solidaryzm przypomina brutalną prawdę: praca nie jest towarem, a płaca nie jest tylko ceną rynkową.

Współczesny kapitalizm, nastawiony na optymalizację kosztów, często zapomina, że pracownik jest ojcem lub matką, obywatelem, członkiem wspólnoty. Zawsze, gdy pojawia się postulat godnych wynagrodzeń, eksperci Forum Obywatelskiego Rozwoju biją na alarm.

W oficjalnych komunikatach i raportach przekonują, że każda polityczna regulacja i odgórne podnoszenie płacy minimalnej rzekomo dławi przedsiębiorców i szkodzi gospodarce (co oczywiście nie jest prawdą) a tzw. umowy śmieciowe to po prostu chwalebna „elastyczność rynku”.

Na przeciwległym biegunie mamy narrację części lewicy, dla której rynek pracy jest opisywany głównie przez pryzmat neomarksistowskiej „wiecznej wojny klas”. W tej bańce informacyjnej każda polska firma to synonim opresyjnego wyzysku (tzw. Januszex), a relacja pracodawca-pracownik jest z natury antagonistyczna. To z góry wyklucza jakąkolwiek formę lojalnej i odpowiedzialnej współpracy.

Tymczasem taka współpraca jest jak najbardziej możliwa. Najlepszym jej przykładem są rozwiązania prorodzinne wprowadzane z własnej woli przez samych przedsiębiorców. I nie, nie robią tego wyłącznie z chęci zysku. Jak pokazują moje własne badania w SGH, do głównych czynników motywujących pracodawców do wprowadzania takich rozwiązań należą – oprócz presji instytucjonalnej ze strony państwa – m.in. kulturowe utożsamienie się z lokalną społecznością oraz wyznawane wartości (dosłownie „right thing to do”).

Oprócz rozwiązań prorodzinnych inną formą zniuansowania relacji pracodawca–pracownik, proponowaną od dawna w katolickiej nauce społecznej, jest płaca rodzinna. Postulat płacy rodzinnej – czyli wynagrodzenia, które pozwala na godne utrzymanie rodziny, a nie tylko wegetację jednostki – jest dziś tak samo aktualny jak w czasach encykliki Rerum novarum czy Laborem exercens.

Jeśli rynek pracy wymusza na obojgu rodzicach pracę ponad siły, by spiąć domowy budżet, odbywa się to kosztem czasu dla dzieci i budowania więzi. To koszt ukryty, którego nie widać w bilansach firm, a który jako społeczeństwo płacimy w postaci kryzysów wychowawczych i psychicznych.

Ale solidaryzm to nie tylko roszczenia płacowe. To także postulat podmiotowości w miejscu pracy. Nie chodzi o walkę klas i strajki dla samej zasady, ale o współodpowiedzialność. Modele akcjonariatu pracowniczego czy realny wpływ pracowników na losy firmy to rozwiązania, które budują lojalność i kapitał społeczny.

Przykład hiszpańskiej korporacji Mondragon – gigantycznej federacji spółdzielni pracy, gdzie rozpiętość płac jest ściśle limitowana, a pracownicy są właścicielami – pokazuje, że można budować potęgę gospodarczą na fundamencie katolickiej nauki społecznej.

Co ciekawe, przykład Mondragona jest interesujący również z innej perspektywy. Pokazuje, że nawet świetna idea, zderzona z rezygnacją z ideałów i wartości na rzecz liberalnego poszukiwania zysku finansowego, może przekuć się w karykaturę pierwotnych wartości, czego przykładem było zarządzanie w przejętej przez hiszpańską „spółdzielnię” polskiej firmie FagorMastercook.

Na przykładzie rynku pracy widzimy, że „trzecia droga” nie musi zawsze oznaczać odrzucenia stanowisk obu dychotomicznych środowisk. W niektórych tematach możemy zgadzać się z jednymi, w innych z drugimi. Zakaz handlu wielkopowierzchniowego w niedziele, który z punktu widzenia solidaryzmu i KNS jest bezsprzecznie bardzo dobrym rozwiązaniem, więc uwłaczające inteligencji happeningi Ryszarda Petru mogą nas pchnąć w objęcia kojarzonej (nieco niesłusznie) z lewicą obrony interesów szeregowych pracowników.

Z drugiej strony postulowane przez lewicę drastyczne ograniczenie umów cywilnoprawnych oraz możliwości (dobrowolnej!) pracy na JDG w oczywisty sposób zaszkodzi naszej gospodarce mierzącej się z widmem pułapki średniego dochodu i w związku z tym potrzebującej kreatywności i przedsiębiorczości Polaków. Te przykłady doskonale pokazują, dlaczego zerojedynkowość w podejściu do gospodarki może nie być dobrym pomysłem.

Symetryzm to nie obojętność

Mimo że zarzuca się nam symetryzm, upatruję w tym siły naszej tożsamości. Solidaryzm to „trzecia droga”, która bierze z liberalizmu szacunek dla inicjatywy i własności, a z myśli socjalnej wrażliwość na los słabszych i zrozumienie strukturalnych barier.

Odrzucamy dychotomię: albo wilk pożerający jagnię (wyzysk liberalny), albo stado baranów sterowane przez pasterza (kolektywizm). Wybieramy model pszczoły i kwiatu – współpracę, w której korzystają obie strony. Uważamy, że nie jest to naiwny idealizm, tylko twardy rachunek ekonomiczny.

Społeczeństwa o wysokim poziomie zaufania i niskich nierównościach rozwijają się szybciej i stabilniej. Nędza jednego jest zagrożeniem dla wszystkich – rodzi przestępczość, choroby, niepokoje społeczne. Opłaca się być solidarnym, nawet z egoistycznych pobudek.

Współczesna Polska stoi przed wyborem. Czy chcemy być montownią Europy, rezerwuarem taniej siły roboczej i rynkiem zbytu dla zachodnich koncernów, gdzie PKB rośnie, ale zyski wyjeżdżają? Czy może chcemy budować własną, podmiotową gospodarkę, która będzie jednym z filarów naszej polskiej tożsamości?

Klub Jagielloński wybiera to drugie. Dlatego będziemy upominać się o opodatkowanie gigantów cyfrowych, o deglomerację, o rozwój zrównoważony w zgodzie z ideą ekologii integralnej, o godne płace, czy o mieszkania na własność. I nie, to nie jest ani liberalizm, ani socjalizm. To jest po prostu przyzwoitość i gospodarczy patriotyzm, zakorzeniony w tradycji, która rozumie, że gospodarka jest dla człowieka, a nie człowiek dla gospodarki.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.