Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Dla lewicy faszysta, dla prawicy kryptokomunista. Gyula Illyés daje nam klucz do zrozumienia Węgier

Dla lewicy faszysta, dla prawicy kryptokomunista. Gyula Illyés daje nam klucz do zrozumienia Węgier Autor ilustracji: Bruno Dziadkiewicz

Gyula Illyés ma na Węgrzech status klasyka. Na dobre i złe. Rocznice, wspominki, podsumowania ubiegłego wieku, czasami oficjalne upamiętnienie. Niewielu jednak dyskutuje o jego dorobku jako czymś żywym. A szkoda. Sądzę, że ma nam wciąż to i owo do powiedzenia. Także tu, w Polsce.

 

„Kamień rzucony, na twą spadając

Ziemię, do ciebie, mój mały kraju,

Wciąż wraca syn twój”.

Endre Ady

Przyszedł na świat w roku 1902 na południu obecnych Węgier w Felsőrácegrespuszta – położonym między dwoma wsiami (Sárszentlőrinc i Pálfa) folwarku wchodzącym w skład dóbr szlacheckiego rodu Apponyich.

Jego ojciec pracował w majątku jako kowal-mechanik. Matka pochodziła z chłopsko-rzemieślniczej rodziny. Jeden dziadek był wędrownym pasterzem, czyli ówczesną folwarczną elitą zawodową. Drugi – wiejskim garncarzem.

Folwark, w którym dorastał chłopiec, to osada z około 300 mieszkańcami. Zwana pusztą – termin ten oznacza nie tylko powszechnie tak zwaną Wielką Równinę na wschodzie kraju, ale także używany był na określenie wielkich majątków ziemskich na zachód od Dunaju.

Jego ojciec zarabiał nieźle, bo potrafił naprawiać nowoczesne maszyny rolne. Matka wywodziła się z ambitnego chłopstwa protestanckiego, co zaowocowało pędem ku wiedzy i rozwoju. Babka niegdyś pracowała w Budapeszcie i poznała inne realia. A brat ojca, dzięki wysiłkowi całej rodziny, został prawnikiem.

W efekcie najmłodsze z trojga dzieci nie poprzestało na czteroklasowej podstawówce w folwarku. Babka wybłagała, by chłopiec pobierał lekcje francuskiego u guwernantki z dworu – „Mając osiem lat, prowadziłem wieczorami za oborą francuskie konwersacje”, jak pisał z autoironią.

Niemieckiego uczył się u kolonistów sprowadzonych przez Habsburgów. Gdy ojciec po konflikcie z zarządcami majątku opuścił folwark, chłopiec w nowym miejscu zamieszkania zaliczył wyższe klasy podstawówki, a następnie stryj-notariusz opłacił naukę w liceum.

„Paryż uczynił mnie Węgrem”. Formowanie tożsamości młodego pisarza

Po rozwodzie rodziców trafił podczas I wojny światowej z matką do Budapesztu. Ona zarabiała szyciem, on uczęszczał do liceum oraz wyższej szkoły handlowej. I wszedł w krąg radykalnej postępowo-lewicowej młodzieży.

Koniec wojny, bieda, demobilizacja żołnierzy, wrzenie niezadowolonych mas, nadzieje na reformy socjalne. Skutkiem była krótkotrwała Węgierska Republika Rad – kilkumiesięczne rządy komunistów i skrajnej lewicy wiosną i latem 1919 roku. Niespełna 17-letni Illyés popierał reformy społeczne nowej władzy. Gdy rząd upadł, chłopak zaangażował się w nielegalną pomoc rodzinom aresztowanych działaczy lewicy.

W 1921 zapisał się na stołeczny uniwersytet, ale tropiła go policja, więc wyjechał przez Niemcy do Francji. Pracował jako górnik rud żelaza. Później Paryż i praca w porcie rzecznym, następnie warsztat introligatorski. Aktywność w środowiskach imigrantów politycznych i w imigranckiej sekcji lewicowych związków zawodowych.

Po pracy studia na Sorbonie. I kontakty z awangardą artystyczną. Max Jacob, Jean Cocteau, Tristan Tzara, André Breton, Paul Éluard, Louis Aragon – to jego krąg towarzyski. Publikuje wiersze, eseje, formy eksperymentalne w czołowych pismach młodego radykalnego kręgu literackiego ówczesnej Francji.

Ale gdy w 1926 nastaje amnestia, od razu wraca do ojczyzny. „Patrząc na wszystko nowymi oczami, widziałem tylko rzeczy straszne. Nie poznawałem mojej ojczyzny. Zrozumiałem: byłbym zdrajcą, jeśli pragnąłbym być tylko pisarzem”.

Szokujące było zderzenie realiów węgierskiej wsi i prowincji ze świeżymi wrażeniami z rozwiniętego Zachodu, choć Illyés poznał Francję także „od dołu”. „Paryż uczynił mnie Węgrem”, tak pisał o tym kontraście.

Znalazł zatrudnienie jako szeregowy urzędnik w publicznym funduszu ubezpieczeniowym w Budapeszcie. Wkrótce zaczął współpracę z pismem „Nyugat” (Zachód), legendarnym periodykiem kulturalnym. Szybko stał się gwiazdą kolejnej generacji jego twórców.

Wniósł do redakcji mocny, wyrazisty głos prospołeczny. Już debiutancki tom wierszy Nehéz föld (Ciężka ziemia) to porzucenie awangardowo-eksperymentalnych form – zamiast nich jest tematyka społeczna, radykalizm narodowy i socjalny.

Lewicowy nacjonalista

Ot, typowy młody „lewak” tamtych czasów. Ale Illyés wymknął się schematowi. Wbrew głównemu nurtowi lewicy, akcentuje przede wszystkim problemy ludności wiejskiej. Zwraca uwagę na koszmarną sytuację obszarów rolnych, zacofanie, eksploatację, w zasadzie nieprzerwane pasmo biedy i upokorzenia: drobnych gospodarstw, wiejskiej bezrolnej biedoty, pracowników folwarków.

Nie chodziło tylko o wrażliwość społeczną. Illyés uważał, że chłopi są rdzeniem narodu węgierskiego. Że to warstwa tyleż liczna, ile kluczowa i wartościowa. Państwo lekceważące sytuację chłopów nie tylko krzywdzi milionowe masy, lecz także działa niejako antynarodowo.

Choć w Polsce, szczególnie obecnie i szczególnie w kręgach liberalnych, Węgrzy bywają postrzegani jako hardzi nacjonaliści o skłonnościach ekspansjonistycznych, oni sami widzieli to zupełnie inaczej.

Illyés w szkicu o związkach awangardy artystycznej z kulturą ludową napisze pod koniec lat 30. m.in. o „Franciszku Józefie, który […] zawsze postrzegał Węgrów tak, jak Hitler, to znaczy jako obcych, których należy zmieść.

Ponieważ Węgrzy są jedynym narodem w Europie, który nie jest aryjski, a ze względu na swoje pochodzenie są narodem podwójnie nieznośnym dla takich władców, bo skądkolwiek przybyli, zajęli te żyzne i piękne regiony oraz zasiedlili je wraz z bagażem swojego ugrofińskiego pochodzenia i poczucia całkowitej odrębności.

I z nieustannym lamentowaniem nad swoim sieroctwem i nieszczęściem. Każdy naród o niespokojnej świadomości, pozbawiony wszelkiej państwowości, uświadamia sobie to i szuka oparcia wśród własnego ludu, chroni się w jego objęciach przed niebezpieczeństwami zagłady”.

Ten aspekt węgierskości – poczucie osamotnienia i bycia niewielką wyspą na morzu obcych – który został wzmocniony decyzjami z Trianon (Węgry straciły ponad 65% terytorium, a przede wszystkim jedna trzecia tej nacji znalazła się poza granicami kraju), jest słabo rozumiany i na Zachodzie, i wśród Słowian.

A na Węgrzech przenika nierzadko także myślenie osób bez ciągot prawicowo-nacjonalistycznych. „Węgier ma swoje miejsce i to, co najlepsze, we wspólnocie węgierskiej” – pisał „lewak” Illyés w książce Węgrzy pod koniec lat 30.

Wcześniej, w 1933 na podstawie wrażeń z wędrówki po wioskach w południowo-zachodniej części kraju pisze reportaż Pusztulás (Zagłada). Tekst opublikowany na łamach „Nyugatu”, pisma czytanego głównie przez liberalną elitę kulturalną, mówi o ekspansji niemieckiego żywiołu na Węgrzech i o rugowaniu rodzimego chłopstwa przez zamożnych, zorganizowanych, zdeterminowanych sąsiadów o niemieckich korzeniach.

Potomkowie dawnych kolonistów, ściąganych z Niemiec przez urzędników monarchii habsburskiej głównie na tereny spustoszone okupacją turecką, czują „zew krwi” w ogóle, a szczególnie na fali narastania tendencji nacjonalistycznych w samych Niemczech. W tym czasie węgierskie niezamożne chłopstwo nie ma warunków rozwoju.

W jednej z wiosek Illyés przegląda księgi gminne od roku 1870: „Po pierwszych dziesięciu latach populacja węgierska zmniejszyła się o 5%, a niemiecka wzrosła o dziesięć, po kolejnej dekadzie było o 12% mniej Węgrów, po trzeciej – o 25%.

Po sześćdziesięciu latach musimy tutaj wręcz szukać Węgrów. […] gdy taka sytuacja będzie się utrzymywać, za dziesięć lat, jeśli nadarzy się okazja, nie będzie potrzeby okupowania [przez Niemców] Zadunaju. Roztopi się on w wielkim morzu niemieckim w wyniku zwykłego referendum”.

Lewicowiec, artystyczny eksperymentator, niedawny zwolennik komunistów, pisze niewiele później: „Czy naród ma prawo ingerować w taką sprawę? Jak najbardziej, bo zagraża to całemu jego życiu.

Jeśli trucizna dostanie się gdzieś do krwi żywego organizmu, cały organizm natychmiast przechodzi do obrony, mobilizując komórki wszędzie do walki, od której zależy los całego organizmu. Chory organizm nie broni się, a spokojnie, wręcz radośnie oczekuje śmierci”.

Sprawa narodowa łączy się tu z socjalną. Czytamy w Zagładzie: „Na Węgrzech 1130 wielkich właścicieli ziemskich, stanowiących zaledwie jedną tysięczną ludności, posiada 5 400 000 akrów ziemi, czyli jedną trzecią terytorium kraju. […]

56 procent ludności kraju utrzymuje się z rolnictwa na własne potrzeby. 28 procent ludności zajmującej się rolnictwem nie posiada ani metra kwadratowego ziemi. Kolejne 24 procent ludności zajmującej się rolnictwem na własne potrzeby posiada małe gospodarstwa o powierzchni do 10 akrów.

80 procent chłopów jest zatem fizycznie niezdolnych do ekspansji, a co za tym idzie, do reprodukcji. Jeśli nabywają nową ziemię, mogą ją jedynie odebrać sobie nawzajem; zasoby ziemi się nie zmieniają. Jednak narodowość posiadaczy ziemi zmienia się z roku na rok w zastraszającym tempie”.

Choć był żarliwym krytykiem niemieckiego ekspansjonizmu, to za praprzyczynę problemu zapaści „węgierskości” na wsi uważał antychłopskie realia i stosunki własnościowe. Kilka lat po opublikowaniu Zagłady referował zapomniane wyniki badań ankietowych z roku 1906.

Jedna z wiejskich kobiet z regionu Baranya przejmująco opisywała lokalne realia: na 430 mieszkańców przypadało 620 akrów ziemi chłopskiej, a wieś była otoczona przez posiadłość latyfundysty dysponującego 130 000 akrów. „Nie możemy liczyć nie tylko na zakup ziemi w okolicy, ale nawet na dzierżawę, dzięki czemu moglibyśmy się rozmnożyć”.

Pozyskać chłopstwo dla narodu węgierskiego

Zagłada ma wielki oddźwięk, wywołuje żywą debatę. Illyés zostaje „głośnym nazwiskiem”. Skupia się wokół niego grupa twórców o podobnym postrzeganiu rzeczywistości. Tak powstało środowisko pisarzy ludowych (népi írók) – uważających, że problematyka wsi, warstwy chłopskiej, prowincji, (niedo)rozwoju takich terenów, jest kluczowa dla narodu, a także bardziej inspirująca i wartościowa poznawczo niż „czysta” literatura.

Środowisko to, skupione wokół kulturalno-politycznego czasopisma „Válasz” („Odpowiedź”) najchętniej sięgało po socjografię – były to rozmaite formy literackie mocno wsparte analizą faktograficzną, ustaleniami naukowców, badaniami terenowymi itp.

Za najważniejszy przejaw tego nurtu uchodzi publikowany najpierw w odcinkach w czasopiśmie, a później w postaci książkowej Lud puszty Illyésa. Książka, która znowu wywołała wielką debatę.

Opis realiów życia służby, parobków, najmitów w wielkich folwarkach zadunajskich, był wstrząsający. I dotyczył mnóstwa ludzi: „Prawie połowę ziemi ornej na Węgrzech uprawia służba folwarczna”. Pokorni, zahukani, stłamszeni, pozbawieni praw i godności, nie posiadający właściwie nic.

Często bici przez nadzorców, eksploatowani bez najmniejszej litości, zwykle szybko przestający być zdolnymi do ciężkich prac i zastępowani kolejnymi. Stosujący opór, ale niemal wyłącznie bierny i indywidualny, zastraszeni tak, że niezdolni do solidarności.

Ludzie, którzy przez całe życie nie wyściubili nosa – bo nie mieli prawa – poza granice posiadłości. Albo, dla odmiany, wyrzucani z wieloletniego miejsca pobytu z powodu kaprysu pana czy zarządcy, odchodzący z licznymi dziećmi gdzieś w świat, z tobołkiem w ręce. „Wieki ich nauczyły, że jeżeli człowiek nie umiera z głodu, należy to uważać za stan pomyślny”.

Tylko wyjątkowy splot szczęścia pozwalał się z tego wyrwać, dołączyć do, jak pisał, „widocznego społeczeństwa”. Illyés doskonale wiedział, że jego losy mogły potoczyć się zupełnie inaczej. Wiedział także, iż „lud puszty”, traktowany w taki sposób, jest stracony dla ojczyzny. Dla nich patriotyzm, idee antyhabsburskie, węgierskość – to była czcza gadanina.

Niemal bliźniaczo do wielu polskich autorów wskazywał, że służba folwarczna i ubodzy chłopi nie szli walczyć za ojczyznę, bo nic w niej nie mieli, zatem zrywy i powstania nie miały oparcia w ludzie, w jego najliczniejszych segmentach. Egoizm warstw posiadających był do cna antywęgierski.

Wyrobnicy z puszty byli też straceni dla narodu w inny sposób – gdyby uprawiali oni swoją ziemię, to wgryźliby się w nią i ukorzenili jak mało kto. Zamiast tego pracowali na cudzym i na cudze zbytki, a możnowładcy żyjący z ich pracy miewali czasami na gębach patriotyczny frazes, choć zazwyczaj nawet i tego nie.

Ojczyzna, państwo, naród? „Ludzie czuli już, że na próżno czekają na pomoc z góry. To, co każda epoka dawała im dobitnie odczuć, otrzymali również w najnowszej epoce: że nie przynależą do niczego, że ich skargi są bezużyteczne, że są poza wspólnotą” – pisał pod koniec lat 30.

Ambiwalentny stosunek wobec idei postępu

Po wielkim kryzysie przełomu lat 20. i 30. było wręcz gorzej, a swoje dołożyła kapitalistyczna modernizacja. Te fragmenty zszokują wielu dzisiejszych „lewaków”, utożsamiających nowe z lepszym, a postęp technologiczno-organizacyjny z postępem społecznym.

Illyés tymczasem rozumiał i zaznał tego, że „zacofane” czasami bywa bardziej ludzkie. Nawet jeśli pewnych procesów nie da się zatrzymać, to warto rozumieć ich naturę i nie wiwatować na cześć byle czego. Tak pisał:

„Nawet ci, którzy byli skłonni do «wyrozumiałości», wkrótce też nie mogli w niczym pomóc ludziom. System produkcji coraz bardziej odrzucał dawne formy feudalne oraz pozostałości form patriarchalnych, tu i ówdzie ukrytych w fałdach feudalizmu – i nakładał na siebie szaty kapitalizmu.

Na ziemiach feudalnych zjawiają się pierwsze pługi parowe i pracownicy obznajmieni z racjonalną gospodarką, którzy do służby mówią «wy», lecz traktują ludzi z taką zimną bezwzględnością, jak maszyny lub robotników fabrycznych. Puszta przemienia się w ogromny zakład produkcyjny”.

Kapitalistyczna racjonalizacja gospodarki oznaczała likwidację wielu zwyczajowych, nieformalnych korzyści dla ludności folwarcznej, od rozmaitych deputatów w naturze, po możliwość uprawy drobnych poletek na własny użytek, a nawet na sprzedaż.

Wyszkoleni, sprowadzani z „wielkiego świata” kapitalistyczni zarządcy, a później przedsiębiorstwa dzierżawiące całe folwarki, znali tylko jedno prawo – wydajność za wszelką cenę, i jedną tylko zasadę: bezduszność i bezwzględność.

Illyés zresztą miał ambiwalentny stosunek do „nowoczesności” w ogóle. Nie tęsknił za „starym światem”, ale widział wiele zła także w nowym. Ubolewał, że kiedyś chłopi byli analfabetami, ale zamiast ich wykształcić do rozwoju, współczesną wieś zalewa tandetna, najgłupsza literatura brukowa, istny śmietnik na piśmie, a dostępu do mądrego słowa drukowanego nikt z parobków nie posiada.

Ludowa kultura, nierzadko o kilkuwiekowych tradycjach i bardzo oryginalna, ustępuje miejsca szmirze i kloacznym treściom z masowej wielkomiejskiej produkcji. Podobnie jest we wzorcach postępowania:

„«Wybuchło» braterstwo, panowie podali prawicę ludowi i szybko cofnęli się o trzy kroki. Ledwie mogli się doczekać chwili, kiedy umyją ręce. […] Czeladź wyczuwała, że znowu zaszła jakaś zmiana na świecie na jej niekorzyść”.

Albo gdy sporządza pyszny opis tego, jak w folwarku u znajomego zarządcy zjawiło się kilku liderów węgierskiej socjaldemokracji. „Spędzili u nas trzy dni, w tym tylko pół godziny w pobliżu czworaków. Zaszyli się w pałacu”.

Albo kapitalna uwaga o tym, że gdy jeden z folwarków wydzierżawiła wielka międzynarodowa firma agrobiznesowa, to pogorszyła warunki zatrudnienia względem tych, które przysługiwały „za hrabiów”, a zarządcom wyjaśniała ten krok tak, iż w krajach Zachodu ponosi duże wydatki na gwarantowane prawem prawa robotników rolnych, więc musi to sobie zrekompensować oszczędnościami tam, gdzie można – a na Węgrzech można.

Dla lewicy antysemita, dla prawicy kryptokomunista

Autor Ludu puszty pisze także kąśliwie o jednym z „postępowych” ekonomistów XIX-wiecznych, że roztaczał wizje osiedlenia Żydów i Cyganów na roli w imię równouprawnienia, ale „dla czeladzi niczego się nie domaga”.

I dodaje: „Modne czasopisma ronią łzy nad losem Murzynów, lecz czeladzi i komorników wciąż jeszcze nie dostrzegają”. Brzmi jak dzisiejsze pozy „wrażliwców społecznych” z warszawskich dobrych domów i jeszcze lepszych grantów.

Nic dziwnego, że Illyés i cały ruch pisarzy ludowych szybko padli ofiarą ataków nie tylko ze strony warstw posiadających. Doktrynerska lewica zarzucała im, że lekceważą proletariat przemysłowy, że to sentymentalne ciągoty, że skłonności do mistycyzowania życia wiejskiego i przyrody itp.

Oczywiście było to wszystko tyleż sekciarskie, ile nonsensowne. Książka Illyésa, jego inne teksty, rozprawy jego kolegów, wszystko to było nad wyraz konkretne, trzeźwe, dalekie od chłopomanii i romantyzowania „prostego życia ludu”. Pisarze ludowi po prostu ponad lewicowe teorie przedłożyli rzetelny wgląd w realia swojego kraju i jego struktury społecznej.

Nie obeszło się, rzecz jasna, bez zarzutu faszyzowania. Takie wywody nasiliły się pod koniec lat 30., gdy środowisko pisarzy ludowych zbliżyło się do dwóch węgierskich partii chłopskich, a jednocześnie kilku liderów, w tym Illyés, nawiązało niezbyt zaawansowane kontakty z premierem Gyulą Gömbösem, który dokonał pewnych reform korzystnych dla wsi i zapowiadał kolejne.

„Niektórzy nazywali mnie nacjonalistycznym agitatorem. Inni – nie wiadomo, z jakich powodów – nazywali mnie antysemitą. To było jak próba ognia, poznałem żar podłości węgierskiego życia intelektualnego” – konstatował w 1939.

I dodawał: „Czy dlatego, że dyktator gdzieś w świecie odwołuje się do zwykłych ludzi, grzmi z mównicy o «volku», powinniśmy oskarżać każdego, kto mówi o zwykłych ludziach, o chęć bycia dyktatorem? To niepokojąco podobne do innego podejścia, które nazywa komunistą każdego, kto wypowiada słowa «robotnik», a nawet «chleb»”.

Oszczerstwa miały niewiele wspólnego z rzeczywistością. Illyés nie tylko był człowiekiem nieortodoksyjnej lewicy (pisał: „Czytałem w naszych gazetach, że na przykład strajk górników w Peczu był wywołany demagogią. Cóż, sądzę, że jednak tym, iż górnicy zarabiają zaledwie 50 pengő miesięcznie”), ale także należał w 1937 do współtwórców Márciusi Front (Front Marcowy), który domagał się m.in. pełnej wolności słowa, demokratyzacji, krytykował nastroje antysemickie itp. Był za to poddany represjom policyjno-sądowym, inwigilowany jako kryptokomunista.

Gdy nastała II wojna światowa – po administracyjnym zamknięciu „Nyugatu” w 1941 r. – Illyés stworzył czasopismo „Magyar Csillag” („Węgierska Gwiazda”). Było najbardziej liberalnym periodykiem, jako jedno z niewielu nie zaprzestało publikowania autorów lewicowych czy żydowskiego pochodzenia, choć Węgry pozostawały oficjalnym sojusznikiem III Rzeszy. Gdy nastała niemiecka okupacja Węgier i rządy faszyzujących strzałokrzyżowców, Illyés był poszukiwany przez policję i bojówki, ukrywał się na wsi.

Niełatwe relacje z komunistycznym rządem

Po zakończeniu wojny wznawia aktywność środowisko pisarzy ludowych i pismo „Válasz”, a Illyés jest jednym z jego liderów. Pisarz został także posłem z ramienia radykalnej Narodowej Partii Chłopskiej.

Metodą terroru, szantaży i inspirowania rozłamów (pisarz nie poparł prokomunistycznego skrzydła partii) komuniści mimo przegranych wyborów przejmują władzę w 1947. Pisarze ludowi zostają poddani krytyce jako reakcjoniści i faszyści, mający „skłonności burżuazyjne” itd.

Sam Illyés jest atakowany na wielkich zjazdach literatów i w czołowych wielkonakładowych pismach partyjnych. Kto wie, jak potoczyłyby się jego losy, gdyby nie przedwojenna sława jako tego, który upominał się o ludzi z samego dna. Wycofuje się z życia publicznego, czas spędza głównie w wiejskiej chacie nad Balatonem.

Publikuje niewiele, a szczególnie o tematyce współczesnej, wznawiane są głównie jego dawne wiersze. Jednak tworzy dużo – poezje, dramaty, powieści historyczne, biografię wieszcza narodowego Petőfiego, a także zbiór najważniejszych ludowych baśni węgierskich. Część ukaże się dopiero po latach.

Nie ma sensu tworzenie wizerunku Illyésa jako niezłomnego przeciwnika komunistów, bo funkcjonował na obrzeżach oficjalnej polityki kulturalnej. Jego połowiczna banicja trwała jednak także po stłumieniu rewolucji 1956 roku, z którą sympatyzował (w jej trakcie ukazał się jego głośny wiersz Zdanie o tyranii, zakamuflowana krytyka władzy i metod reżimu), a Illyés był poddawany licznym szykanom, wliczając w to przesłuchania, publiczne niewybredne ataki na niego samego i ruch pisarzy ludowych, notoryczne przedstawianie go jako człowieka, który błądził itp.

Dopiero od połowy lat 60. reżim komunistyczny, szukający legitymizacji społecznej, dokonał częściowej liberalizacji i zarazem sięgnął po wątki narodowo-patriotyczne. Od tamtej pory Illyés publikował sporo, aczkolwiek nieustannie toczył boje z cenzorami, konformistycznymi redaktorami, oficjelami ds. kultury itp.

W 1963 r. udzielił wywiadu paryskiemu „L’Express”, w którym mówił: „Hitler nie żyje, a nazizm został zniszczony, ale nietolerancja, szowinizm, nienawiść rasowa, segregacja i spory językowe wciąż nie przestają dręczyć świata.

W Rumunii jest prowincja Siedmiogród, która przez wieki była prawdziwą kolebką węgierskiej cywilizacji i literatury. W tej prowincji niedawno zamknięto jedyny węgierski uniwersytet, przeznaczony dla mniejszości liczącej ponad dwa miliony osób. Sytuacja węgierskich pisarzy i całej węgierskiej inteligencji w Rumunii jest bardzo trudna”.

Reakcją władz był nakaz konsultowania z „czynnikami oficjalnymi” wypowiedzi o sytuacji Węgrów w innych krajach. Mimo to po latach napisał wstęp do wydanej na Zachodzie książki Kálmána Janicsa o szykanowaniu Węgrów w Czechosłowacji po 1945 roku.

Tylko literatura prowincjonalna może być prawdziwie uniwersalna

Czymże jest owa „węgierskość” u Illyésa? W 1939 r. w Ki a Magyar? (Kim jest Węgier?) pisał: „Jedność narodu, ta prawdziwa, nie powstaje na podstawie zewnętrznych pozorów. Byli Węgrzy, nawet najwięksi, których nazwiska nie były nawet węgierskie. Wyobraźcie sobie, co powiedziałby Sándor Petőfi, gdyby ktoś zakwestionował jego węgierskość, a nawet węgierskie pochodzenie tylko dlatego, że jego ojciec nazywał się Petrovics. […]

Nie podobieństwo fizyczne, ale wspólna przeszłość, podobne troski, atmosfera ojczyzny jednoczą i oddzielają naród od narodu o innej przeszłości i innej teraźniejszości. […] Gdyby jednodniowe hinduskie dziecko przyniesiono na farmę w Kecskemécie, wtapiałoby się ono w węgierską jedność”.

Ciekawe – i wciąż aktualne – są uwagi Illyésa na temat tematyki „narodowej” w literaturze. W wywiadzie z roku 1971 bronił „prowincjonalizmu” i tematyki lokalnej w twórczości artystycznej.

Odrzucił dominujące także i dzisiaj głosy, mówiące, że literatura i wszelka inna twórczość będą „światowe”, „niezaściankowe, gdy wyrzekną się lokalnej specyfiki, kolorytu czy tematyki. Twierdził, że to, co partykularne, jest naprawdę uniwersalne, że dopiero ukazanie rozmaitych „lokalności” mówi nam o tym, jaki jest świat.

Problematyka lokalna, w tym węgierska – choćby wysoki wskaźnik samobójstw, a niski urodzeń, albo łamanie praw Węgrów zamieszkujących poza granicami kraju – jest większym wkładem w rzeczywiste poznanie świata, niż portretowanie dziejących się poza czasem, miejscem, kontekstem i wpływem miejscowych warunków postaw jakoby uniwersalnych.

„Według mnie nie jest prowincjonalnym pisarzem ten, kto śmiało ukazuje problemy swojej «prowincji», a nawet wręcz przeciwnie, właśnie twórca, który ową lokalną psychikę, ów materiał «prowincjonalny» potrafi przedstawić na światowym poziomie, jest pisarzem światowym”.

Zarzucał real-socjalistycznej, ale i postępowo-zachodniej fali zainteresowania partykularyzmami postkolonialnymi, że nie towarzyszy im analogiczna postawa wobec mniej modnych partykularyzmów. „Przecież nie tylko Murzyni mają swoje «murzyńskie» problemy”.

Nie oznacza to, że Illyés porzucił ideały prospołeczne dla narodowych. W roku 1962 opublikował Obiad w pałacu, swoisty sequel Ludu puszty. Książka bazuje na wspomnieniu spotkania, jakie autor odbył w 1949 roku ze zdeklasowanymi właścicielami majątku ziemskiego, w którym dorastał. Dawni arystokraci otrzymali malutkie mieszkanko w wielkim pałacu, który niegdyś w całości należał do ich rodu.

Illyés bez triumfalizmu i sadyzmu, bez kopania leżącego, ale aprobatywnie pisze o tej zmianie społeczno-własnościowej. „Pozbawioną ziemi węgierską arystokrację spotkało osobliwe doświadczenie. Na skutek nowych warunków nagle znalazła się bliżej człowieka”.

Książka znów, choć w formie lżejszej niż Lud puszty, ukazuje nie tylko socjalnobytowy koszmar, ale także narodowo-kulturowy i humanistyczno-jednostkowy nonsens dawnego modelu posiadania.

Latyfundyści nie musieli być ludźmi personalnie złymi, ale latyfundia były szkodliwe. Panowie nie tylko nie wiedzieli i wiedzieć nie chcieli niczego o ludziach, którzy na nich tyrali. Zazwyczaj nie znali nawet swoich posiadłości – liczyło się tylko to, ile hektarów mają i ile zysku przyniosą.

A i z samymi Węgrami i węgierskością wielu z nich nie miało wiele wspólnego i nie utożsamiało się – byli potomkami ponadnarodowych rodów lub ludźmi ślepo zapatrzonymi w „Zachód”.

Nie jest przy tym propagandystą czy zaślepionym apologetą nowego porządku. Gdy jako 66-latek publikuje rozprawkę o starości – W łodzi Charona, zawiera tam m.in. smutny opis tego, że pseudospółdzielcza gospodarka kolektywna uwalnia ludzi od harówki w latyfundiach, ale oducza ich troski o ziemię, krajobraz, racjonalnej efektywności czy poszanowania dorobku pokoleń.

Nakreślony obraz zapaści winnic i sadów nieopodal opactwa w Tihany nad Balatonem, w tradycyjnych i jednych z najlepszych w kraju siedliskach dla uprawy winorośli, to ciężkie oskarżenie kolejnego marnotrawnego, wielkoskalowego systemu, w którym pojedynczy ludzie, lokalne społeczności, ich praca i ich godność – są bezsilne i stają się wykolejone w zderzeniu z molochem.

Zmarł w roku 1983. Niemal całe życie służył jak potrafił sprawie ludu – swoich pobratymców, bliźnich, tych, wśród których zaczynał. Niemal całe życie służył jak potrafił sprawie narodu, który w swojej biografii wieszcza Petőfiego nazwał „wielką rodziną”. Te dwie sprawy nie wykluczały się w jego wizji – one się w niej wzajemnie dopełniały.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.