Kaczyński, PiS i duch Rymkiewicza. O Niemcach, którym nie wolno wybaczyć
Jarosław Kaczyński: Konferencja prasowa prezesa PiS. Źródło: zrzut ekranu z https://youtu.be/m4wYNMaRpWw?si=sxSeR3cvZsZuDn8k
Słowa Jarosława Kaczyńskiego o Niemczech wywołały przewidywalne oburzenie. Warto jednak analizować je nie tylko jako element bieżącej gry politycznej. Jarosław Marek Rymkiewicz pisał, że są w historii rzeczy, których się nie przebacza. Bez tej perspektywy trudno zrozumieć, dlaczego antyniemiecka narracja wciąż działa na prawicy – i dlaczego wciąż mobilizuje.
Jarosław Kaczyński wyszedł ze szpitala. Przez ostatnie miesiące można było odnieść wrażenie, że to nie wyłącznie prezes, ale całe Prawo i Sprawiedliwość przechodziło rekonwalescencję. Kuracja się skończyła, a naczelnik zaordynował klasyczne przejechanie po liberalnej kracie. Nazwał Niemcy państwem postnazistowskim, które powinno siedzieć w kącie, a nie próbować przewodzić Europie.
Cały PiS zagłosował przeciwko SAFE – programowi niskooprocentowanych pożyczek Unii Europejskiej na rzecz rozwoju zdolności obronnych – właśnie z tego powodu: bo mechanizm ten ma być zakamuflowaną strategią osiągnięcia ostatecznej hegemonii politycznej w UE przez Berlin. Przynajmniej takie jest oficjalne uzasadnienie.
Nie wiem, czy ten program jest sensowny. Persony takie jak Rajmund Andrzejczak czy Paweł Musiałek, których nie można posądzać o sympatię do rządu Donalda Tuska, przyznają, że SAFE jest na wagę złota. Ten pierwszy przekonywał w Kanale Zero, że argument, iż to tajemny plan Niemców na uzależnienie od siebie polskiej gospodarki, jest nieprawdziwy i głupi.
Panie generale, z perspektywy polityki partyjnej nie jest to głupie. Ważny jest polityczny efekt, nie słuszność narracji. Kaczyński i cała prawica jak tlenu potrzebują uwagi i narzucania przekazu. Od momentu wygrania wyborów przez Karola Nawrockiego PiS jest w trwałej defensywie i zamiast o wielkim pochodzie do wygranej mówimy wciąż o maślarzach czy harcerzach.
Rafał Ziemkiewicz posunął się ostatnio w tygodniku „Do Rzeczy” do postawienia tezy, że PiS przestał już istnieć. Jednak ogłaszanie śmierci tej partii, tak samo jak emerytury naczelnika, zawsze do tej pory było przedwczesne. Kaczyński właśnie przypomniał o swojej egzystencji i po raz pierwszy od dawna przykuł na sobie uwagę. Po jednej stronie oburzenie, po drugiej zachwyt – a w środku prezes PiS. Motłoch podniecony, zadanie wykonane.
Jarosław Kaczyński gra w dobrze znaną grę. Stawia mocne tezy, żeby przejechać po liberalnej kracie. Libki się oburzają, jego elektorat pieje z zachwytu, PiS-owi rośnie w sondażach. Mechanizm ten jest niemal tak stary jak III RP.
Sądzę, że Kaczyński zdaje sobie sprawę, iż program SAFE jest potencjalnie dobry. Wie jednak, że przysporzy tlenu Donaldowi Tuskowi. Widzi także zawiłość tego mechanizmu, a jak nie wiadomo, o co chodzi w Unii Europejskiej, to na pewno chodzi o niemiecką hegemonię. To założenie podzielane przez wielu wyborców polskiej prawicy i nie jest pozbawione podstaw.
Kaczyński nie ukrywa antyniemieckiego resentymentu – wprost go wypowiada i osiąga zamierzony cel. Na konferencji prasowej mówił:
„Niemcy są ostatnim krajem w Europie, który powinien dążyć do przywództwa, bo po pierwsze doprowadził do drugiej wojny światowej, a przedtem miał wielki udział w doprowadzaniu do pierwszej. Nie rozliczył się, nie ukarał zbrodniarzy […] to jest państwo postnazistowskie. […] Takie państwo powinno siedzieć w kącie i przepraszać, że żyje, a nie próbować przewodzić”.
Podobne zdania prezes PiS wypowiadał w przeszłości. Chociażby na październikowym kongresie PiS, gdy przestrzegał, że Niemcy chcą nam zabrać państwo i suwerenność.
Jarosław Marek Rymkiewicz, duchowy patron Prawa i Sprawiedliwości, najlepiej nazwał, dlaczego ta – wydawałoby się przeterminowana – opowieść nadal działa.
W zbiorze esejów Kinderszenen pisze:
„Zdaje się, że za szybko i za łatwo przebaczyliśmy Niemcom. W historii są takie rzeczy, których się nie przebacza – nigdy, bo nie ma powodu, żeby przebaczać. Hierarchowie Kościoła i premierzy kolejnych polskich rządów nie powinni o tym zapominać – żeby przebaczać, trzeba mieć upoważnienie; nie od Boga, bo Bóg nie ma tu nic do rzeczy, lecz od Polaków, a takiego upoważnienia nikt nikomu nie udzielił i nie udzieli”.
Jest w tych słowach głęboka prawda. Współczesna polska tożsamość bez antyniemieckiego resentymentu byłaby sporo uboższa. Lider PiS, słuchając Rymkiewicza, ten resentyment pielęgnuje.
To dość oczywiste, że partia Kaczyńskiego będzie forsować narrację zagrożenia ze Wschodu i z Zachodu. Przecież to mechanizm warunkowości w sprawie unijnych pieniędzy, uruchomiony za jej rządów, był realnym ograniczeniem naszej suwerenności, a między innymi przez długą wojnę z Brukselą PiS musiał oddać władzę.
Polska między agresywnym Wschodem a Zachodem, z Trumpem jako nowym Napoleonem, który ma nam pomóc wyjść z geopolitycznych kleszczów – przecież to jest niemal 1:1 przeniesienie, mówiąc mądralińsko, romantycznej matrycy hermeneutycznej. PiS to przecież ugrupowanie od zawsze czerpiące pełnymi garściami z romantycznej estetyki politycznej.
Oczywiście za tłumem oburzonych stoją ważne racje: że to cynizm, że to psucie debaty, że ważny jest konsens w tematach obronnych, bo to Wschód, a nie Zachód, poważnie i namacalnie nam zagraża.
Nie chodzi mi o usprawiedliwianie Kaczyńskiego, lecz o próbę zrozumienia logiki jego działania. To właśnie hybryda politycznego romantyzmu i makiawelizmu pozwoliła mu przez lata osiągnąć w polskiej polityce tak wiele. Warto o tym pamiętać, a nie tylko się wściekać lub cieszyć.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.