Medale Kacpra Tomasiaka niczego nie zmienią. Polski sport nie działa
Fakt, że 19-latek zdobył trzy medale olimpijskie, to wybitne osiągnięcie. Historia pokazuje jednak, że nikłe są szanse na przekucie go w instytucjonalne wzmocnienie polskiego sportu. Skąd się to bierze, jeśli wydajemy na tę dziedzinę miliardy z publicznych środków?
Dwa srebrne i jeden brązowy medal. To dorobek młodziutkiego Kacpra Tomasiaka na tegorocznych igrzyskach. To trzeci taki wyczyn w historii polskiego olimpizmu w XXI wieku. Wcześniej jedynie Otylia Jędrzejczak i Justyna Kowalczyk zdobyły trzy krążki na jednych igrzyskach.
Tu właśnie pojawia się problem. Bo dokąd zaprowadziły nas wybitne sukcesy Justyny i Otylii? Otóż donikąd. Po Justynie Kowalczyk w biegach narciarskich nastała wielka, czarna dziura. Kiedyś na każdych większych zawodach grano nam Mazurka, a teraz ciężko o miejsce w pierwszej 20-stce.
Nasza największa nadzieja Izabela Marcisz, która odnosiła sukcesy w zawodach młodzieżowych, ogłosiła właśnie zakończenie kariery, w wieku zaledwie 25 lat. Pozytywnie w ostatnim biegu zaskoczyli Dominik Bury i Eliza Rucka-Michałek, ale na szerszym planie coś jest ewidentnie nie tak.
Podobnie sprawy mają się z pływaniem. Od czasu Otylii Jędrzejczak nikt nie zdobył medalu olimpijskiego w tej dyscyplinie. Sukcesy na IO nie przekładają się na kompleksowy rozwój dyscypliny. Stąd obawa, że medale Kacpra Tomasiaka niczego nie zmienią.
To przecież nie pierwsze medale w skokach. Współczesną historię tej dyscypliny na IO rozpoczął Adam Małysz w 2002 roku, zdobywając wówczas dwa medale i zdobyłby pewnie trzeci, w drużynówce, gdyby ogólny poziom dyscypliny był nieco wyższy.
Potem rozpoczęła się pełna sukcesów historia polskich skoków narciarskich. Dziś znów jesteśmy w 2002 r. na IO w Salt Lake City, gdy cała dyscyplina spoczywa na barkach jednego zawodnika.
Realną kondycję polskich skoków pokazał na igrzyskach konkurs mikstów, w którym przegraliśmy z Chinami, Stanami Zjednoczonymi i Włochami, zajmując przedostatnie miejsce. Oczywiście nie należy umniejszać srebrnego medalu Kacpra Tomasiaka i Pawła Wąska w duetach, jednak trzeba tu trochę pogdybać. Konkurs został przerwany, a przed ostatnią kolejką skoków byliśmy na czwartym miejscu.
Jest to też debiut tej konkurencji na igrzyskach. W klasycznej, czteroosobowej drużynówce nawet byśmy nie wystartowali, bo po raz pierwszy w XXI wieku tylko trzech polskich skoczków wzięło udział w igrzyskach.
Można nie zwracać uwagi na to marudzenie i cieszyć się medalami, tłumiąc wszystkie racjonalizatorskie głosy. Tak jak cieszyliśmy się medalami Justyny Kowalczyk i Otylii Jędrzejczak, przechodząc obojętnie obok tego, że ogólny poziom dyscypliny jest niezadowalający i dokładnie tak samo jest dziś ze skokami narciarskimi, pomimo trzech zdobytych medali.
Warto pamiętać, że Adam Małysz zarządza związkiem odpowiedzialnym za sześć dyscyplin, w których do zdobycia jest 139 medali. O ile z nich mogliśmy zawalczyć?
Problemy polskiego sportu
Polski sport stoi w miejscu. Od 20 lat wyniki na igrzyskach są niemal takie same, pomimo znacznie zwiększonych nakładów na rozwój sportu. Gdzie jest dziś piłka ręczna czy podnoszenie ciężarów? To przecież dyscypliny, w których regularnie odnieśliśmy sukcesy.
Jeden medal w lekkiej atletyce na IO w Paryżu to chyba również niezadowalający wynik. Polski dorobek medalowy na IO to raczej suma heroizmu poszczególnych osób niż jakikolwiek sukces instytucjonalny.
Można by na to wszystko machnąć ręką, gdyby za sport w Polsce odpowiadał jakiś departament w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Ale mamy przecież osobne ministerstwo tylko i wyłącznie od sportu. Do tego spółki Skarbu Państwa łożą potężne pieniądze na tę dziedzinę.
Czemu więc dzieje się tak: „Do kwietnia nie mieliśmy nawet rowerów, nie mieliśmy nic. Kombinezony dostaliśmy dzień przed startem” – powiedziała Daria Pikulik, która jakimś cudem – nie mając przed zawodami ani roweru, ani kombinezonu – zdobyła srebrny medal na IO w Paryżu.
W kategoriach cudu określany był również wynik Nikoli Domowicz i Dominiki Piwkowskiej w saneczkarstwie. „Nasze sanki mają dziewięć lat i przy starcie skrzypią, jak stara szafa. Jest sezon olimpijski, a nie dostałyśmy nowych metali. Jak mamy gonić świat?” – mówiła Nikola.
To kolejny przykład sportowców zwracających uwagę na nieprawidłowe działania związków sportowych, które są powołane do tego, by zapewniać rozwój dyscyplin, ale – jak widać – tego nie robią.
Aktualny przykład to curling, który wzbudza zainteresowanie przy każdych igrzyskach. Dlaczego nigdy nie widzieliśmy polskich zawodników na IO? Właśnie przez związek. 11 września 2021 roku Polski Związek Curlingu został wykluczony z międzynarodowej federacji WCF. Oznaczało to, że Polacy nie mogą startować w zawodach.
Instytucja, która miała tylko jedno zadanie – zarządzanie curlingiem – wykonała je tak źle, że nikt na świecie nie chciał z nimi współpracować. Proces powołania w Polsce alternatywnej struktury do zarządzania curlingiem trwał 1613 dni.
To są realia polskiego sportu. Wcześniej podobne sytuacje dotyczyły związków gimnastyki, karate czy kolarstwa, a niepokojące sygnały płyną z wielu innych dyscyplin.
Sport w Polsce nie jest egalitarny
Polski sport potrzebuje przełamania monopolu związków sportowych i upowszechniania aktywności fizycznej. Odpowiedzmy sobie na proste pytanie: jakiej dyscypliny sportowej mogliśmy spróbować za darmo przez cały okres edukacji?
Nie mamy gwarancji, że na igrzyskach reprezentują nas najbardziej utalentowani obywatele. Zdecydowana większość społeczeństwa nie miała nawet szansy spróbować za darmo innej dyscypliny niż piłka nożna i siatkówka. Zajęcia sportowe już od przedszkola są w pełni płatne.
Nie prowadzimy żadnego procesu wyławiania talentów. Uprawiamy taki sport, na jaki stać rodziców. Tymczasem sportowe sukcesy innych narodów – Duńczyków w piłce ręcznej, Norwegów w narciarstwie czy Holendrów na łyżwach – biorą się z powszechności tych dyscyplin wśród ogółu społeczeństwa. To masa stanowi o sile.
Mamy szereg sportowych programów wsparcia. Poza dotacjami Ministerstwa Sportu dla związków sportowych swoje programy prowadzą spółki Skarbu Saństwa, np. Orlen i PGE. Jest projekt Team 100 realizowany przez Polską Fundację Narodową, jest Centralny Wojskowy Zespół Sportowy. Mamy więc cały szereg różnego rodzaju programów wspierających sport, które być może są jedynie finansowym eldorado dla prywatnych klubów sportowych?
Jednocześnie statystyki dotyczące kondycji fizycznej Polaków są niepokojące, a realnego progresu na igrzyskach nie widać. Czy to naprawdę aż takie wyzwanie, aby przygotować zestaw podstawowych ćwiczeń i testów sprawnościowych dla dzieci, które pozwolą wykazać potencjał pod kątem konkretnych dyscyplin? Bo o czym nam niby mówi skok przez kozła?
Każde dziecko w ramach obowiązkowej edukacji powinno przejść próbę olimpijską. Przygotowany przez specjalistów zestaw ćwiczeń, którego wyniki pozwolą określić, do jakiej dyscypliny ma predyspozycje.
Nie musimy też wyposażać każdej szkoły w sprzęt do wszystkich dyscyplin. Możemy stworzyć mobilne punkty treningowe, które pojawią się w placówkach, by uzmysłowić młodzieży, jak wiele jest różnego rodzaju dyscyplin, i pokazać profesjonalny sprzęt do ich uprawiania.
Należy też postawić na pełne umasowienie kilku wybranych dyscyplin i przypisać tę rolę instytucji innej niż związek sportowy. W wielu krajach, którym wiedzie się lepiej na igrzyskach, występuje silna współpraca sportu z wojskiem.
To obopólna korzyść, bo sportowcy, którzy nie są w stanie się utrzymać z uprawiania swojej dyscypliny, mają stabilizację finansową, a wojsko – szeroką promocję i idący za nią lepszy wizerunek.
Chodzi tu nie tylko o przedstawicieli sportów niszowych czy sezonowych, ale dosłownie wszystkich sportowców zawodowych poza piłką nożną (po niej długo nic), popularnymi sportami zespołowymi czy czołówką polskiej lekkoatletyki korzystającą z kontraktów reklamowych.
Do jeszcze innej kategorii należą dyscypliny indywidualne uważane za ekskluzywne, w których kapitału z reguły nie brakuje, ale próg wejścia do nich jest wysoki, jak tenis czy motorsport.
Sportowcy na wojskowym etacie
Zalążek pożądanego stanu rzeczy już mamy. Być może, czytelniku, dowiadujesz się dopiero teraz, że od kilku już lat istnieje instytucja o nazwie Centralny Wojskowy Zespół Sportowy. Formalnie podlega Ministerstwu Obrony Narodowej i skupia żołnierzy-sportowców wywodzących się z ponad dwudziestu dyscyplin, głównie olimpijskich.
Mowa o wyczynowcach, których nazwiska dobrze znamy: reprezentantach Polski i medalistach pucharów, mistrzostw i igrzysk, także jest to grono elitarne, nieprzekraczające kilkuset osób w skali całego kraju. Poza stadionem czy bieżnią najczęściej widzimy ich fotografie w mundurze, bo wojsko zupełnie szczerze lubi się nimi szczycić.
Oczywiście, CWZS zatrudnia sportowców na uczciwy, wojskowy etat; tworzy warunki dla rozwoju i organizuje ich przygotowanie do zawodów, ale póki co, na tym jego rola się kończy. Nie kształci ich od samego początku, nie skautuje młodych talentów poza wojskiem ani nie ma narzędzi do oddziaływania masowego.
Sport w wojsku ma naprawdę długą i bogatą historię. W Polsce to połączenie przywodzi na myśl przede wszystkim wojskowe kluby sportowe, zwłaszcza piłkarskie, bokserskie czy szermiercze, które możliwościom organizacyjnym wojska zawdzięczały lata dominacji w kraju i wiele sukcesów olimpijskich w XX wieku. Po transformacji wojskowy sport podupadł, kluby i ośrodki szkolenia porozwiązywano; potem zespoły były stopniowo reformowane, aż w 2021 r. połączono je w CWZS.
Połączenie sportu z wojskiem ważne jest z jeszcze jednego powodu. W państwie demokratycznym wojsko nie istnieje tylko po to, żeby zapewniać pokaz siły (jak w socjalizmie) i raz na kilkadziesiąt lat wziąć udział w wojnie.
Jako instytucja pełni ważną funkcję społeczną, jest kolejnym odcinkiem więzi obywatela z państwem. Ma być chlubą i dumą narodową. Sport idealnie temu służy, bo jest popularny, zrozumiały dla każdego i (przynajmniej z definicji) apolityczny. A skoro wojsko ma budować odporność, niech wzmacnia ją także w zdrowotnym rozumieniu tego słowa.
Sportowcy-żołnierze są czymś zupełnie normalnym na całym świecie, a niektóre dyscypliny są wręcz systemowo podłączone do sił zbrojnych. W latach 90. w Wielkiej Brytanii saneczki sportowe zaprojektowano na zlecenie wojska trenującego zjazdy jako hobby. Kombinezon powstał we współpracy z branżą samochodową i lotniczą, a twarzą tego projektu stał się utytułowany skeletonista Kristan Bromley.
Na tej podstawie Brytyjczycy zaczęli wyszukiwać ludzi o odpowiednich parametrach i przekierowywać ich do tego niszowego sportu, w którym dziś są absolutną potęgą.
Wielka Brytania była wyżej od Polski w klasyfikacji medalowej igrzysk 2026 właśnie dzięki dwóm złotym medalom zdobytym w skeletonie. Pomimo tego, że Brytyjczycy, tak jak i Polska, nie posiadają toru do saneczkarstwa i skeletonu. To właśnie współpraca z wojskiem zapewnia im sukcesy.
Po II wojnie światowej na Wyspach powołano Army Winter Sports Associaton (AWSA). Ta organizacja miała zapełnić pustkę po powojennej rutynie, kształtować u żołnierzy pożądane cechy i prowadzić treningi w warunkach ekstremalnych. Z czasem pojawiło się też finansowe wsparcie od zewnętrznych partnerów. Rozbudowane programy współpracy z wojskiem działają w Kanadzie, USA czy Brazylii.
Są ludzie, których się do wydawania państwowej kasy nie przekona, ale budowa i utrzymanie obiektów sportowych, nie mówiąc o finansowaniu pewnej grupy sportowców, to w porównaniu do wybranych zakupów zbrojeniowych kwoty niemal symboliczne. Wystarczy pomyśleć, że jeden egzemplarz czołgu Abrams wart jest mniej więcej tyle, co utrzymywanie obiektu sportowego klasy olimpijskiej.
Organizacja całych tegorocznych igrzysk zimowych we Włoszech kosztowała równowartość jednego okrętu podwodnego, których Polska zamówiła trzy. Pół promila budżetu MON ustawiłoby kilka mniejszych dyscyplin sportowych na lata.
Nie namawiamy również do rozbudowy wystarczająco zbiurokratyzowanych struktur wojskowych ponad miarę. Nowe jednostki powstają tak czy inaczej, instytucjonalny kręgosłup sportu w wojsku już istnieje.
Mimo wszystkich bolączek i niedoborów, które trapią polską armię, przeciętny garnizon byłby w stanie nawet teraz zorganizować turniej dla młodzieży w mieście powiatowym, promując aktywność fizyczną.
Oprócz sportów walki, do obszaru zainteresowania wojska zwykle należą wszelkie odmiany strzelectwa i dyscypliny techniczne, wytrzymałościowe, sporty wodne, górskie i zimowe. To wszystko kojarzy się z typową sprawnością żołnierską.
W Polsce funkcjonują zarówno wojska specjalne, powietrznodesantowe, jak i jednostki o profilu piechoty górskiej. Mamy zatem zarówno stały dostęp do populacji młodej i wysportowanej, jak i bazę wiedzy i możliwości, by te cechy rozwijać.
Niech armia umasowi sport!
Struktury wojskowe powinny organizować próby olimpijskie dla wszystkich uczniów w Polsce oraz wziąć pod swoje skrzydła kilka dyscyplin, powiązanych z wojskiem bardziej lub mniej, i zadbać o ich możliwie najszersze umasowienie, np. piłki ręcznej, sportów walki i biathlonu.
Takie umasowienie oznaczałoby, że każdy Polak mógłby odbyć trening takiej dyscypliny za darmo i, po wybraniu jednej, trenować ją dalej bez dodatkowych kosztów. Byłaby to konkurencja wobec związków sportowych czy sektora prywatnego, a potencjalnie też miękka ścieżka wejścia do służby wojskowej.
Wojsko może być zarówno bezpieczną przystanią dla sportu niszowego, dyscyplin technicznych, kosztownych czy stosunkowo mało popularnych, jak i propagatorem sportu masowego, zwłaszcza tam, gdzie inne instytucje zawodzą. I nie musi to oznaczać ani militaryzacji stylu życia, ani wielkich wydatków; oddala zagrożenie przetasowaniami w kilkudziesięciu „księstwach”, jakimi są związki sportowe.
Takie systemowe połączenie może przynieść szereg długofalowych korzyści, jak i więcej medali niż dzięki przebłyskom geniuszu wybitnych jednostek na imprezach sportowych co kilka lat.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.
Mateusz Perowicz
Kamil Pachecki


