To nie koniec Islamskiej Republiki Iranu. Reżim ajatollahów jest gotowy na wojnę?
Śmierć najwyższego przywódcy Alego Chameneiego nie doprowadzi do upadku Islamskiej Republiki Iranu. Reżim ajatollahów będzie dalej walczył z USA i Izraelem, w czym może liczyć na szczere wsparcie dość sporej części społeczeństwa – twierdzi orientalista i ekspert od Iranu Marcin Krzyżanowski.

Dlaczego Stany i Izrael zaatakowały Iran akurat 28 lutego?
Po pierwsze, była to noc z piątku na sobotę, a więc czas, kiedy giełda jest zamknięta i efekt ataków nie jest tak odczuwalny. Po drugie, drugi lotniskowiec Amerykanów – USS Gerald R. Ford – który został wysłany na Bliski Wschód, osiągnął wówczas przewidzianą pozycję i wszystkie elementy układanki znalazły się na swoim miejscu. Doszły też do nas informacje mówiące, że atak był planowany bez względu na postęp w negocjacjach bądź też jego brak.
Nie sądzę więc, żeby 28 lutego był dniem jakoś szczególnie symbolicznym. Po prostu wtedy akurat wszystko trafiło na swoje miejsce. Do tego pojawił się prezent w postaci okienka pogodowego i można było uderzać tak, żeby spróbować złamać potencjał militarny Iranu.
Ta próba zdecydowanie się udała, już pierwszego dnia wojny Amerykanie wraz z Izraelczykami zlikwidowali najwyższego przywódcę Iranu, ajatollaha Alego Chameneiego. Czy to oznacza koniec Islamskiej Republiki czy dopiero początek walki o losy reżimu?
To nie tyle początek, co raczej kulminacja bitwy o przetrwanie Republiki Islamskiej. Śmierć ajatollaha Chameneiego nie jest druzgocącym ciosem dla systemu politycznego Iranu, ponieważ na taki scenariusz – niezależnie, czy chodzi o śmierć z przyczyn naturalnych czy z powodu działań wojennych – państwo było przygotowane.
Bardzo szybko zadziałały procedury przewidziane na taką okoliczność, nie ma mowy o żadnych śladach dezercji, protestów czy innych tego typu wystąpień wśród władz. Oznacza to, że Republika Islamska będzie kontynuowała walkę o swój byt i przetrwanie.
Jak zamierza ona to osiągnąć? Czy system polityczno-wojskowy Iranu jest na to gotowy?
Jeśli chodzi o najwyższego przywódcę, to tutaj jest jeden problem do rozwiązania. Po jego śmierci władzę w kraju, zgodnie z art. 111 konstytucji Iranu, przejmuje tymczasowa Rada Przywódcza złożona z prezydenta, szefa sądownictwa oraz jednego z członków Rady Strażników Konstytucji – w tym wypadku stał się nim ajatollah Ali Reza Arafi.
Rada Przywódcza sprawuje władzę i nadzoruje irańską politykę do momentu wyboru nowego przywódcy. Wybierany on jest większością 2/3 głosów przez Radę Ekspertów, czyli 88-osobowe ciało kolegialne złożone z duchownych wybieranych w powszechnych wyborach.
A co z resztą urzędników administracyjnych i wojskowych? Po atakach pojawiło się sporo wakatów, na przykład w Korpusie Strażników Rewolucji Islamskiej.
Ich sukces zależy od prostych czynników. Każdy z oficerów ma swoje miejsce w hierarchii, w „centrum dowodzenia”; jeśli ktoś z góry zostaje zlikwidowany, to wtedy jego zastępca przejmuje to stanowisko, później zastępca tego zastępcy, i tak dalej, i tak dalej.
Tego typu schemat jest realizowany w Iranie właśnie po to, aby zapewnić ciągłość polityczno-wojskowego reżimu Islamskiej Republiki i zapobiec jego szybkiemu upadkowi.
Rozumiem zatem, że następca irańskiego tronu, Cyrus Reza Pahlawi, musi jeszcze poczekać z triumfalnym powrotem do Teheranu i ostateczną koronacją na szacha.
Jeśli planował tam wjechać na białym rumaku, to jeszcze nie powinien go siodłać.
Zejdźmy teraz z poziomu władzy do poziomu zwykłych obywateli. Z tego kraju docierają do nas skrajne, wzajemnie sprzeczne obrazy, w których część mieszkańców publicznie opłakuje zmarłego ajatollaha, a część wręcz przeciwnie – ostentacyjne świętuje amerykańsko-izraelską interwencję wojskową i traktuje ją jako udzielenie „pomocnej dłoni” uciśnionemu narodowi. Które z tych nastrojów przeważają?
Irańskie społeczeństwo rzeczywiście jest bardzo mocno podzielone i niesamowicie spolaryzowane, zwłaszcza pod względem politycznym. To powiedziawszy, żałobników po śmierci ajatollaha Chameneiego było więcej niż świętujących, i to wcale nie tylko dlatego, że Republika Islamska jest państwem brutalnie tłumiącym wszelkie przejawy oporu. Protestujących, którzy w ten sposób sprzeciwiają się reżimowi ajatollahów, jest po prostu mniej.
Od dłuższego czasu jesteśmy bardzo intensywnie bombardowani nieprawdziwymi informacjami, jakoby Republika Islamska opierała swoją władzę tylko i wyłącznie na garstce przekupionych, uzbrojonych zbirów i fanatyków.
Tak nie jest; reżim ajatollahów może liczyć na bardzo duże i szczere poparcie społeczeństwa, oprócz tego może liczyć na bierną postawę „milczącej większości”, która nie zdecyduje się protestować czy też występować przeciwko Republice, ponieważ w tym momencie nie widzi dla niej żadnej wyraźnej alternatywy.
To samo czują Rosjanie i zapewne mieszkańcy wielu innych państw o ustroju autorytarnym i silnej władzy centralnej.
Bardzo wielu Irańczyków zadaje sobie teraz pytanie „No dobrze, wszystko pięknie, obalamy Islamską Republikę, ale co dalej?”. Sam fakt obalenia to jedno, ale jeśli Irańczycy mieliby przechodzić z deszczu pod rynnę, z jednej dyktatury w drugą, to nie będą taką perspektywą zainteresowani.
Legitymizacji reżimu ajatollahów sprzyja również fakt, że mnóstwo Irańczyków obawia się wojny domowej i tzw. scenariusza syryjskiego bądź irackiego. Chodzi o sytuację, w której państwo staje się podzielonym i zarządzanym przez lokalnych watażków pseudoksięstwem, czyli de facto państwem upadłym.
Na koniec wróćmy do samej wojny. Minęły dopiero trzy dni walk, Iran w odpowiedzi na amerykańsko-izraelskie ataki tradycyjnie zbombardował Tel Awiw i inne miasta położone we wrogim Izraelu, lecz zaskoczył czymś innym – rozszerzył odwetowe uderzenia na Dubaj, Dohę oraz cały szereg miast w państwach arabskich sprzymierzonych z USA. Skąd taka brawura?
Islamska Republika zdecydowała się na eskalację w obawie przed tzw. libanizacją Iranu, czyli doprowadzeniem do sytuacji, w której kraj jest co jakiś czas „prewencyjnie” bombardowany przez Izrael w ramach tzw. koszenia trawnika.
Iran postanowił przerwać też ciąg małych wojenek prowadzonych przez Stany Zjednoczone i wywindować koszty ataku na siebie maksymalnie w górę, żeby ten rachunek ekonomiczny stał się zabezpieczeniem dla Republiki Islamskiej.
Innymi słowy, jakiego konfliktu możemy się ostatecznie spodziewać?
W tym momencie raczej dłuższego niż krótszego.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.
Paweł Farbisz
Marcin Krzyżanowski
