Internetowa apostazja jako nowa tożsamość. Co mówią odejścia z Kościoła?
Wielki Post nie jest projektem samodoskonalenia ani sezonową terapią duchową. Jest czasem powrotu do tego, co najważniejsze – do spojrzenia w głąb siebie, aby znaleźć siłę do patrzenia w górę. Kościół zaś potrzebuje postu od horyzontalnego myślenia o sobie samym.
Tekst został pierwotnie opublikowany w obszerniejszej wersji na łamach „Gościa Niedzielnego”. Dziękujemy redakcji za możliwość przedruku!
Epidemia „horyzontalizmu”
W Wielkim Poście cała wspólnota Kościoła przygotowuje się duchowo na Pasję i Zmartwychwstanie Jezusa. Przyzwyczailiśmy się patrzeć na ten czas jak na okres indywidualnej pracy nad sobą. W tym roku jednak patrzę na ten czas również z perspektywy wspólnoty. Jakiego Wielkiego Postu potrzebuje dziś Kościół?
Tego typu optykę narzucił mi ks. Marek Gancarczyk, który w „Gościu Niedzielnym” na początku lutego postanowił skomentować odejście z kapłaństwa pewnego znanego duszpasterza.
W komentowanym religijnym coming oucie ten już były – niestety – kapłan pisał o zgodności decyzji z własnym sumieniem, o rozeznawaniu i odpowiedzialności. Brakowało jednak uznania swojej winy. A przecież rozwód (celowo używam tego słowa) z powołaniem kapłańskim takim grzechem jest.
Ks. Gancarczyk nazywa taką postawę „chorobą horyzontalizmu”. Kluczowym objawem tej przypadłości ma być „rozglądanie się na boki i patrzenie przed siebie, ale już nie w górę czy w dół”. Niemal wszystko, co słyszymy na temat Kościoła, nie dotyczy jego istoty, ale spraw w gruncie rzeczy drugo- i trzeciorzędnych. Taka postawa staje się chorobą. Zapominamy o zbawczej misji Kościoła i Dobrej Nowinie.
Apostazja z niewiedzy?
W niedawnym numerze „Tygodnika Powszechnego” ukazał się reportaż Adriana Burtana. Autor zebrał historie dwóch katoliczek, które zdecydowały się na apostazję. Obie te historie, jak również zawarta w tekście socjologiczna diagnoza, zdradzają tę samą chorobę horyzontalizmu.
„Coraz więcej rzeczy w nauczaniu społecznym Kościoła zaczęło mi się nie zgadzać z tym, co wiedziałam o świecie i człowieku, relacjach, emocjach, godności” – stwierdza jedna z kobiet.
Nie ma tu właściwie ani jednego słowa o utracie wiary, o wątpliwościach dotyczących dogmatów i doktryny. Ani słowa o Chrystusie. Tak jakby wszystkie te kwestie były albo w ogóle nieistotne, albo co najmniej drugorzędne. Jest za to dość mglista wypowiedź na temat społecznej nauki Kościoła.
Nie chcę odbierać tej osobie prawa do krytycyzmu wobec Kościoła. Ale czymże jest ten przykład, jeśli nie chorobą horyzontalizmu, skoro decyzja o wyjściu z Kościoła uzasadniana jest sferą ideową, by nie powiedzieć ideologiczną?
Czytelnik odnosi wrażenie, że brak zgody na któryś z elementów nauczania społecznego lub krytyka działań czy słów hierarchii jest właściwie drogą w jednym kierunku – ku zerwaniu więzi z Bogiem. Druga historia jest bardzo podobna. Zaangażowana przez lata katoliczka opowiada, jak stała się ofiarą dyskryminacji w Kościele.
Rada parafialna stwierdziła, że nie chce, aby kobieta nadal prowadziła śpiewy z uwagi na jej obecność na paradach równości, gdzie kobieta starała się wspierać swoją córkę. Co ciekawe dwukrotnie w tej historii wybrzmiewa dobra twarz Kościoła – przed tym trudnym doświadczeniem kobieta otrzymywała wsparcie ze strony księdza i wspólnoty.
Nie znamy dokładnie jej historii, ale znów w żadnym miejscu reportażu nie ma ani słowa o utracie wiary czy odrzuceniu katolickiej teologii. Moją uwagę zwrócił tatuaż tej osoby – na ramieniu wyrazisty znak Alfy i Omegi. Kto dla tej kobiety jest Alfą i Omegą, skoro jak rozumiem już nie Chrystus?
Cytowana w reportażu Katarzyna Zielińska, socjolog religii z Uniwersytetu Jagiellońskiego, stwierdza, że księża powinni troszczyć się o wspólnotę i wykazywać się empatią oraz rozliczać przestępstwa seksualne.
Wszystko to bardzo dobre rady, ale brakuje najważniejszej – w Kościele chodzi przecież o to, by spotkać Boga i dążyć do zbawienia duszy. Kościół nie jest instytucją integracyjno-usługowo-charytatywną, ale wspólnotą wiernych, którzy chcą naśladować Chrystusa.
Ostatnie oficjalne dane dotyczące liczby apostatów znamy z 2010 r. Wówczas 459 osób odeszło oficjalnie z Kościoła. Cała reszta osób niepraktykujących i deklarujących w badaniach brak wiary w Boga w zdecydowanej większości formalnie nie zerwała więzi z Kościołem.
Czytając te statystyki, internetowe coming outy i przytoczony reportaż, odnoszę wrażenie, że bycie internetowym apostatą i ogłoszenie braku wiary w Boga staje się często rodzajem tożsamości i okazją do dania świadectwa.
Miłosz przewidział upadek
Czesław Miłosz w Ziemi Ulro opisywał powojenną przemianę Kościoła językiem momentami brutalnym. Pisał o teologach występujących w roli „clownów”, którzy ogłaszają, że chrześcijaństwo – dotąd stojące w kontrze do świata – teraz chce być „ze światem i w świecie”. W oczach polskiego noblisty oznaczało to próbę upodobnienia się do wszystkich innych, a więc rezygnację z własnej tożsamości.
Nie chodzi tutaj wyłącznie o krytykę liberalnych teologów, poeta nie miał też na myśli krytyki samego Soboru. Miłosz wyczuwał w latach 60. i 70. to, co dziś wydaje się niemal powszechną mentalnością księży i wiernych – to co swoiste dla katolicyzmu należy ukryć pod grubą pierzyną doczesności.
Jeżeli Kościół zaczyna opowiadać siebie przede wszystkim w kategoriach horyzontalnych – jako wspólnotę wsparcia i empatii – to w naturalny sposób traci wymiar wertykalny: odniesienie do prawdy objawionej, do grzechu, łaski, zbawienia.
Najbardziej przejmująca jest jednak inna uwaga Miłosza: „Duchowni ci wyobrażają sobie, że chrześcijaństwu wolno będzie przetrwać na skromną skalę, jeżeli okaże się użyteczne społeczeństwu […] gotowi są wyrzec się wszystkiego, co trąci zaświatowością, metafizyką i rytualizmem. Im więcej ustępują, tym większych ustępstw żąda nieprzyjaciel”.
To właśnie tutaj diagnoza Miłosza spotyka się z dzisiejszym doświadczeniem apostazji. Jeśli Kościół jawi się jedynie jako instytucja społeczna, a decyzja o odejściu staje się czymś na kształt zmiany organizacji, rezygnacji z członkostwa w klubie.
Wielki Post to wielka przygoda
Wielki Post nie jest projektem samodoskonalenia ani sezonową terapią duchową. Jest czasem powrotu do tego, co najważniejsze – do spojrzenia w głąb siebie, aby znaleźć siłę do patrzenia w górę.
Lubię myśleć o Wielkim Poście jak o duchowej przygodzie. W okresie zwykłym jesteśmy jak Frodo, który mieszka w swojej przytulnej norce. Kiedy jednak Gandalf puka do chatki, trzeba spakować plecak i wejść w ciemną noc.
Jeśli Kościół przestanie mówić o grzechu, łasce i zbawieniu, stanie się jedną z wielu instytucji społecznych. A z instytucji społecznych się rezygnuje. Z Boga – jeśli naprawdę się w Niego wierzy – się nie rezygnuje.

