Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

„Nasza Bomba” atomowa. Czy droga do broni jądrowej poprowadzi nas nad przepaść?

„Nasza Bomba” atomowa. Czy droga do broni jądrowej poprowadzi nas nad przepaść? zrzut ekranu [z:] https://www.youtube.com/watch?v=D97827uXHrc&t=264s

Amerykański parasol nuklearny nie jest dany raz na zawsze – przekonuje Albert Świdziński w książce Nasza Bomba. W świecie, w którym USA stopniowo ograniczają zaangażowanie w Europie i kierują uwagę na Pacyfik, Polska musi rozważyć wszystkie scenariusze zapewnienia sobie bezpieczeństwa. Także pozyskanie broni jądrowej, o którym dotąd nie wolno nam było rozmawiać. Czy droga do własnego programu nuklearnego zapewniłaby Polsce bezpieczeństwo, czy zaprowadziłaby nas nad przepaść?

Gwarancje i umowy

Podstawowym założeniem, na którym bazuje Świdziński w Naszej Bombie, jest omówiony już po wielokroć fakt postępującej dekonstrukcji ładu międzynarodowego, w ramach której Stany Zjednoczone stopniowo ustępują z pozycji światowego hegemona.

USA po przyjęciu doktryny offshore balancing („zewnętrznego balansowania”) będą ograniczały swoje zaangażowanie (w tym także militarne) w Europie, przekierowując swoją uwagę na Pacyfik. Stąd apele administracji Donalda Trumpa do Europejczyków, aby wzięli odpowiedzialność za własne bezpieczeństwo.

W sytuacji, w której amerykańskie gwarancje ulegają osłabieniu, naturalne jest poszukiwanie alternatywnych sposobów zapewnienia sobie bezpieczeństwa – od rozbudowy konwencjonalnych sił zbrojnych, przez zawiązywanie nowych układów sojuszniczych, aż po uzyskanie zdolności odstraszania nuklearnego.

„W obliczu tego uważam, że broń jądrowa – pomimo wszystkich ryzyk związanych z dążeniem do niej – jest najskuteczniejszym sposobem na zarządzenie niektórymi zagrożeniami stojącymi przed Polską; […] broń jądrowa to kluczowa zdolność potrzebna do zagwarantowania przetrwania Polski w świecie posthegemonicznym” – pisze dyrektor analiz Strategy&Future.

Mocarstwa atomowe jednak nie chcą proliferacji (czyli rozprzestrzeniania się broni jądrowej), ponieważ relatywnie obniża to ich status jako państw nuklearnych. Wytrąca narzędzia nacisku oraz niesie obawy o niebezpieczeństwa, jakie wynikają z posiadania broni jądrowej przez kolejne państwa – nie zawsze stabilne i przyjazne.

Tzw. norma nieproliferacji daje Stanom Zjednoczonym ogromne korzyści polityczne w relacjach z sojusznikami. Naczelnym towarem eksportowym USA są gwarancje bezpieczeństwa (w tym rozszerzone gwarancje nuklearne), których potrzebują państwa obawiające się zagrożeń z zewnątrz, w tym Polska i cała wschodnia flanka NATO.

Za gwarancje się płaci – zakupami zbrojeniowymi, uległą polityką wobec Big Techów, zależnością polityczną – jednak nie da się ich kupić na stałe. W chwili, w której Polska będzie w stanie samodzielnie zapewnić sobie bezpieczeństwo, amerykańska polisa nie będzie (przynajmniej w teorii i częściowo) tak potrzebna jak do tej pory.

Co więcej, posiadanie broni jądrowej przez sojusznika Stanów Zjednoczonych zwiększa szansę na wplątanie ich w niepożądaną wojnę. Państwo dążące do nuklearyzacji może sprowokować wrogie wobec niego mocarstwo, które w obawie o własne bezpieczeństwo i interes geopolityczny pokusi się o próbę prewencyjnego zatrzymania programu nuklearnego.

To przynajmniej, w warstwie deklaratywnej, obserwowaliśmy w czerwcu 2025 roku i obserwujemy obecnie na Bliskim Wschodzie, gdzie Iran oskarżany o konstruowanie własnej broni jądrowej padł ofiarą ataku ze strony USA i Izraela. Podobnie my na ścieżce do nuklearyzacji moglibyśmy narazić się Rosji, co zdaje się być najpoważniejszym argumentem przeciwko polskiemu programowi nuklearnemu.

Co jest nie tak z nuclear sharing?

Podstawowym problemem każdego, w tym NATO-wskiego, odstraszania jest jego wiarygodność – również w kwestii amerykańskiego parasola nuklearnego. Za obietnicą odwetu nuklearnego kryje się realna niepewność.

Czy w odpowiedzi na rosyjskie uderzenie jądrowe na Olsztyn, Białystok czy nawet Warszawę, Amerykanie będą skłonni przeprowadzić uderzenie odwetowe przeciwko państwu posiadającemu największy arsenał nuklearny na świecie, ryzykując tym samym bezpieczeństwo własnych metropolii w razie eskalacji konfliktu?

Odpowiedź USA z pewnością nie nastąpiłaby automatycznie. Odstraszanie nuklearne jest bowiem najbardziej skuteczne, gdy odpowiada na egzystencjalne zagrożenie, jak np. agresja Rosji na Polskę, która mogłaby pozbawić nas państwowości. Gdybyśmy stali przed wyborem użycia broni jądrowej, a stawką byłoby „być albo nie być”, to nasze groźby natychmiast zyskiwałyby na wiarygodności.

Z tego powodu potencjalne alternatywy dla własnego programu nuklearnego: uczestnictwo w amerykańskim nuclear sharing lub ożywionym niedawno jego francuskim odpowiedniku nie dają nam stuprocentowej pewności, czy w razie „W” broń jądrowa rzeczywiście zostanie użyta.

Obydwa te programy opierają się na stacjonowaniu broni jądrowej w danym państwie i uczestniczeniu w ćwiczeniach wojskowych, lecz pełne prawo do jej użycia (i tym samym zarządzania eskalacją) należy do jej właściciela. Emmanuel Macron w przemówieniu z 3 marca tego roku, na tle gotowej do zwodowania łodzi podwodnej przenoszącej ładunki jądrowe, konsekwentnie podkreślał, że każda decyzja o użyciu francuskiej broni jądrowej pozostanie wyłącznie w rękach prezydenta Francji.

Nie oznacza to, że nie powinniśmy zabiegać o amerykańską stałą bazę w Polsce oraz o dołączenie do nuclear sharing. Im silniejsza obecność USA, tym większa stawka potencjalnego konfliktu dla Stanów Zjednoczonych.

Tym też Albert Świdziński uzasadnia stacjonowanie amerykańskich żołnierzy w Berlinie Zachodnim w czasie zimnej wojny. Z operacyjnego punktu widzenia nie mieli żadnego znaczenia. Gdyby wybuchła wojna, zginęliby pierwszego dnia i postawili USA w sytuacji bez wyjścia – w ten sposób uwiarygadniali amerykańskie gwarancje sojusznicze.

Amerykanie nie lubią automatyzmów i nie zastawili tej „pułapki” sami na siebie w pełni dobrowolnie, lecz skłoniło ich do tego RFN – proponowaną dla Polski przez Świdzińskiego – polityką hedgingu.

Hedging, czyli zbieranie atomowych puzzli

Strategia hedgingu polega na rozwijaniu zdolności potrzebnych do uzyskania broni jądrowej – od wykwalifikowanej kadry naukowej, przez zmiany legislacyjne, po infrastrukturę i niezbędne technologie – bez rozpoczynania programu stricte nuklearnego. Hedging jest co do zasady legalny i nie narusza norm międzynarodowych dotyczących proliferacji, ponieważ większość technologii jądrowych jest stosowana również w energetyce atomowej.

Hedging nie odbywa się w sposób tajny. Wręcz przeciwnie, jednym z jego celów jest bycie zauważonym przez gwaranta bezpieczeństwa. Ma zasygnalizować mu, że obecne gwarancje są niewystarczające i należy je wzmocnić, ponieważ w przeciwnym razie rozważymy dążenie do broni jądrowej.

Jeśli Amerykanie zdecydują się wzmocnić swoje gwarancje, np. budując stałą bazę w Polsce, uzyskamy oczekiwany efekt. W przeciwnym razie – gdyby nasze oczekiwania wobec reakcji ze strony USA nie zostały spełnione, a nasze położenie nie uległoby zmianie, dzięki pozyskiwanym zdolnościom znacząco skrócilibyśmy sobie drogę do bomby.

Droga nad przepaścią

Decyzja o przejściu z hedgingu do faktycznego programu nuklearnego zależałaby od bieżącej sytuacji geopolitycznej. Świdziński uważa, że wycofujące się z Europy Stany Zjednoczone, chcąc zachować równowagę na kontynencie i nie pozwolić na uzyskanie przez którekolwiek państwo dominującej pozycji, mogłyby dopuścić proliferację jako instrument balansowania sił. Naturalnym kandydatem byłaby Polska – położona między potencjalnie aspirującymi do dominacji Niemcami i Rosją.

W takim scenariuszu możliwe byłoby uzyskanie broni jądrowej pod tzw. kryszą, czyli pod amerykańską ochroną przed innymi państwami, które mogłyby wykryć i powstrzymać nasz program nuklearny. W ten sposób skutecznie przebiegła nuklearyzacja Izraela i Pakistanu (pod kryszą amerykańską) oraz Korei Północnej (przy chińskiej akceptacji).

Stany Zjednoczone mogą jednak uznać, że daleko jest do jakiejkolwiek dominacji w Europie i „nie ma czego balansować”. Wtedy pozbawieni szansy na kryszę staniemy przed wyborem między sprintem, priorytetyzującym czas ponad dyskrecje, a niejako jego przeciwieństwem – ukrywaniem się.

Niestety, jak pisze Świdziński, obydwie z tych opcji są niezwykle ryzykowne i narażają nas na szereg niebezpieczeństw „od porzucenia przez sojuszników, przez ciężkie sankcje ekonomiczne, po agresję militarną”. Ostatecznie może się okazać, że polska droga do bomby jest zbyt wyboista i prowadzi nad przepaścią, a szansa na tragedię jest dla nas nieakceptowalnie wysoka.

Co wtedy? Istnieje szereg pytań, na które nasi stratedzy przed podjęciem właściwej decyzji powinni odpowiedzieć. Jakie byłyby konsekwencje wykrycia naszego programu nuklearnego? Ile mamy czasu na stworzenie bomby? Co, jeśli nasz program zostałby wykryty w trakcie konfliktu zbrojnego? Czy doprowadziłoby to do jego eskalacji?

Zakazana debata

Ostatecznie może się okazać, że proces pozyskania, a następnie utrzymywania i zarządzania arsenałem nuklearnym jest na tyle ryzykowny i kosztowny, że lepiej przeznaczyć te środki na np. wzmocnienie naszych zdolności konwencjonalnych – szczególnie w wariancie, w którym konflikt zbrojny nie jest odległą perspektywą.

Możemy także stwierdzić, że państwo polskie nie jest na tyle sprawcze i skuteczne, aby podjąć się takiego wyzwania. Od dekad przerasta nas wybudowanie jednej elektrowni atomowej, więc lepiej darować sobie myślenie o znacznie bardziej wymagającym projekcie?

Niezależnie, do jakich wniosków dojedziemy, wpierw musi odbyć się debata na temat polskiej strategii nuklearnej, która zdaniem Alberta Świdzińskiego, pomimo tego, że Polska żyła przez dziesiątki lat w cieniu broni jądrowej, była zupełnie nieobecna.

Celem, który przyświecał autorowi Naszej Bomby w trakcie pisania książki było przede wszystkim, jak przyznaje autor, „zburzenie tabu — przerwanie zmowy milczenia, która otacza w Polsce kwestie dotyczące broni jądrowej”. To niewątpliwie Świdzińskiemu się udało – o w zasadzie nieobecnym, jedynie powierzchownie wspominanym przez media, polityków czy ekspertów temacie dziś jest głośno.

„Aby w ogóle możliwe było rozpoczęcie jakiegokolwiek programu jądrowego, w kręgach decyzyjnych danego państwa musi zapanować pełen konsensus co do zasadności podjęcia tak ryzykownego przedsięwzięcia” – twierdzi Świdziński.

Uważa on także, że przed uzyskaniem zgody wśród decydentów (od polityków, przez wojsko czy nawet środowiska naukowe) musi zostać zrealizowany warunek przedwstępny – zburzenie poprzedniego konsensusu, który zakazywał myślenia o broni jądrowej, nieposłuszeństwie wobec Stanów Zjednoczonych oraz autonomicznych zdolnościach.

„Nuklearne tabu” służy tym, którzy nie chcą, aby Polska posiadała broń jądrową i była niezależna w sferze bezpieczeństwa. Niestety, do tego grona należą również nasi sojusznicy, którzy konsekwentnie deklarują sprzeciw wobec broni atomowej dla Polski.

Na szczęście kurtyna opada, zarówno politycy jak i społeczeństwo mówią coraz śmielej o broni jądrowej – a zatem główny cel książki Alberta Świdzińskiego można uznać za spełniony.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.