Święty Jan Chrzciciel jako anty-Epstein. Nieznane oblicze kuzyna Jezusa
Wielki Post to dla katolików czas ascezy. Inspirację na ten czas może przynosić święty Jan Chrzciciel. Człowiek, który przekracza cywilizację. W pewnym sensie – podobnie jak Jeffrey Epstein – stawia siebie poza prawem, poza kulturą, poza cywilizacją. Jednak „suwerenność” jednego i drugiego ma zupełnie inny charakter. Jan Chrzciciel jest anty-Epsteinem.
Część I: Jan Chrzciciel jako członek narodu wybranego
Krajobraz polityczny Izraela
By dobrze zrozumieć postać Jana Chrzciciela, trzeba zakreślić społeczno-polityczny krajobraz, w którym „największy spośród narodzonych z niewiast” – jak określił go Jezus Chrystus – przyszedł na świat. Wszak osobowość każdego z nas jest w dużej mierze wypadkową kultury i mentalności społeczeństwa, w jakim przyszło nam żyć.
Judea w tamtym czasie była królestwem objętym protektoratem Imperium Rzymskiego. Rządy nad nią sprawowała dynastia herodiańska, którym to władza została nadana z ramienia Rzymian.
Nie byli oni Żydami. To ważne, bo pozwala w ten sposób spojrzeć na ówczesnych mieszkańców Judei, wyznających religię „mojżeszową” jako znajdujących się w sytuacji podwójnej niewoli. Ówczesny Izrael był państwem pozbawionym niepodległości. Rządzili nim zarówno Rzymianie jak i niebędący żydami herodianie,
Ten stan rzeczy dla narodu, którego wyobraźnia religijna rozpięta była pomiędzy wspomnieniem królestwa Dawida i Salomona, niedawnym okresem wywalczonej po powstaniach machabejskich chwilowej niepodległości a oczekiwaniem na przyjście potomka Dawida – Mesjasza – który miał ustanowić na zawsze królestwo Izraela, był sytuacją obiektywnie trudną.
Przekładało się na kształt ruchów społecznych i religijnych tamtego czasu. Chyba najbardziej radykalnym przykładem odpowiedzi na ten stan rzeczy było stronnictwo zelotów. To do tej żydowskiej sekty należał zarówno Szymon Gorliwy – jeden z apostołów – jak i, być może, Barabasz, którego Piłat na życzenie tłumu uwolnił na święto Paschy zamiast Jezusa.
Zeloci walczyli z Rzymianami oraz tymi Żydami, którzy współpracowali z okupantem. Odegrali znaczącą rolę podczas powstania przeciw Rzymianom w latach 66-73, podczas którego wojsko Imperium zniszczyło Jerozolimę wraz ze Świątynią, doprowadzając do końca judaizmu świątynnego.
Co ważne, motywacja ich działań miała charakter ewidentnie religijny. Zresztą ówczesny religijny mesjanizm żydowski był raczej mesjanizmem „zimmanentyzowanym”. Zeloci wierzyli, że wypowiedzenie wojny rzymskiemu okupantowi przyspieszy przyjście Mesjasza – tego, który politycznie wyzwoli Żydów i ustanowi niepodległe królestwo.
Na zupełnych antypodach ruchu zelotów stali herodianie – ruch hellenistycznych Żydów, popierających podporządkowanie i współpracę zarówno z Rzymianami oraz rządy dynastii herodiańskiej. Był to ruch antymesjanistyczny, odrzucający postulaty restauracji suwerennego Królestwa Izraela, szukający możliwie dogodnego dla Żydów zadomowienia się w sytuacji podporządkowania Judei Imperium.
Krajobraz religijno-duchowy Izraela
Szczególnie ważne dla zrozumienia postaci Chrzciciela będą ruchy, które większy nacisk stawiały na kwestie religijne i kultyczne aniżeli polityczno-społeczne.
Ugrupowaniem najważniejszym, jeżeli chodzi o prestiż i wpływ na kult świątynny, byli saduceusze. Była to swego rodzaju religijna arystokracja. To oni kontrolowali Sanhedryn – w dużym uproszczeniu ówczesny episkopat żydowskiego życia religijnego – oraz Świątynię Jerozolimską.
To z nich co do zasady rekrutowano kapłanów i arcykapłanów składających ofiary. Pochodzili oni z rodu Sadoka – linii kapłańskiej mającej swe korzenie w czasach budowniczego Świątyni, króla Salomona. Przodkiem Sadoka według Biblii miał być sam Eleazar – syn Aarona, pierwszego kapłana w dziejach Izraela .
Saduceusze swoją wysoką pozycję zawdzięczali poparciu, jakiego udzielili Hasmoneuszom – dynastii znanej z Ksiąg Machabejskich, tej, która pokonała w ramach niepodległościowego zrywu władcę Syrii, króla Antiocha IV Epifanesa, zdobywając dla Izraela chwilową niepodległość.
Saduceusze podzielili się z Hasmoneuszami prawem do kontrolowania kultu świątynnego. W momencie gdy władzę nad Palestyną przejęli Rzymianie, zaś Hasmoneusze zostali pozbawieni wpływów, rola saduceuszy w kulcie świątynnym stała się dominująca.
Stronnictwo to uznawało wyłącznie Torę i odrzucało wszelkie inne tradycje ustne. Stąd ich negatywny pogląd na zmartwychwstanie – saduceusze odrzucali wiarę w możliwość wskrzeszenia ciał umarłych, gdyż Pięcioksiąg nic o tym nie wspominał.
Nie przejawiali oni także nadziei mesjańskich – stąd pomimo rygorystycznego podejścia w sprawach kultu i przestrzegania Tory, byli dość otwarci na wpływy hellenistyczne i rzymskie. Mimo pozycji w hierarchii kultu, ich faktyczny wpływ na Żydów był dość ograniczony – zwykły lud nie był im specjalnie przyjazny, postrzegając ich jako zbyt zajętych obroną swoich przywilejów i brataniem się z władzą.
Drugim ugrupowaniem byli faryzeusze. Byli to „świeccy” uczeni w Piśmie, pobożni żydzi. Ich bezpośredni wpływ na sprawowanie kultu, jak i pozycja w Sanhedrynie była marginalna. Byli zdecydowanymi przeciwnikami jakichkolwiek elementów helleńskich.
Oprócz Tory przyjmowali tradycje ustne. Wierzyli w zmartwychwstanie ciała, istnienie aniołów i demonów oraz – co najważniejsze – w nadejście Mesjasza, który miał odnowić Izrael zarówno politycznie, jak i duchowo.
Charakteryzowało ich bardzo drobiazgowe przestrzeganie przepisów rytualnych. Ich pobożność, wiedza i radykalizm budziły wśród zwykłego izraelskiego ludu podziw i szacunek.
Choć dziś termin „faryzeusz” w języku potocznym ma zabarwienie pejoratywne, to ewangelie – zwłaszcza według św. Łukasza – pokazują bardziej zniuansowany obraz. To często właśnie wśród faryzeuszy Jezus znajduje ludzi przyjmujących jego argumenty z otwartym umysłem. To oni zapraszają Chrystusa do swoich domów na uczty i dyskutują z nim na temat interpretacji Prawa.
„Niedaleko jesteś od Królestwa Bożego” – mówi Zbawiciel do jednego z nich. Zresztą faryzeuszem – do czego chętnie się przyznawał – był sam święty Paweł. To ze stronnictwa faryzeuszy po zburzeniu Świątyni wyewoluował judaizm rabiniczny – znana nam do dziś forma religii żydowskiej.
Esseńczycy z Qumran – pierwsi pustelnicy?
Obok saduceuszy i faryzeuszy w czasach Chrystusa istniało jeszcze trzecie ugrupowanie. Ewangelie nie wspominają o nim wprost. Pewne przekazy na jego temat znamy z prac ówczesnych historyków, takich jak Józef Flawiusz czy Pliniusz Starszy.
Więcej światła na tę „sektę” rzuciło odkrycie manuskryptów w Qumran – starożytnych ruinach położonych na Pustyni Judzkiej, tuż przy północno-zachodnim brzegu Morza Martwego i na Zachodnim Brzegu Jordanu.
Zdaniem niektórych teologów i historyków – takich jak Jean Danielou czy Marcin Majewski – ich działalność może rzucać mocne światło na wczesne chrześcijaństwo – a zwłaszcza na postać św. Jana Chrzciciela. Chodzi o tzw. esseńczyków.
Początek ich działalności wiązany jest ze wspomnianym już przejęciem kontroli nad kultem przez dynastię Hasmoneuszy. Zarówno sam fakt, że do kultu został dopuszczony ród rdzennie niekapłański, jak i to, że Hasmoneusze łączyli władzę polityczną z religijną, budził wśród niektórych pobożnych Żydów znaczący sprzeciw.
W oczach niektórych Hasmoneusze dokonali swego rodzaju uzurpacji. Kult przez nich sprawowany jest niegodziwy. Religia Izraela została zbrukana. Takie poglądy wyznawali właśnie esseńczycy.
Prawdopodobnie ich grupa powstała w reakcji na przejęcie kontroli nad Świątynią przez Hasmoneuszy. Forma religijności esseńczyków była czymś w Izraelu dotychczas nieznanym
Przynajmniej niektórzy z nich najprawdopodobniej zamieszkali na Pustyni Judzkiej, w miejscu, które znamy dziś pod nazwą Qumran. Wśród pierwszych esseńczyków byli zapewne niektórzy kapłani z rodu Sadoka, którzy nie przystąpili do stronnictwa saduceuszy po zbrataniu się ich z Hasmoneuszami.
Przynajmniej w części, była to wspólnota męskich celibatariuszy – co było zupełną nowością w hołubiącej małżeństwo społeczności żydowskiej – żyjących w odosobnieniu, w ascezie, skupionych na praktyce wzajemnej miłości braterskiej, a także praktykujących liczne rytualne obmycia. W „mitologii” esseńczyków ich założycielem była tajemnica postać znana pod przydomkiem Mistrza Sprawiedliwości.
Duchowość esseńska była mesjańsko-eschatologiczna. Oczekiwali oni dwóch Mesjaszy – jednego, który zasiądzie na tronie Dawida i drugiego, który jako kapłan odnowi kult świątynny. Głosili zbliżający się Sąd Boży, który doprowadzi do ukarania grzeszników i odstępców od prawdziwego kultu.
Styl życia esseńczyków najbardziej przypomina coś, co dziś w chrześcijaństwie nazywamy życiem monastycznym lub zakonnym. Z pewnością taki styl życia – z celibatem i niskim cenieniem małżeństwa – był czymś nieznanym w ortodoksyjnym nurcie judaizmu.
Choć Ewangelia nie wspomina o nich wprost – w odróżnieniu od saduceuszy czy faryzeuszy – to jak zwraca uwagę Majewski, Jezus polemizuje z tezami podzielanymi przez wyznawców tej sekty. Przykładem jest następujący fragment Kazania na Górze:
„Słyszeliście, że powiedziano: Będziesz miłował swego bliźniego, a nieprzyjaciela swego będziesz nienawidził. A Ja wam powiadam: Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują” (Mt 5, 43-44).
Nakazu nienawiści nieprzyjaciół nie znajdujemy w jakimkolwiek piśmie żydowskim głównego nurtu. Nie ma go ani w Torze, ani u proroków. Nie ma go też w ustnych tradycjach kultywowanych przez faryzeuszy. Ów nakaz – miłowania członków własnej wspólnoty i nienawiści do wszystkich, którzy są poza nią – znajduje się w jednym z pism esseńczyków odnalezionych w Qumran.
Pomimo milczenia ewangelistów na jej temat, musiała być to sekta znana i wpływowa – tym bardziej, że pisali o niej tacy historycy jak wspomniani Józef Flawiusz i Pliniusz Starszy, wspominając „świątobliwość” członków owej wspólnoty i wielki szacunek, jakim otaczał jej członków zwykły lud.
Czy Jan Chrzciciel był esseńczykiem?
W takim właśnie krajobrazie religijno-społecznym przychodzi na świat Jan Chrzciciel. Między Żydami chcącymi urządzić się w aktualnej sytuacji politycznej a tymi, którzy tęsknili za niepodległością Izraela. Między pozbawionymi wyobraźni mesjańskiej saduceuszami a niecierpliwie wyczekującymi przyjścia Mesjasza faryzeuszami i esseńczykami.
Co więc ukształtowało Jana Chrzciciela? Która tradycja była mu najbliższa? O jego życiu do rozpoczęcia działalności prorockiej i chrztów nad Jordanem Ewangelie mówią niewiele. „Chłopiec zaś rósł i wzmacniał się duchem, a żył na pustkowiu aż do dnia ukazania się przed Izraelem” (Łk 1,80).
Jak pisze Jean Danielou w książce Święty Jan Chrzciciel. Świadek Baranka, można jednak bez intelektualnego nadużycia założyć, że odebrał on wszechstronne wykształcenie religijne charakterystyczne dla dzieci żydowskich kapłanów tamtych czasów.
Był synem Zachariasza – kapłana z rodu Abiasza, który co prawda nie należał do elit rekrutujących się z pokolenia Sadoka, ale aktywnie partycypował w kulcie praktykowanym w Świątyni Jerozolimskiej.
Jan Chrzciciel musiał uczęszczać do synagog – miejsc słuchania fragmentów Pisma i nauk uczonych w piśmie. Podobnie jak Jezus musiał w wieku 12 lub 13 lat przejść inicjację do grona dorosłych członków ludu wybranego – której ważną częścią było przepytywanie młodzieńca przez uczonych w Świątyni Jerozolimskiej.
Jedną z ciekawszych hipotez jest domniemany związek Jana Chrzciciela z esseńczykami. „A żył na pustkowiu aż do dnia ukazania się przed Izraelem”. Jak wskazują Danielou i Majewski, owym pustkowiem mógł być północno-zachodni brzeg Morza Martwego, gdzie przebywali właśnie esseńczycy.
Asceza Jana Chrzciciela, celibat, życie na pustkowiu bardzo przypominają styl życia prowadzony przez wspólnotę z Qumran. Rytuał chrztu udzielanego przez Jana mógł być inspirowany przez praktykowane przez esseńczyków rytualne obmycia, symbolizujące oczyszczenie z brudu świata i grzechu.
Marcin Majewski w jednym z odcinków swojego podcastu postawił hipotezę, że być może Jan Chrzciciel był faktycznym członkiem tej wspólnoty, który w pewnym momencie życia ją opuścił lub wręcz został z niej wydalony. Jan Chrzciciel różnił się jednak w poglądach od esseńczyków.
Po pierwsze, choć bardzo mocno wypominał hipokryzję przychodzącym do niego po chrzest przedstawicielom saduceuszów, nie znajdujemy w Ewangeliach potępienia z jego ust sprawowanego przez nich kapłaństwa, co było charakterystyczne dla sekty z Qumran.
Po drugie, sam ojciec Jana Chrzciciela był praktykującym kapłanem świątynnym – a od tej grupy esseńczycy się raczej odcinali. Po trzecie, Jan Chrzciciel oczekiwał jednego, nie dwóch Mesjaszy. Co więcej, według Ewangelii był przekonany, że tego Mesjasza realnie spotkał.
Choć ostatni z proroków nie był wyjątkowy pod względem eschatologicznego charakteru swojej działalności i choć jego styl życia nie był osobliwością w ówczesnym Izraelu, to z pewnością Jan poszedł swoją własną drogą i nie da się go przypisać z pewnością do żadnej z sekt działających w ówczesnym Izraelu. Był on kimś wyjątkowym, zapowiadającym zupełnie nowy porządek.
Część II: św. Jan Chrzciciel jako wzór egzystencji
Teologiczne znaczenie postaci św. Jana Chrzciciela
Kim jest św. Jan Chrzciciel z perspektywy teologii Kościoła? Jak na tę postać patrzą chrześcijanie już nie z perspektywy współczesnemu Janowi judaizmu, lecz ponad 2000 lat istnienia Kościoła?
Przede wszystkim Jan jawi się jako domknięcie historii trwającej od Abrahama – historii zawarcia przymierza z konkretnym ludem, etnosem, który ma uobecniać jego prawo wobec świata. Do tej pory to Izrael był narodem, który posiadał Boga jedynego niejako jako swoją wyłączną własność.
Wraz z Janem Chrzcicielem – a właściwie z oczekiwanym przez Jana Chrystusem – misja Izraela kończy się. Izrael jako naród miał być tylko – i aż – prototypem ludzkości i prawdziwego ludu Bożego. Od tej pory tym ludem będzie Kościół – inkluzyjna wspólnota otwarta na każdy naród, rasę i język.
Jan jest też ostatnim z proroków. Tak jak Izajasz czy Ezechiel zapowiadali czasy mesjańskie, objawienia się Boga wśród swojego ludu w wyjątkowy sposób, tak Jan – pisze Danielou – zarówno zapowiada, jak i ogląda realizację tego, co zapowiadał. Jest więc wyjątkowym z proroków, bo tylko jemu jest dane oglądać Mesjasza.
Rola Jana Chrzciciela jako łącznika pomiędzy Starym a Nowym wyraża się najwyraźniej w scenie Nawiedzenia. Brzemienna Maryja odwiedza brzemienną Elżbietę. W reakcji na obecność Maryi – a właściwie obecnego w jej łonie Chrystusa – Jan będący jeszcze w łonie Elżbiety podskakuje z radości, zaś matka proroka wypowiada słowa: „A skądże mi to, że matka mojego Pana przychodzi do mnie”.
Jak zwraca uwagę Danielou, ewangelista Łukasz wyraźnie nawiązuje do fragmentu z 2. księgi Samuela. Chodzi o ten moment, kiedy król Dawid sprowadza odnalezioną Arkę Przymierza – najświętszy przedmiot dla starotestamentalnego Żyda, miejsce szczególnego przebywania Boga Izraela – do domu Obed-Edoma w Górach Judzkich.
Zanim Arka dotrze na miejsce, Dawid wypowiada słowa: „Jakże przyjdzie do mnie Arka Pańska?”. Gdy Arka zaś przenoszona jest z Obed-Edoma do Jerozolimy, Dawid podskakuje z radości przed Arką. Zarówno w Seputagincie jak i greckim Nowym Testamencie „podskoki” Dawida i Jana opisuje to samo słowo – skiratai.
Paralela jest oczywista. Zamiast Arki będącej symbolem obecności Boga Izraela – Maryja niosąca w sobie Wcielone Słowo „przez które wszystko zostało stworzone”. Zamiast tańczącego, skaczącego Dawida – podskakujący z radości Jan Chrzciciel.
Zamiast „skądże mi to” Dawida, mamy „skądże mi to” Elżbiety. To, co było tylko figurą prawdziwej rzeczywistości zapowiedzianą w księdze Samuela, staje się w scenie Nawiedzenia faktem.
Szczególnie wart uwagi jest jeszcze jeden wątek teologiczny dotyczący Jana Chrzciciela, który jest szczególnie akcentowany w Kościołach Wschodnich. Gdy wejdziemy do cerkwi, ujrzymy ikonostas – złożoną z ikon „ścianę” oddzielającą ołtarz na którym sprawuje się Eucharystię, od reszty świątyni.
Ikonostas i umiejscowienie na nim świętych mają odwzorowywać hierarchię niebieską – faktyczną „odległość”, w jakiej każdy z świętych znajduje się od Boga. Tak więc na ikonostasie znajdujemy głównie apostołów i anioły.
Wyróżniają się jednak szczególnie dwie postacie po prawej i lewej stronie Zbawiciela – są to Matka Boża i Jan Chrzciciel. Jan jest w tym ujęciu kimś większym od reszty świętych. Co więcej, jest postawiony na tym samym poziomie co Matka Boża – największa z świętych.
Znaczenie takiego umiejscowienia Jana w hierarchii cerkiewnej analizuje w książce Przyjaciel Oblubieńca Sergiej Bułgakow – jeden z najwybitniejszych XX-wiecznych myślicieli i teologów prawosławnych. Pisze on, że Jan Chrzciciel – podobnie jak Maryja – został uświęcony i zachowany od jakiegokolwiek grzechu już w łonie matki.
Mówiąc językiem katolickim, jest on niepokalanie poczęty – choć prawosławie nie używa tego terminu ani w odniesieniu do Maryi, ani do Jana Chrzciciela, ze względu na nieco inne rozumienie koncepcji grzechu pierworodnego niż w katolicyzmie. Prawosławie bowiem uznaje, że dziedziczymy skutki grzechu Adama, nie zaś winę tak jak twierdzi zachodnia teologia. Jednak we wschodnim ujęciu zarówno Jan jak i Maryja darmowo daną łaską Boga zostali zachowani od skutków grzechu popełnionego przez pierwszych ludzi w Edenie. Są to jedyne – poza Chrystusem – istoty ludzkie, który nigdy nie popełniły żadnego grzechu.
Jeszcze inni teologowie – chociażby starożytny Orygenes – rozważali, czy Jan Chrzciciel nie jest przypadkiem… wcielonym aniołem. Ta tradycja wywodzi się od tłumaczenia fragmentu z księgi Malachiasza, odnoszonego klasycznie do Jana, w którym czytamy „Oto ja wyślę posłańca mego (…) przede Mną” (Ml 3,1).
Posłaniec to po grecku angelos – a więc anioł. W połączeniu z „anielskim” – tj. oderwanym od zwykłego trybu życia – pustynnym życiem Jana, jego kuzynostwem z Jezusem będącym Wcielonym Słowem i jego rolą w przygotowaniu nadejścia Mesjasza, prowadzi to prosto do „anielskich” skojarzeń. Niektóre przedstawienia cerkiewne ukazują go właśnie ze skrzydłami anielskimi.
Św. Jan Chrzciciel jako model spójnej egzystencji
Co z postaci św. Jana Chrzciciela może być szczególnie aktualne dla nas w Wielkim Poście? Pierwszą rzeczą jest kwestia integralności życia św. Jana Chrzciciela.
Jesteśmy przyzwyczajeni do fragmentaryzacji życia. Dzielimy życie na zawodowe i prywatne, kimś innym jesteśmy w pracy, kimś innym w koleżeńskich znajomościach, a jeszcze kimś innym w małżeństwach. Etykę dzielimy na publiczną i prywatną.
Jana Chrzciciela można potraktować jako prototyp mnicha. Słowo „mnich” pochodzi od greckiego słowa monos, co oznacza „pojedynczy”. Nie chodzi tu jednak tylko o samotny, niemałżeński tryb życia prowadzony przez pustelnika.
Chodzi przede wszystkim o bycie pojedynczym jako opozycję do dwoistości (grec. diavolos). Mnich jest prosty, jednolity. Nie ma w nim dwoistości, dwulicowości, niespójności.
Jak pisze w książce Ciało i społeczeństwo brytyjski historyk Peter Brown: „Egipscy mnisi przywrócili do życia w formie wybitnie radykalnej wczesnochrześcijańską troskę o «prostotę serca». «Prostota serca», obawa przed «sercem podzielonym» i dręczące pragnienie dziecięcej prostoty w obsesyjnie podstępnym świecie […] w sposób wielce charakterystyczny zabarwiały pobożność egipskich chrześcijan, zarówno w dolinach jak i na pustyni […].
Mnich był bohaterem obszarów zamieszkanych – nie dlatego po prostu, że wzniósł się ponad nieubłagane prawa brzucha; on nosił w sobie «prawe serce». Był człowiekiem o sercu uczynionym z jednego kawałka, równie gładkim i wolnym od rozdzierających je osobistych rojeń tudzież egoistycznych, ukrytych zamysłów, jak solidny bielutki rdzeń palmy daktylowej”.
Kimś takim – jak celnie zauważa Danielou – był właśnie Jan Chrzciciel. Objawia się to już w scenie nadania Janowi imienia: „Imię wyraża tę jedyną niezastępowalną rzeczywistość, która jest rzeczywistością każdej osoby ludzkiej niezagubionej w anonimowości rasy, ale ukochanej osobową miłością […].
To osobowe odniesienie do Boga każdej duszy wyraża się na dwóch różnych płaszczyznach. Najpierw konstytuuje istnienie jej samej. Istnieję tylko o tyle, o ile Bóg mnie wzywa, podtrzymuje w istnieniu w każdej chwili, daje mi mnie samego. Ta osobowa relacja z Bogiem nie jest czymś wtórnym, stanowi składową mojego bytu […].
Ale jest jeszcze drugie odniesienie do Boga, które nie jest już tylko stosunkiem na poziomie bytu, lecz równocześnie na poziomie działania. I to jest to powołanie w sensie właściwym. Moje imię jest nie tylko wyrazem tego, kim jestem, ale też tego, co mam do zrobienia. Jest to być może inne imię: Bóg dodaje je do pierwszego, gdyż wyraża ono powołanie. U Jana jednak oba imiona nadane są łącznie” – czytamy w książce Jan Chrzciciel. Świadek Baranka.
U Jana więc powołanie do życia i jego misja są nierozdzielne. Bycie i działanie, esse i agere stają się jednością. Jan jest swoim powołaniem i powołanie jest Janem. Jego życie pustelnika i tego, który chrzcił w Jordanie, jest ni mniej, ni więcej epifenomenem jego najgłębszej tożsamości.
Jest to wzór integralności obowiązujący dla każdego chrześcijanina. Wszędzie tam gdzie jest chrześcijanin – praca, małżeństwo, czas wolny, mównica sejmowa – ma to być rzeczywistość jedna i ta sama w swej istocie, kierowana tym samym duchem, moralnością, logiką.
Życie chrześcijanina ma być czymś niepodzielonym, czymś niesprzecznym. Tak jak Jan powinien być monos, a nie diavolos. Po to jest Wielki Post. By nieco intensywniej zawalczyć o prostotę serca.
Jan Chrzciciel poza prawem, czyli anty-Epstein
Jest jeszcze jeden element na który chciałbym zwrócić uwagę, szczególnie ważny w okresie Postu. Pustynia. Czym jest pustynia? Jej symbolika w Biblii jest wyjątkowo bogata. Zwrócę uwagę na tylko jedno jej znaczenie: anty-miasto.
Miasto, polis jest przestrzenią cywilizacji i kultury. Rzeczywistością ujarzmioną i uporządkowaną przez człowieka. Posiada infrastrukturę zaspokajającą jego najbardziej fundamentalne potrzeby. Jest też w końcu miejscem prawa, gdzie najdziksze elementy ludzkiej natury są ujarzmione – przynajmniej teoretycznie – przez kulturę. Jest więc symbolem porządku.
Pustynia jest czymś odwrotnym – to chaos. Miejsce nieujarzmione przez człowieka, gdzie mieszkają skorpiony, gdzie brak jest dostępu do wody, gdzie człowiek przebywający sam na sam ze sobą skazany jest na nieustaną konfrontację z dzikością natury i fatamorganą swojego umysłu.
Ci, którzy udają się na pustynię, wycofują się poza cywilizację, poza prawo polis, by będąc sam na sam ze sobą, skonfrontować się z dzikością tkwiącą w sercu, ujarzmić chaotyczną glebę popędów.
Miasto opuszcza się z różnych względów. Czasami prawa polis stają się nieznośnym pręgierzem łamiącym sumienia dobrych ludzi. Trzeba więć miasto opuścić, by ratować duszę. Poza cywilizację można wychodzić także po to, aby ujarzmić swoje popędy, skupić się na walce z głęboko tkwiacym w człowieku źródłem zła. Jednak miasto można opuszczać także po to, by swoim popędom bez umiaru folgować.
Czy nie czymś takim była wyspa Epsteina? Owszem, trudno nazwać ją pustynią w znaczeniu nieprzewidywalności żywiołów przyrody, głodu i czyhających na każdym kroku jadowitych skorpionów. Jednak metafora opuszczenia polis pozostaje adekwatna. Epstein wyszedł poza cywilizację, poza prawo, nie po ty by toczyć ujarzmiać dziką ziemię swoich popędów. Wręcz przeciwnie. Po to, by im folgować.
Stworzył on perwersyjną wersję cywilizacji, miasto, które zamazuje się w pustynię/chaos, by nastepnie w nieostry sposób przechodzić w miasto. Jest to polis, które w rzeczywistości jest apeironem, Apollin, który w istocie jest Dionizosem.
Pojawia się tu również jeszcze jedan ważnyy element. Kwestia męskości. Celnie ujął to we wpisie na swoim profilu facebookowym psychoterapeuta Paweł Droździak:
„Jedynym nieoczywistym elementem kwitów Epsteina jest coś, co wszyscy wiedzą, ale nikt wprost nie przyzna. Różnica męskiej i kobiecej popędowości jest absolutna, fundamentalna, totalna i niemożliwa do zmiany. To nie jest różnica stopnia. To różnica rodzaju.
Na «wyspę» Epsteina można spojrzeć jak na gigantyczny eksperyment naturalny. Stwórzmy środowisko, gdzie nie istnieje żadna społeczna kontrola. Cokolwiek wydarzy się na «wyspie» zostaje na «wyspie». Nikt nikogo nie ocenia. Możesz wszystko.
No i okazuje się że w takich warunkach męska popędowość odsłania zupełnie coś innego niż kobieca. Na świecie w sferach polityki i biznesu są miliony wpływowych kobiet. Mających pieniądze, mających kontakty, zdolnych coś załatwić itd. Jest ich przecież masa.
Tymczasem w kwitach Epsteina nie ma dosłownie ani jednej kobiety – klientki. Kobiety, która nie mając żadnej społecznej kontroli, byłaby zainteresowana czymś symetrycznym do tego, po co się zgłaszali do Epsteina ci wszyscy mężczyźni. To nie jest przypadek. Po prostu kobiety i mężczyźni różnią się fundamentalnie i im mniejsza społeczna kontrola, tym bardziej ta różnica jest ewidentna.
Symetria męskiej i kobiecej popędowości nie jest stanem, do którego można dojść jakąkolwiek regulacją. Jeśli nawet Epstein nie był w stanie wywołać tu żadnej symetrii, to znaczy, ze żadnej symetrii nie da się osiągnąć żadną metodą. To po prostu niewykonalne”.
Niezależnie od tego, czy zgodzimy się z tak mocno postawioną teząna temat jakościowej różnicy pomiędzy męską a żeńską popędowością, to z pewnością trafny jest opis pewnej możliwości realizacji bycia mężczyzną.
W przypadku „wyspy Epsteina” mamy do czynienia z męskością w stanie dionizyjskim, wyłączoną spod kontroli rozumu, nie stawiającą testosteronowi żadnych granic, chcącą wszystko dominować, podporządkowywać i seksualnie konsumować.
Epstein wychodzi poza cywilizację nie po to, by słuchać cichego głosu sumienia, by usłyszeć niczym Eliasz, jak „w szmerze lekkiego powiewu” przechodzi Bóg. Wychodzi tam nie po to, by niczym Jan Chrzciciel stoczyć sam na sam walkę z demonem i swoją popędowością. Epstein wyszedł poza cywilizację, by słuchać głosu swych namiętności. „God is a construct. Cute girls are real” – pisał guru new age Deepak Chopra do Epsteina w 1997 roku.
Inaczej wygląda męskość i wyjście poza cywilizację w wykonaniu Jana Chrzciciela. Opisuje to celnie Paul Evdokimov – obok Sergiusza Bułgakowa najważniejszy XX -wieczny teolog prawosławny – w książce Kobieta i zbawienie świata.
Przedstawiając różnice pomiędzy męskością a kobiecością, Edvokimov wiąże męskość ze zdobywaniem „panowania nad ziemią”, zaś pierwszą ziemią, jaką mężczyzna powinien sobie podporządkować, jest on sam.
Mężczyzna jest powołany do zdobywania siebie samego. Dokonuje się to przez ascezę i walkę duchową. Wzorem takiej męskości jest zdaniem Evdokimova właśnie św. Jan Chrzciciel. Są nim również wszyscy mnisi opuszczający wygodne ramy cywilizacji i udający się na pustynię, by toczyć walkę z demonami (logismoi).
Święty mnich okazuje się więc dokładnym przeciwieństwem Epsteina. Jan Chrzciciel wychodzi na pustynię nie po to, by słuchać popędów, lecz by słuchać głosu sumienia. Nie po to, by łamać prawo, lecz by okazać mu radykalną wierność, bez kulturowych podpórek.
Przebywający na pustyni święty Jan Chrzciciel, wobec napierających go złudnych logismoi – namiętnych myśli, z którymi każdy asceta musi się zmierzyć – mógłby wypowiedzieć następujący egzorcyzm: „God is real. Cute girls are illusion”.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.

