Technokraci zamiast intelektualistów. Co wojna w polskiej nauce mówi o stanie naszej akademii?
Nauka traci swój dotychczasowy status w społeczeństwie. Tymczasem systemowej refleksji nad kondycją współczesnego świata mogą dostarczyć tylko ci, którzy cieszą się przywilejem utrzymywania się z czytania książek i dyskutowania o nich.
Rynkowy dyktat zamiast ciekawości
„Kapitalizm jest w stanie zniszczyć wszystko. Weźmy takie klany w Szkocji. Próbowali Rzymianie – nie udało się. Próbowali Anglicy też się nie udało. Próbowali Szkoci z Nizin – znów to samo. Dopiero modernizacja kapitalistyczna – rozwaliła całe struktury klanowe”.
Tę myśl, luźno wygłoszoną przez znajomego profesora, bynajmniej nie lewicowego radykała, usłyszałem podczas nieformalnej rozmowy w czasie jednego z seminariów metodologicznych przeszło dekadę temu.
Logika rynkowa istotnie prowadzi do ekonomizacji każdej sfery życia i choć kapitalizm, jako system ogarniający cały świat, ma swoje ewidentne zdobycze, potrafi równocześnie unicestwić poprzedzające go obszary kultury. Jednym z nich jest nauka, a ściślej – leżąca u jej zarania filozofia, ukształtowana jeszcze w starożytności.
Polskie debaty na temat stanu rodzimej nauki obejmują jedynie lokalny wymiar całego zjawiska – to cała globalna akademia działa pod dyktando wielkich korporacji wydawniczych, w interesie których jest, aby uczeni między sobą „konkurowali”; pisma same rywalizują między sobą – niektóre uzyskując status „drapieżnych”, a polityki akademickie w różnych krajach bezrefleksyjnie zaadaptowały bezwzględną zasadę „publish or perish” („publikuj albo giń”).
Zbyteczne dodawać, że system grantowy istotowo ma charakter polityczny – to zewnętrzne względem społeczności uczonych siły decydują, jakie badania warte są finansowania. W rezultacie, motorem dla rozwoju wiedzy nie jest, jak to było u samych jej początków, „zdziwienie” i ciekawość pchająca uczonego do bezinteresownego poznania rzeczywistości, ale obietnica wykazania, że wyprodukowana wiedza zachowa wymiar poręcznościowy.
Z powyższych powodów, przetaczająca się w ostatnich dniach przez polskie media społecznościowe i tradycyjne debata wokół planowanej przez MNiSW zmiany w punktacji czasopism, mającej zrównać urobek punktowy uzyskiwany w polskich periodykach z tym w pismach zagranicznych, jest nie tylko toksyczna, ale i demonstruje głęboki kryzys w obszarze intelektualnej samoświadomości naszego środowiska akademickiego.
Wszystko zaczęło się od wypowiedzi wiceminister Karoliny Zioło-Pużuk, która, stając w obronie zapowiadanych zmian, zwolenników „umiędzynarodowienia” prowokacyjnie nazwała „kontynuatorami hr. Horeszki”. W zrozumiały sposób, spotkało się to z ostrą reakcją tych członków społeczności, którzy mogą pochwalić się międzynarodowym dorobkiem.
Sama idea wypływania na szerokie wody jest ze wszech miar słuszna i należy do niej zachęcać. Problem jednak w tym, że życie akademickie w Polsce, podobnie jak i na świecie, funkcjonuje na chorych zasadach i tocząca się burzliwa dyskusja nie dotyka jej sedna.
Skutki polskiej pół-peryferyjności
Te chore zasady w rodzimym wydaniu wyłożone zostały w opublikowanym niedawno raporcie „Narodziny dyskursu doskonałości naukowej z ducha terapii szokowej” autorstwa Jakuba Krzeskiego, Olgi Łojewskiej i Krystiana Szadkowskiego.
Wynika z niego jasno, że model zarządzania polskim życiem akademickim po 1989 r. był i jest odbiciem przyjętego modelu rozwojowego samej Polski jako państwa pół-peryferyjnego – atrakcyjnego dla zagranicznych inwestorów z uwagi na wysoki kapitał ludzki, ale świadomie wyzbywającego się ambicji wejścia na równy poziom z państwami wysokorozwiniętymi.
W tym wymiarze niepotrzebne były większe inwestycje w naukę (bo rodzimy STEM nie miał mieć nawet potencjału wejścia na wyższy poziom), a już tym bardziej w humanistykę i nauki społeczne. W efekcie, do dziś zostajemy z chronicznie niedofinansowaną akademią, co jest praprzyczyną wszystkich toczących się w jej obrębie napięć i hamletyzowania.
W ramach ograniczonych zasobów, rzesza naukowców musi być też odpowiednio nadzorowana i rozliczana – temu zaś służy „doskonałość naukowa”. Jest ona niczym innym jak systemem kar i nagród.
Został on zaprojektowany w ścisłym powiązaniu z logiką rynkową, wewnątrz ją replikuje – czy to wprost przez nagrody i granty („doskonała” mniejszość), czy też jako kapitalistyczne symulakrum – poprzez punktację.
Zażarta i rozpalająca do czerwoności serwery platformy X dyskusja stanowi zatem nic innego, jak tylko przejaw walki o zasoby – prestiż, przewagę w zakumulowanym kapitale wyrażonym w punktowej kryptowalucie i jak najbardziej realne pieniądze, pomiędzy „wygranymi” i wszystkimi tymi, którzy statusu „doskonałych naukowców” dotąd uzyskać nie mogli.
Korekta wewnątrz istniejącego systemu niczego rzecz jasna nie naprawia. Nasz wewnętrzny obieg intelektualny rzeczywiście nie jest zagrożony – na przykład w naukach społecznych i humanistycznych obejmuje on zdecydowaną większość publikacji. Jego dowartościowanie, zdaniem krytyków zapowiadanych zmian (słusznie), nie jest niezbędne.
Jednak dodają oni, że zniesie ono zachęty do publikowania w międzynarodowych periodykach. A to już twierdzenie absurdalne – chodzi bowiem o nic innego jak o obronę statusu w wewnątrzakademickiej hierarchii. „Nie godzi się, aby osiągnięcia na miarę rozgrywek wojewódzkich zrównywać z mistrzostwami świata” – to argument, który przetoczył się już w co najmniej kilku wersjach na różnych forach.
Problem nie na tym polega. Niska jakość obiegu naukowego w języku polskim wynika z samego systemu punktowego – naukowcy nie raz piszą i publikują „na sztukę”, same pisma rywalizują zaś o określony status, a chcąc go utrzymać, muszą między innymi zachować ciągłość wydawniczą, więc przyjmują teksty bez selekcji.
Funkcjonowanie w obiegu międzynarodowym też nie zawsze oznacza wyższą jakość i rozwój polskiej nauki. Zagraniczna konkurencja nie zawsze jest lepsza, redakcje nie mogące się opędzić od nadsyłanych propozycji, muszą wprowadzać jakieś sito, a to, jak ono jest utkane, też niejednokrotnie ma wymiar polityczny.
Wprawdzie istnieje rygorystyczny system peer-review, bardziej restrykcyjny niż w Polsce, ale nie należy traktować go jako absolutnej wyroczni – w tzw. międzynarodowym obiegu też funkcjonują przelotne mody, zwyczajna ludzka małość i osobiste skrzywienia.
Jako się rzekło, globalna akademia to system produkcji wiedzy, który jest tak samo uwarunkowany przez zewnętrzne siły, jak i nasz lokalny obieg naukowy. Wejście na ten międzynarodowy poziom może oznaczać rzeczywistą wybitność, ale równie dobrze – być rezultatem wypracowanej zręczności i rzutkości.
Potrzebujemy głoszenia Prawdy, nie autopromocji
W całej zaś dyskusji znika z pola widzenia to, co powinno być fundamentalne dla jakiegokolwiek szerszego namysłu nad rolą życia uniwersyteckiego (już nie tylko nauki) we współczesnym społeczeństwie.
Nauka bowiem traci swój dotychczasowy status. Gdzie w tym wszystkim systemowa refleksja nad kondycją świata? Takiej mogą dostarczyć tylko ci, którzy cieszą się przywilejem utrzymywania się z czytania książek i dyskutowania o tym (ten przywilej pozostaje w mocy nawet przy żałośnie niskich wynagrodzeniach akademików w Polsce).
Refleksja systemowa jest też systemowo tłamszona przez trendy obowiązujące we współczesnej nauce – rozważania ogólne ustępują na rzecz wąskich specjalizacji i przyczynkarstwa. Znika wspólna podstawa do dyskusji – akademicy nie czytają klasyków, ale prace właściwe swoim dyscyplinom. To zaś, w połączeniu z rozhulaną logiką rynkowej rywalizacji, pogłębia atomizację. Akademia zaś, na wstrząsy współczesnego świata oferuje odpowiedzi specjalistyczne i dyskutowane w wąskich kręgach uczonych, albo zwyczajnie miałkie.
Tymczasem, nasza współczesna cywilizacja jak tlenu potrzebuje figury intelektualisty – bezkompromisowego głosiciela Prawdy, której zawodowo poszukuje i animatora żywej dyskusji w sferze publicznej, pełniącego też rolę formacyjną nie tylko dla przyszłych pokoleń uczonych, ale i dla szerszego grona świadomych obywateli. A jest to figura, która powoli przechodzi do historii.
To powiedziawszy, mam największe pretensje do obozu, który właśnie objawił się w pełnej krasie jako reprezentujący naukowy „sukces” i zawodowe spełnienie – szczególnie zaś przedstawicieli bliskich mi nauk humanistycznych i społecznych.
Sprowadzenie problemu do prymitywnego antagonizmu wewnątrz grupy zawodowej czy też argumentów adwersarzy – do „nacjonalizmu” albo „gomułkowszczyzny”, demonstruje brak woli lub – co gorsza – niezdolność do wyjścia ponad powierzchowne wojenki i podjęcia szerszej refleksji nad stanem akademii i otaczającego nas świata.
Ten, kto funkcjonuje międzynarodowo, nie może „głosować nogami” i kapitulować wobec zamierającego życia intelektualnego we własnym kraju. Rzecz bowiem nie w płaskim rozumieniu misji społecznej naukowca sprowadzanej do „popularyzacji”, ale rozwijaniu prężnego życia intelektualnego. Nie w wąsko pojętej nauce, ale w życiu akademickim będącym newralgicznym obszarem kultury publicznej.
Nie zbuduje się jej poprzez skrywanie się za pełnym dystynkcji nauczaniem ex cathedra, jak uprawiać „naukę na międzynarodowym poziomie” ani nieznośną autopromocję własnych szczegółowych zasług, ale przez zinternalizowane poczucie społecznej misji uniwersytetu przekute w czyn. Zdrowa sfera publiczna potrzebuje intelektualistów, a nie technokratycznych funkcjonariuszy sektora nauki.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.
