Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

PiS jak Legia Warszawa. Jarosław Kaczyński pozostanie liderem prawicy?

przeczytanie zajmie 6 min
PiS jak Legia Warszawa. Jarosław Kaczyński pozostanie liderem prawicy? Autor grafiki: Ignacy Dylak

Prawo i Sprawiedliwość jest dziś trochę jak Legia Warszawa Dariusza Mioduskiego. Właściciel zapewnia, że Legia wciąż walczy o europejskie puchary, podczas gdy realnym wyzwaniem jest wydostanie się ze strefy spadkowej.

„Partia” reaktywna

W niedawnym tekście na łamach „Do Rzeczy” Rafał Ziemkiewicz przekonywał, że PiS jako partia już nie istnieje. Bowiem celem każdej partii jest zdobycie władzy i realizacja obietnic, które złożyła swoim wyborcom – w oparciu o to, czego ludzie realnie oczekują. PiS zaś tego nie robi.

Trudno się z tą tezą nie zgodzić. Prawo i Sprawiedliwość od dawna nie zaproponowało swoim wyborcom żadnej tzw. wizji pozytywnej. Pamiętacie jeszcze kongres programowy w Katowicach? Kiedy ostatni raz słyszeliście o konkretnym pomyśle zmieniającym polską rzeczywistość? O projekcie, który wykraczałby poza bieżące reagowanie na działania przeciwników?

Z perspektywy ponad dwóch lat rządów Koalicji 15 Października trudno nie stwierdzić, że Prawo i Sprawiedliwość stało się po prostu partią reaktywną. Nie w taki sposób jak Konfederacja Korony Polskiej, lecz raczej tak, jak czyniła to Platforma Obywatelska w latach 2015–2023. W ostatnim czasie brakuje jakichkolwiek reformatorskich projektów, śmiałych pomysłów czy wyrazistych postulatów.

Zamiast programu mamy niemal wyłącznie reakcje – na działania rządu, słowa Donalda Trumpa czy decyzje Unii Europejskiej. PiS robi dokładnie to, co zarzucał Platformie Obywatelskiej w czasie, gdy sam sprawował władzę. Słyszeliśmy wówczas, że Platforma nie ma programu i jest opozycją totalną, ograniczającą się do krytykowania Zjednoczonej Prawicy. Teraz role się odwróciły i to PiS ma wyraźny problem ze świeżością przekazu.

Nie trzeba daleko szukać, by odnaleźć przykłady takiej postawy. Budowanie narracji, jakoby SAFE miało być jedynie próbą uzależnienia Polski od Niemiec. Słowa Zbigniewa Ziobry o deklaracji Tuska dotyczącej braku wejścia do Rady Pokoju, że to „atak na Stany Zjednoczone”. Generalna zasada brzmi: „Jeżeli Donald Tusk albo Unia Europejska coś robią, należy to zbombardować ze wszystkich stron”.

Zmiana frontu

Do tego obrazu dochodzi krytyka własnych działań z okresu rządów. Pamiętamy, jak w pierwszych miesiącach wojny rząd Zjednoczonej Prawicy przyjmował uchodźców z Ukrainy z otwartymi ramionami – i dobrze, że tak było. Dziś część polityków próbuje się od tamtej postawy dystansować i wpisywać w dyskurs kreowany przez Konfederację oraz partię Grzegorza Brauna.

Za przykład może posłużyć zapowiedź zaostrzenia walki z banderyzmem i nielegalnym przekraczaniem granicy czy narracja o odebraniu 800+ obywatelom Ukrainy. To idealnie wpisuje się w nastroje tych wyborców, którzy odchodzą od głosowania na Prawo i Sprawiedliwość i kierują się w stronę dalszej prawicy.

Podobnie rzecz ma się z Zielonym Ładem, który – choć podpisany przez rząd Mateusza Morawieckiego – dziś poddawany jest wszechstronnej krytyce. W maju 2024 roku politycy PiS z Jarosławem Kaczyńskim i Beatą Szydło na czele maszerowali w proteście rolników pod hasłem #PreczZZielonymŁadem.

Taka postawa odbiera wiarygodność. O wiele lepszą, a przy tym zyskującą sympatię potencjalnych wyborców, strategią wydaje się ta, którą w ostatnim czasie przyjął Mateusz Morawiecki. Przypomnijmy sobie choćby słynne „Piwo z Mentzenem”, podczas którego uzbrojony w liczby premier zaskarbił sobie poparcie zgromadzonego tłumu.

Społeczne DNA potrzebne od zaraz

Nie chodzi nawet o to, by w kwestiach programowych wykazywać się szczególną kreatywnością. Zamiast nowatorskich koncepcji można skupić się choćby na seryjnie zamykanych porodówkach. Można też konsekwentnie wykorzystać własne projekty z lat rządów i – na tle nieporadności obecnie rządzących – ponownie wziąć je na sztandary.

Kluczowe są dwa czynniki: polityka społeczna i autentyczność w jej prowadzeniu oraz rewolucja ambicji wśród Polaków.

„Postulaty prorównościowe i obronę przed liberalnymi pomysłami prywatyzacji usług publicznych PiS ma niejako w swoim DNA. […] swoimi programami społecznymi zrobił coś, co było konieczne już nie tylko ze względu na walkę polityczną. Partia Kaczyńskiego poruszyła nieporuszone i zmieniła kompletnie polski dyskurs” – pisałem na tych łamach w maju zeszłego roku.

Niedziwne więc, że odejście od tej narracji – na rzecz zajmowania się głównie sobą – skutkuje spadkami w sondażach i utratą spójności.

Pułapka stagnacji

Prawo i Sprawiedliwość zapadło w swoisty zimowy sen i uwierzyło w mit betonowego elektoratu. Jeszcze kilka lat temu w mediach głównego nurtu regularnie pojawiały się zapewnienia, że PiS dysponuje twardym elektoratem na poziomie co najmniej 25–30 proc. Według liberalnych komentatorów mieli go stanowić głównie niewykształceni mieszkańcy prowincji.

Partia Kaczyńskiego uległa tej narracji i przyjęła założenie, że sama krytyka rządów Tuska wystarczy do ponownego odzyskania władzy. Że ów betonowy elektorat nie oczekuje nowych propozycji ani pozytywnej wizji przyszłości, lecz zadowoli się prostą reaktywnością i rolą opozycji totalnej.

Badania sondażowe wskazują jednak wprost, że tak nie jest. Okazuje się bowiem, że ten „niewykształcony elektorat z małych miejscowości” nie jest ani naiwny, ani bezrefleksyjny. Nie potrzebuje nieustannych deklaracji niechęci wobec Tuska, lecz sprawnej i spójnej narracji o tym, co dalej. Bo jeśli nie Tusk, to co? Powrót do lat 2015–2023 czy próba wspólnej drogi z Mentzenem i Bosakiem?

Rozwiązania leżą na ulicy

Nie chodzi wyłącznie o kolejne programy socjalne, lecz przede wszystkim o konsekwentne podnoszenie wielkich projektów rozwojowych, które PiS rozpoczął albo planował w trakcie swoich ośmiu lat rządów. Niestety, ta szansa została w dużej mierze zaprzepaszczona.

Pamiętamy zamieszanie wokół CPK, powstanie stowarzyszenia „Tak dla CPK” oraz społeczne poparcie dla tego ambitnego projektu. Prawo i Sprawiedliwość – zarówno w momencie największego poruszenia, jak i później – nie wykorzystało w pełni energii społecznej, która się wówczas narodziła.

Podobnie jest z elektrownią atomową czy sytuacją na rynku nieruchomości. W trakcie pierwszej kadencji PiS próbował wprowadzić program Mieszkanie+ – program, który, jak sam Jarosław Kaczyński stwierdził, został zablokowany przez lobby deweloperskie. Dziś, gdy sytuacja mieszkaniowa jest dramatyczna, nie słychać ze strony PiS konkretnych propozycji jej naprawy.

Tak jakby ambicja Prawa i Sprawiedliwości zupełnie uleciała, a w jej miejsce pojawiły się partyjne przepychanki i podkopywanie dołków między „maślarzami” a „harcerzami”.

Wojenka na górze

Można odnieść wrażenie, że tamten PiS przeminął, bo Jarosław Kaczyński nie panuje już nad swoją partią tak jak dawniej. Każdy z polityków prowadzi dziś kampanię promującą nie tyle ugrupowanie i jego program, ile przede wszystkim samego siebie.

W ostatnich dniach podziały jeszcze się nasilają – ze względu na słowne zaczepki między posłami Kaletą i Terleckim, ostre wypowiedzi Dworczyka pod adresem ziobrystów czy ataki Kurskiego na Morawieckiego.

PiS przez lata korzystał z wyborczego bonusu za spójność. Jeśli Naczelnik Kaczyński coś powiedział, tak miała wyglądać narracja i w tym kierunku miał zmierzać program. Dziś nadal prezes ma ostatnie słowo, ale filozofia „każdy sobie rzepkę skrobie” przebija się coraz wyraźniej.

Morawiecki i „harcerze” przekonują, że można prowadzić merytoryczną politykę: dyskutować, debatować i przypominać dobre strony ośmiu lat rządów PiS. „Maślarze” obrali za strategię bezwzględne punktowanie rządu Tuska przy każdej okazji oraz budowanie pozycji jako formacji gotowej do koalicji z każdym na prawicy.

Sam wiceprezes Prawa i Sprawiedliwości, Przemysław Czarnek, w odpowiedzi na pytanie o koalicję z Braunem stwierdził, że trzeba rozmawiać z każdym (poza Tuskiem, ma się rozumieć) i niczego nie można wykluczyć.

Czy jest jeszcze plan?

Nie pomaga również wezwanie przez prezesa wszystkich na dywanik. Owszem, uciszyło to część sporów, ale nie rozwiązało problemu u źródła. Pytanie, które należy sobie dziś postawić, brzmi: czy prezes Kaczyński ma jeszcze jakikolwiek plan? Prawdopodobnie planów mu nie brakuje. Problemem pozostaje jednak sytuacja wewnętrzna, która utrudnia zbudowanie spójnej narracji.

W ostatnich doniesieniach medialnych pojawiają się dywagacje o nazwisku kandydata PiS na premiera – według nich miałby nim być młody samorządowiec.

Pytanie jednak, czy wyborcy ponownie uwierzą, że ktoś wykreowany przez Kaczyńskiego – nawet jeśli młody i jeszcze nierządzący – może stać się realnym liderem prawicy na kolejne lata.

PiS Jarosława Kaczyńskiego jest dziś trochę jak Legia Warszawa Dariusza Mioduskiego. Mioduski zapewnia, że Legia wciąż walczy o europejskie puchary, podczas gdy realnym wyzwaniem bywa wydostanie się ze strefy spadkowej.

Podobnie Prawo i Sprawiedliwość pozostaje narracyjnie głównym konkurentem Koalicji Obywatelskiej w wyścigu o władzę, ale w praktyce może utracić nawet fotel lidera po prawej stronie sceny politycznej.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.