Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Dziedzictwo MAGA przeżyje Donalda Trumpa. Czy USA wycofają się z Europy?

Dziedzictwo MAGA przeżyje Donalda Trumpa. Czy USA wycofają się z Europy? Donald Trump i Zohran Mamdani, źródło: Wikimedia Commons

Wycofywanie się Stanów Zjednoczonych zEuropy to nie wymysł ideologów MAGA. To – jak na USA przystało – konsekwentna polityka realizowana także za Baracka Obamy. Czy możemy mówić o całkowitym zwijaniu się amerykańskiego imperium?

W jednym z ostatnich numerów tygodnika „Do Rzeczy” Filip Memches pisze, że izolacjonistyczna agenda ruchu MAGA, który wyniósł Donalda Trumpa do drugiej kadencji prezydenckiej, nie skończy się wraz z potencjalną utratą władzy przez Republikanów.

Kreśląc alternatywny scenariusz przejęcia władzy przez Demokratów, publicysta wskazuje, że wspomniany „prawicowy populizm” zostanie zastąpiony radykalnie lewicową agendą, pod której wpływem pozostają obecnie władze Partii Demokratycznej.

Czasy centrysty z lewicowym odchyleniem – Baracka Obamy – i pasującego do europejskiego liberalno-lewicowego mainstreamu Joe Bidena – zdaniem autora „Do Rzeczy” – bezpowrotnie minęły.

Ma to swoje przełożenie na politykę zagraniczną Stanów Zjednoczonych. W przypadku przejęcia władzy przez Demokratów wektor amerykańskiej polityki skieruje się ku zwijaniu amerykańskiego imperium z polityczno-militarnej obecności na całym globie i skupieniu na polityce wewnętrznej i przeżywającej problemy gospodarce.

Ameryka nie ma ani stałych przyjaciół ani wrogów, jedynie interesy”

Powyższa maksyma autorstwa Henry’ego Kissingera (parafraza z Lorda Palmerstona) doskonale oddaje najważniejszy czynnik, jakim niezależnie od sprawującej władzę partii kieruje się amerykański establishment.

Jest nim stałość interesów, zmianie podlegają wyłącznie narzędzia i styl. Jeśli prezydenturę Bidena i Obamy można porównać do operacji skalpelem, tak dwie kadencje Donalda Trumpa zapamiętamy z walenia na oślep młotkiem.

Wyraźnie widzimy jednak, że w istocie – polityka Stanów Zjednoczonych w kolejnych latach będzie pod znakiem zwijania imperium i skupienia na wewnętrznych problemach, lecz przecenia wpływ ideologii na ten proces.

W 2018 roku na naszych łamach Kuba Gąsiorowski, odtwarzając polityczną historię Stanów Zjednoczonych, skonkludował, że uzyskanie statusu mocarstwa i utrzymanie go przez dłuższy czas wymaga realistycznego podejścia do własnych interesów.

Zerwanie z Europą

Już w czerwcu zeszłego roku pisałem na łamach Klubu Jagiellońskiego o postępującym wycofywaniu się wojsk amerykańskich z Europy. Ten proces zachodzi od końca zimnej wojny, czyli od kiedy ustało największe zagrożenie na kontynencie europejskim – rozpadł się Związek Sowiecki.

W związku z tym, niecelowe stało się utrzymywanie 300 tysięcy żołnierzy na Starym Kontynencie. Redukcja personelu wojskowego następuje każdego roku. Jeszcze za kadencji Obamy w Europie stacjonowało 80 tysięcy żołnierzy, dziś – jak podaje Departament Stanu – jest to około 65 tysięcy.

Zarówno dzisiaj, jak i w 2011 roku słychać były te same głosy – o konieczności wzięcia przez Europę odpowiedzialności za własne bezpieczeństwo. Wtedy jednak nikt nie słuchał, bo na Ukrainie nie toczyła się wojna, a z Rosją przeprowadzany był niesławny reset.

Trump nawet nie przyspiesza żadnych procesów, które dzieją się do tej pory stopniowo – on kontynuuje nakreśloną przez Obamę linię, która nakazywała skupić się na kierunku Azji i Pacyfiku.

Ruch MAGA jest więc tylko kolejnym akuszerem dziejącego się od dawna procesu decouplingu z Europą. Retoryczne zwrócenie się do wewnątrz i próba uczynienia Ameryki znowu wielką oznacza nic innego jak operacjonalizację powtarzanych od lat próśb (i w końcu – gróźb) w kierunku Europy o wzięcie bezpieczeństwa w swoje ręce.

Kosztem funkcjonowania imperium i jednobiegunowego momentu historii było bowiem dla Stanów Zjednoczonych nadmierne rozciągnięcie swojego potencjału i „konserwowanie” go w miejscach, które tego nie potrzebują. A wraz ze wzrostem innych państw na arenie międzynarodowej i nieformalnym dzieleniem stref wpływów nieuniknione jest, że Stany Zjednoczone wybiorą wewnętrzną stabilność i dobrobyt swoich obywateli.

Innymi słowy, nie da się ładnie grać na kilku fortepianach jednocześnie. Stany Zjednoczone dostrzegają relatywne do innych państw słabnięcie własnego potencjału militarnego i gospodarczego.

Ze względu jednak na wiodącą rolę polityczno-militarną jako (wciąż) światowego żandarma, a także przez wzgląd na kluczową rolę dolara jako waluty rozliczeniowej w światowej gospodarce nie mogą przyznać tego wprost. Uderzyłoby to w ich interesy, podważyłoby wiarygodność dolara i uruchomiłoby procesy wypychające Amerykanów z pozycji rozwiązującego konflikty mediatora i arbitra.

Zwróćmy też uwagę, że nawet pomimo retoryki Donalda Trumpa i ruchu MAGA, zaczątków powrotu do doktryny Monroe nie da się wycofać Ameryki ze świata zupełnie bezkosztowo i bez strat skupić się na własnej półkuli.

Wciąż obserwujemy amerykańskie zaangażowanie w sprawie Iranu, strategiczną dwuznaczność w aspekcie Tajwanu, zainteresowanie przejęciem Grenlandii i mimo wszystko aktywną rolę w Europie jako swoista polisa ubezpieczeniowa, o której pisał niedawno prezes Paweł Musiałek.

Radykałowie przejmują Demokratów?

Pytanie brzmi jednak, jakie są przyczyny amerykańskiego exodusu. Filip Memches stawia tezę, że kluczowe są tu poglądy radykalnej lewicy, która ma nadawać ton Partii Demokratycznej.

Jako przedstawicieli tejże ideowej formacji publicysta podaje znaną postać senatora z malutkiego stanu Vermont Berniego Sandersa i świeżo wybranego burmistrza Nowego Jorku Zohrana Mamdaniego.

Wśród ich postulatów mają być właśnie zwrócenie uwagi na wewnętrzne problemy zwykłych Amerykanów: plagę bezdomności, spadku poziomu życia czy oczekiwanie na większe wydatki socjalne zamiast kosztownych programów zbrojeniowych czy interwencji w rozmaitych zakątkach globu.

Trudno odmówić poprawności tej diagnozy, lecz należy zastanowić się, czy faktycznie taka postać jak Bernie Sanders – polityk o poglądach skrajnych jak na amerykańskie warunki – może przyczynić się do nadania kursu Partii Demokratycznej.

I niech nie zmylą nas wyniki jego popularności – już w 2015 roku oficjalna strona Senatu Stanów Zjednoczonych ogłosiła Sandersa najpopularniejszym senatorem (83% poparcia). Wyniki w 2025 roku mówią to samo – jak podaje „Newsweek” ma on poparcie na poziomie 71%.

Popularność ta jednak nigdy nie przełożyła się na zdobycie choćby nominacji prezydenckiej z ramienia Demokratów, gdyż dla mainstreamu jest to polityk zbyt radykalny. Z tego względu nie warto przeceniać jego wpływu na rządzące elity.

Zohran Mamdani, burmistrz Nowego Jorku, jest zaś klasyfikowany jako ósmy najbardziej popularny polityk Demokratów według YouGov. Jego wpływu także nie powinniśmy jednak przeceniać.

Podobnie jak w przypadku Rafała Trzaskowskiego i Warszawy, popularność Mamdaniego w Nowym Jorku nijak ma się do poparcia, jakie polityk mógłby zebrać w bardziej konserwatywnych stanach jak Wyoming czy Mississipi, które można nazwać amerykańskim Podkarpaciem albo Podlasiem.

Obecnie te „czerwone”, republikańskie stany decydują o prezydenturze, a żeby Demokrata mógł przejąć stany wahające się (swing states) musiałby odrzucić radykalnie lewicowe, progresywne postulaty i dopasować przekaz do spauperyzowanej klasy robotniczej tych stanów, będących wyborczą bazą Donalda Trumpa.

A o prezydenturze Mamdani może i tak zapomnieć, gdyż nie urodził się on w Stanach Zjednoczonych, i z tego względu nawet nie może być brany pod uwagę. Nieprzypadkowo zresztą potencjalnym wiceprezydentem obok Kamali Harris miał zostać Tim Walz – gubernator Minnesoty, biały mężczyzna z wojskową przeszłością, pełniący rolę konserwatywnej „kotwicy” dla bardziej centrowych wyborców Demokratów, dla których progresywność Kamali Harris była nie do przełknięcia.

***

Ewentualny powrót do władzy Demokratów po Donaldzie Trumpie nie wywróci amerykańskiej polityki zagranicznej do góry nogami. Radykalizm części lewego skrzydła Partii Demokratycznej nie jest na tyle wpływowy, żeby zmienić o 180 stopni kurs ogromnego okrętu, do jakiego można porównać Stany Zjednoczone.

Obserwując amerykańską politykę zagraniczną, niezależnie od barw partyjnych widać więcej kontynuacji kursu, niż może się to w danym momencie wydawać. Zatem lewica i Partia Demokratyczna nie zmieni – a na pewno nie fundamentalnie – kierunku działań Donalda Trumpa. A na pewno nie w kierunku, który przeczyłby żywotnym amerykańskim interesom gospodarczym i politycznym.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.