Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Jacek Sokołowski: Spór o klamkę zdeterminuje wybory w 2027 roku

Jacek Sokołowski: Spór o klamkę zdeterminuje wybory w 2027 roku źródło: Flickr, “P20250903JB-0816” by The White House, United States Government Work

Politycy zachowują się tak, jakby nie wierzyli, że Polska może przetrwać bez zewnętrznego patrona, a każda z głównych sił politycznych takiego patrona próbuje sobie znaleźć. Wielu może dojść do wniosku, że jeśli suwerenność ma wyglądać tak, jak w praktyce PiS zachowuje się względem Trumpa, to działania Donalda Tuska wobec Unii Europejskiej wcale nie są gorsze – mówi dr Jacek Sokołowski, autor książki Transnaród. Polacy w poszukiwaniu politycznej formy.

To pierwsza część rozmowy z dr. Jackiem Sokołowskim, w której przyglądamy się przyszłości podziałów socjopolitycznych. Druga, dotycząca Grzegorza Brauna, ukaże się niebawem.

W ostatnim rozdziale Transnarodu pisał pan: „Przyszłe spory polityczne Polaków i przyszłe podziały będą dotyczyć również, jeśli nie głównie, kierunków polskiej polityki zagranicznej, co zwiastuje ujawniający się już w tej kampanii podział na suwerennistów i unijczyków”. Podtrzymuje pan tę tezę?

Tak, ale z innych powodów, niż wówczas sądziłem. Polityka zagraniczna ma duże znaczenie, jednak w nieco innym sensie. Nie staje się ona punktem odniesienia w klasycznym modelu podziału socjopolitycznego, lecz być może jest już przejawem nadciągającej nowej ery, w której podziały socjopolityczne – tak jak rozumieli je Lipset i Rokkan – tracą znaczenie.

Co się zmieniło?

Wydarzyły się dwie rzeczy. Działy się zapewne już wówczas, gdy pisałem Transnaród, ale byłem najwyraźniej zbyt mało przenikliwy, by dostrzec je dwa lata temu. Ale nie tylko ja – inni również tego nie zauważyli. Teraz jednak jest to już dużo bardziej widoczne.

Mam na myśli, po pierwsze, kruchość istnienia państwa polskiego, a po drugie – skutki funkcjonowania nowych mediów; to, w jaki sposób przekładają się one na organizację i sposób zarządzania partiami politycznymi.

To sprawia, że polityka zagraniczna w pewnym sensie wysuwa się na pierwszy plan jako kryterium naszych wyborów politycznych, ale nie w takim zanaczeniu, jakie miałem na myśli, gdy osadzałem to w pojęciu tradycyjnie rozumianego podziału socjopolitycznego.

Co rozumieć przez kruchość państwa polskiego?

Odnoszę wrażenie, że politycy zachowują się tak, jakby nie wierzyli, że państwo polskie może przetrwać bez zewnętrznego patrona, a każda z głównych sił politycznych takiego patrona próbuje sobie znaleźć.

To zatem nie jest spór o kierunek polityki zagranicznej. To raczej pytanie o to, na której klamce mamy się zawiesić.

W tle pobrzmiewa przekonanie, że to jest kwestia egzystencjalna: jeśli źle wybierzemy i zawiesimy się nie na tej klamce, na której powinniśmy, to nie przetrwamy – albo przetrwamy w gorszym stanie, niż gdybyśmy wybrali inną.

A funkcjonowanie nowych mediów – na czym polega tutaj nowość?

Na sposobie komunikacji, jaki narzucają media społecznościowe. Ten sposób determinuje funkcjonowanie partii politycznych, które stają się niezwykle zależne i wrażliwe na fale emocji.

Są też silnie uzależnione od ludzi posiadających w gruncie rzeczy jedną umiejętność – zdolność generowania tych fal emocji i przyciągania do siebie uwagi.

Przyjęło się myśleć o polskich partiach, że dominuje w nich wodzowski styl zarządzania. Dziś jest odwrotnie – mamy do czynienia z modelem antywodzowskim. W każdej partii pojawia się wielu małych i średnich „warlordów”, silnych siłą lajków i zasięgów.

Sebastian Kaleta stwierdził niedawno na Twitterze, że ma tyle wyświetleń i odsłon, że trzeba się z nim liczyć.

Na tym polegała i polega siła Suwerennej Polski. To dlatego PiS tak bardzo liczył się z tym środowiskiem i wciąż się liczy. Obrona Zbigniewa Ziobry, mimo widocznych w sondażach kosztów, jest efektem tej logiki: ktoś ma zasięgi, ma lajki, więc trzeba brać go pod uwagę.

Oczywiście, „lokalni baronowie” istnieli w partiach zawsze. Ale ich siła brała się z dostępu do zasobów, do stanowisk, które są w stanie zaoferować swoim stronnikom, do realnej władzy. Cyfrowi warlordowie mają głównie lajki. Ale teraz to one stały się cennym zasobem.

W rezultacie przekonania stają się mniej istotne. Lajki, a więc poparcie – a może tylko jego złudzenie – generują przywódcy, działający w paradygmacie watażki: mający zdolność wzbudzania zaufania i mobilizowania emocji. A skoro to emocje i zasięgi są źródłem siły, to treść głoszonych poglądów schodzi na dalszy plan.

I dlaczego ma się to nie wpisywać w socjologiczne pojęcie podziału?

Bo klasyczny podział socjopolityczny dzielił społeczeństwo na duże grupy, posiadające wewnętrzną, spójną tożsamość. Łączyła się ona ze wspólnymi interesami, które grupy te potrafiły artykułować za pośrednictwem swoich elit. Istniały jednocześnie mechanizmy ich wyłaniania.

Takiego społeczeństwa już nie ma. Podział socjopolityczny był linią rozgraniczającą na robotników i mieszczaństwo; chłopów i inteligencję. Każda z tych grup miała odmienną tożsamość, odmienne interesy i własne mechanizmy kreacji elit. W ich obrębie wykształcała się warstwa przywódcza zdolna te interesy nazwać, uporządkować i nadać im postać programu politycznego.

Dziś nie ma takich grup, społeczeństwo uległo atomizacji. I zamiast elit, formułujących grupowe interesy, pojawiają się liderzy-watażkowie w mediach społecznościowych, skupiający wokół siebie zaufanie i traktujący je jako kapitał polityczny. Dzięki temu mogą zakładać partie lub odgrywać w nich istotną rolę.

Siła ich zasięgów czyni ich niezależnymi od lidera, od struktury partyjnej. Ale ta sama siła czyni ich z kolei zależnymi od tych, którzy mogą wpływać na te zasięgi: zwiększając je dzięki farmom trolli albo dzięki odpowiednio ustawionym algorytmom. I zarazem powoduje, że muszą o te zasięgi dbać.

A to – oprócz zdobycia sympatii, tych którzy naprawdę decydują to tym, kto te zasięgi dostanie – wymaga też kompulsywnej obecności w mediach społecznościowych, bezustannego bodźcowania ich użytkowników. Najlepiej radykalnym przekazem i gwałtownymi emocjami.

Równocześnie elita polityczna jako całość przestaje wierzyć w trwałość państwa polskiego i możliwość jego samodzielnego przetrwania, a nawet otwarcie deklaruje konieczność posiadania zewnętrznego patrona. Społeczeństwo w pewnym stopniu dostosowuje się do tej logiki.

To co w takim razie z tymi suwerennistami” i unijczykami? Czy to są w ogóle kategorie, które jakkolwiek przystają do rzeczywistości?

Prawo i Sprawiedliwość ma niezwykły dar bycia pojęciowym anty-Midasem. Bierze na sztandar jakieś hasło, które następnie ośmiesza. Tak było z koncepcją IV RP – kiedyś poważnym postulatem, podnoszonym również przez Platformę Obywatelską, w który ludzie wierzyli.

Doszło do tego, co nazywam odwróceniem semantycznym. Hasło IV RP zaczęło oznaczać dokładne przeciwieństwo tego, co pierwotnie miało znaczyć. Stało się hasłem, którego używa się w celu ośmieszenia, kryjącym za sobą chaos działań Zbigniewa Ziobry i ich bezproduktywność.

Dziś PiS jest na dobrej drodze, by to samo zrobić z pojęciem suwerenności. W końcówce swojej kadencji ta partia wręcz zachłystywała się tym hasłem, przekonując, że utrata władzy będzie równoznaczna z utratą suwerenności.

A teraz okazało się, że ta suwerenność polega na bieganiu w czerwonej czapeczce z napisem MAGA i podlizywaniu się Donaldowi Trumpowi w sposób niesłychanie niewybredny i okazywaniu mu serwilizmu, który nie miał do tej pory precedensu w zachowaniach polityków. Bo nawet jak politycy musieli lizać czyjeś buty, to robili to po cichu.

Zachowanie PiS-u jest pańskim zdaniem kompletnie bez sensu? Nie ma żadnych racjonalnych podstaw?

W takiej formie, w jakiej robi to PiS, to moim zdaniem nie ma. Zwłaszcza biorąc pod uwagę operetkowy wręcz narcyzm Trumpa – postaci, która nie wpisuje się w polskie wyobrażenia o tym, jak powinien wyglądać „władca świata” czy ktoś aspirujący do tej roli. Widać to zresztą w badaniach opinii publicznej.

Serwilizm wobec takiej postaci, uzasadniany potrzebą obrony suwerenności, jest konstrukcją karkołomną. Częściowo tłumaczy to obecne notowania PiS, ale może też długofalowo wpłynąć na to, jak Polacy będą rozumieć samo pojęcie suwerenności.

Wielu może dojść do wniosku, że jeśli suwerenność ma wyglądać tak, jak w praktyce PiS zachowuje się względem Trumpa, to działania Donalda Tuska wobec Unii Europejskiej czy innych polityków wcale nie są gorsze – a być może nawet lepsze. Ludzie mają taką tendencję, że od wariactwa jednak bardziej uciekają niż od nie-wariactwa.

Wariactwa”?

Choćby takiego, że dzisiaj (23 lutego – red.) Trump obłożył wszystkie państwa, w tym Polskę, 15-procentowymi cłami bez żadnego powodu. PiS jakoś to skomentował? Nie. Bo wierzy, że trzeba za wszelką cenę, najlepiej błaganiem, utrzymać zainteresowanie Ameryki naszym regionem i nie drażnić amerykańskiego cara.

Prawda jest taka, że na to, czy USA utrzymają swoje zainteresowanie Europą Środkowo-Wschodnią, po prostu nie mamy wpływu. Choćby przyszło tysiąc Dominików Tarczyńskich i wszyscy obwiesili się od stóp do głów gadżetami MAGA, to decyzje strategiczne Ameryki będą zapadały bez oglądania się na nich.

Ale, oczywiście, jest też inna perspektywa, w której to żenujące podlizywanie się Trumpowi ma sens. Wielu polityków PiS jest po prostu przekonanych, ze walczą w ten sposób o swoje polityczne przetrwanie; że Trump jest ostatnią przeszkodą na drodze obranej przez Tuska do eliminacji Prawa i Sprawiedliwości.

„Bez Trumpa nie byłoby Nawrockiego, a bez Nawrockiego nas by już nie było” – dosłownie tak mi pewien znajomy „twardy PiS-owiec” powiedział. I oni w to święcie wierzą.

Co w takim razie z unijczykami”? Czy faktycznie dziś nadal są ludzie, dla których normalnym jest powiedzieć, że ma się poglądy „normalne, europejskie”?

Teraz to byłyby już chyba „poglądy demokratyczne”, zagrożone przez czyhającą za każdym rogiem dyktaturę. Cytat, do którego pan nawiązuje to słowa, które padły z pozycji wyższości i pewności siebie, a dziś obóz pro-unijny ma raczej syndrom oblężonej twierdzy.

I – analogicznie do PiS – upatruje w zewnętrznym patronie jedynej nadziei zarówno na ocalenie kraju, jak i na utrzymanie się przy władzy. Niebezpodstawnie, bo przecież obóz, który lubi nazywać siebie demokratycznym, władzę tę zdobył przy wydatnym wsparciu UE, czego sztandarowym przejawem było zablokowanie środków z KPO.

Temu podziałowi – „patronackiemu” – wymyka się jednak część społeczeństwa.

Jak to?

Jeżeli beneficjentami transformacji – zwłaszcza jej późnego, także PiS-owskiego etapu – jesteśmy dziś niemal wszyscy, bo poziom życia generalnie się poprawił, to być może zasadnicza linia podziału przebiega gdzie indziej.

Może dzieli ona tych, którzy chcą zachować to, co mają, i obawiają się utraty swojego statusu – dlatego myślą kategorią patrona. Patron ma zagwarantować, że „będzie jak było”, że istniejący porządek zostanie utrzymany.

Kto byłby po drugiej stronie?

Ci, którym jest w gruncie rzeczy obojętne, jak będzie – bo z różnych powodów, niekoniecznie materialnych, czują się tu źle.

Dla nich ewentualne załamanie systemu nie jest zagrożeniem, lecz szansą. Skoro nie mają wiele do stracenia, mogą myśleć: niech nawet wszystko się rozpadnie, może w nowym rozdaniu uda mi się zyskać.

To częściowo tłumaczyłoby sposób głosowania młodych. Sławomir Mentzen najmniej ogląda się na zewnętrznego patrona, podobnie jak partia Razem. I to właśnie na nich głosuje wielu młodych wyborców – ludzi, którzy mają relatywnie niewiele i nie obawiają się utraty status quo.

Zagadką pozostaje natomiast fenomen Konfederacji Korony Polskiej Grzegorza Brauna, na którą głosują także osoby posiadające pewien dorobek, niedostrzegające jednocześnie, że poparcie dla Brauna może przybliżać scenariusz, w którym mogliby ten dorobek utracić.

Jest pan pewien, że niemal wszyscy jesteśmy dziś beneficjentami transformacji? Profesor Jarosław Flis jeszcze nie tak dawno temu przekonywał mnie na tych łamach, że podział na lepiej i gorzej „urządzonych nigdy nie zniknie.

Jest to teza prawdziwa w każdym społeczeństwie od rewolucji neolitycznej do teraz, bo przed wynalezieniem rolnictwa takiego podziału nie było; wszyscy byli równi i w związku z tym nie było też polityki.

Natomiast sformułowanie jej na takim poziomie ogólności niewiele wnosi do zrozumienia naszej aktualnej rzeczywistości. Nie wyjaśnia, dlaczego ludzie, którzy mają sporo i wcale im się źle nie wiedzie, chcą głosować na Brauna.

Nie wyjaśnia też, z jakiego powodu człowiek, który ma niewiele, jest korpoludkiem, nie stać go, ani na kredyt, ani na mieszkanie w Krakowie, głosuje na Mentzena, śniąc sen o byciu bitcoinowym milionerem, o trójce dzieci i posłusznej tradwife, która będzie mu gotowała obiady, czekając na niego w domu z ogródkiem.

Ci ludzie nie głosują zgodnie ze swoimi interesami ekonomicznymi, ponieważ nie są w stanie swoich interesów ekonomicznych rozpoznać i wyartykułować, bo nie przynależą do grupy, która miałaby charakter klasy społecznej, mechanizmy kreacji elit i elitę, która potrafiłaby takiej artykulacji dokonać.

Oni głosują na fantomy, jakieś wyobrażenia, widma z przeszłości, które nie mają związku z ich rzeczywistą sytuacją. Fantomy, dodajmy, w dużej mierze kreowane przez social media.

Czyli realny spór jest o klamkę?

Tak, realne kryterium wyboru jest moim zdaniem o klamkę. Jak pójdziemy do wyborów za półtora roku, to jednym z pytań, które sobie niekoniecznie uświadamiamy, ale na które będziemy musieli sobie odpowiedzieć, brzmi tak naprawdę, na którego patrona głosujemy.

Sprawa więc może wyglądać tak, że: „Głosuję na PiS, bo nie obronimy się przed Ruskimi bez amerykańskich F-35, a F-35 Amerykanie mogą nam wyłączyć, a w związku z tym Amerykanów trzeba ugłaskiwać”.

Albo: „Głosuję na Brauna, bo Ruscy są fajni i konserwatywni. Oni tych pe*ałów pogonią i zrobią tu porządek”. A na Tuska wiadomo – bo wszyscy pozostali chcą Polexitu. Proste.

Czy mamy dziś jakąś jedną koncepcję racji stanu w związku z tym?

Absolutnie nie. Dziś nie ma już nawet śladowej. W latach 90. to było oczywiste. Polska była państwem słabym, Rosja również była słaba, a kierunek strategiczny był jasno wytyczony: Unia Europejska i NATO.

To dawało dostęp do obszaru dobrobytu i bezpieczeństwa. Panowała w tej sprawie szeroka zgoda – cała elita polityczna, mimo różnic, zmierzała w tym samym kierunku. Później nastąpił okres, w którym Polska zaczęła stopniowo nabierać siły, choć nadal nie była w pełni samodzielnym podmiotem polityki międzynarodowej.

Wówczas pojawił się rozdźwięk w rozumieniu racji stanu. Platformersi mówili: „Historia się skończyła, weszliśmy do Unii i od tej pory wszystko będzie stabilne i przewidywalne”. A PiS mówił: ,,Nie, nie, Ruscy tylko na nas dybią, a Unia nie jest gwarancją trwałego bezpieczeństwa” i okazało się, że PiS miał niestety rację.

Osobiście wolałbym, żeby to Donald Tusk i Angela Merkel ją mieli i żebyśmy żyli już do końca historii w szczęśliwej, bezpiecznej i bogacącej się Unii Europejskiej. Ale oni nie mieli racji. Oni się fatalnie pomylili.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.