Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Reforma KRS na rozdrożu. Kryzys praworządności da się zakończyć

Reforma KRS na rozdrożu. Kryzys praworządności da się zakończyć autor ilustracji: Bruno Dziadkiewicz

Jedną z negatywnych konsekwencji polityki Zbigniewa Ziobry jest powrót do powszechnej akceptacji roli Krajowej Rady Sądownictwa jako strażnika interesów środowiska sędziowskiego. To paradoks, że przed 2015 rokiem taka konstytucyjna rola tego organu była negowana również w głównym nurcie, w tym w środowisku Platformy Obywatelskiej czy wśród elit prawniczych z prof. Andrzejem Rzeplińskim na czele. Docelowo KRS powinno zmienić funkcję, ale wcześniej należy zmienić sposób jej wyłaniania. Skoro elity nie potrafią ustalić czy w wyborze ma dominować czynnik partyjny czy środowiskowy, to spróbujmy rozwiązać tę kwestię drogą najbardziej demokratyczną: przez losowanie. 

Ta „lepsza z ustaw Żurka”, czyli stracona szansa na kompromis

W najbliższych dniach prezydent Karol Nawrocki podejmie decyzję ws. ustawy o Krajowej Radzie Sądownictwa (druk 2108). Wydaje się niemal oczywiste, że prezydent nie podpisze regulacji przygotowanej przez ministra Waldemara Żurka, a pytanie tyczy się jedynie tego, czy ją odrzuci, czy skieruje do Trybunału Konstytucyjnego.

Druga z możliwych decyzji byłaby, paradoksalnie, trudniejsza dla obozu rządzącego. Ułatwiałaby bowiem jego przeciwnikom delegitymizowanie rozważanego „planu B”, tj. przeprowadzenia przez środowiska sędziowskie swoistych prawyborów, których wyniki parlament z większością Koalicji 15 Października zatwierdzi… w trybie obowiązującej dziś ustawy uchwalonej przez PiS, na podstawie której dotychczas odmawiano Radzie legitymizacji.

Decyzja o odrzuceniu nowej ustawy o KRS jest – w mojej opinii – dużo trudniejsza do uzasadnienia niż przyszłe weto Karola Nawrockiego względem tzw. ustawy praworządnościowej (druk 2107), nad którą parlamentarne prace toczą się wolnej, bo i dużo więcej poważnych ośrodków – z Helsińską Fundacją Praw Człowieka i Rzecznikiem Praw Obywatelskich na czele – zgłaszało względem niej fundamentalne wątpliwości. Wobec reformy KRS uwagi były znacznie mniej zasadnicze, a kierunkowe oceny – częściej aprobowane.

Teoretycznie akurat sprawa KRS mogła być przestrzenią pewnego kompromisu. Ustawa przywracająca wybór członków KRS środowisku sędziowskiemu przy jednoczesnej demokratyzacji i zwiększeniu przejrzystości wyboru mogłaby być pierwszym krokiem do większego resetu ustrojowego w wymiarze sprawiedliwości, a tego bezwzględnie potrzebujemy. Niestety, jak słusznie ostatnio punktował na naszych łamach Michał Gawęda, trudno uznać ten scenariusz za realistyczny.

Kością niezgody pozostaje kwestia biernego prawa wyborczego sędziów ubiegających się o stanowisko w KRS. Choć ustawa formalnie odchodzi od segmentowania sędziów na neo- i paleo-, to dla prawa bycia wybieranym do KRS wprowadza podwójne kryterium stażu: 10 lat na stanowisku sędziego i 5 lat na aktualnym stanowisku na wyższych szczeblach trzeciej władzy. To daje dwa argumenty dla odrzucenia takiego projektu.

Po pierwsze, w praktyce nie pozwala na kandydowanie sędziom, którzy weszli do zawodu decyzjami Krajowej Rady Sądownictwa po 2017 roku. Przez prawicę jest to traktowane po prostu jako wytrych, który ma wprowadzić delegitymizację tych sędziów tylnymi drzwiami. Według zrzeszenia Aequitas oznacza to w praktyce pozbawienie biernego prawa wyborczego ponad 2500 sędziów.

Po drugie, argumentem o którym zapewne niebawem usłyszymy więcej, będą wątpliwości wynikające z dawnej decyzji – podkreślmy, że niebudzącego wówczas kontrowersji co do prawidłowości składu! – Trybunału Konstytucyjnego.

Sąd konstytucyjny w 2007 r. uznał bowiem, że parlament „nie ma prawa do ustanawiania dodatkowych reguł, który z sędziów może ubiegać się o wybór do Rady i może być do Rady wybrany, a który ma być tego prawa pozbawiony”.

Kwestia stażu nie jest chyba tą różnicą, za którą którakolwiek ze stron sporu musi umierać. Politycznie częściowa legitymizacja tzw. neo-sędziów i tak dokonuje się już za sprawą przyznania im czynnego prawa wyborczego, co dla obu stron tworzy przestrzeń do dalej idącego kompromisu. Wydaje się jednak, że nikomu po prostu na nim nie zależało – i żadne negocjacje w tej sprawie się nie toczyły.

Dla jednej i drugiej strony scenariusz weta wydaje się po prostu wygodny. Obóz rządzący będzie odgrywał znaną melodię „wetomatu” i powtarzał, że mimo oporu prezydenta w praktyce wybiorą „demokratyczną KRS” pod rękę z najbliższymi sobie politycznie stowarzyszeniami sędziowskimi. Prawica będzie zaś punktować hipokryzję i, co niewykluczone i niestety długofalowo także szkodliwe, systemowo delegitymizować kolejną neo-neo-KRS.

Efekt? Wymiar sprawiedliwości będzie dalej sobie gnił w najlepsze, a pewność prawa z perspektywy zwykłych obywateli będzie pojęciem czysto abstrakcyjnym.

Smutne dziedzictwo ziobryzmu

Jedną z negatywnych konsekwencji polityki Zbigniewa Ziobry jest powrót do szerokiej akceptacji roli Krajowej Rady Sądownictwa jako strażnika interesów środowiska sędziowskiego. To paradoks, bo przed ostatnimi rządami prawicy taka konstytucyjna rola tego organu była negowana również w głównym nurcie.

Mało kto dziś pamięta, że postulat wyboru większości Krajowej Rady Sądownictwa nie przez sędziów, ale przez Sejm, sformułowano w opracowywanym przez stanowiący eksperckie zaplecze Platformy Obywatelskiej zespół Jana Rokity planie rządzenia na lata 2005-2009.

dokumencie „Państwo dla obywateli” proponowano wprost, by 22 z 25 członków Krajowej Rady wybieranych było przez Sejm. „Sposób doboru składu Rady powinien gwarantować także szerszą niż tylko sędziowską kontrolę nad procedurami doboru i nominacji sędziowskich. Przeciwdziałać tu powinien w szczególności licznym przypadkom nepotyzmu przy doborze sędziów” – argumentowano.

Reforma suflowana przez ekspertów Rokity szła dalej niż tylko zmiana sposobu wyboru członków KRS. Po pierwsze, zakładała zmianę konstytucji, która miała inaczej określić rolę Rady. Dziś jej zadaniem jest stanie „na straży niezależności sądów i niezawisłości sędziów”.

W docelowym modelu – miała gwarantować „prawo do sprawiedliwego rozpatrzenia sprawy [wyróżnienie – PTr] przez niezawisłych sędziów w niezależnych sądach”.

Po drugie, w składzie Rady mieli znajdować się nie tylko sędziowie, ale reprezentanci „istotnej części elity inteligenckiej społeczeństwa” cieszący się „dużym autorytetem zawodowym i moralnym”. Kandydatów zgłaszać miały senaty wyższych szkół akademickich, a prawnikami spełniającymi kryteria sędziów Sądu Najwyższego miała być mniej niż połowa ich nominatów.

Najbardziej rozpoznawalnym reprezentantem środowisk prawniczych spośród współautorów raportu był Andrzej Rzepliński, późniejszy sędzia i prezes Trybunału Konstytucyjnego, a następnie jeden z najsurowszych krytyków PiS-owskich reform w obszarze sądownictwa. Choć z perspektywy czasu musi to dziwić, to przed 20 laty jego krytyczne względem KRS stanowisko nie było niczym zaskakującym.

Wszak Rzepliński jako członek zarządu Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka w 2004 r. na łamach „Gazety Wyborczej” przekonywał, że „aby KRS przestała być w znacznej mierze swoistym państwowym związkiem zawodowym konserwującym interesy źle służące polskiemu sądownictwu, w jej składzie muszą być reprezentowani przedstawiciele innych profesji prawniczych, w tym adwokatów, radców prawnych, notariuszy, prokuratorów i uczonych prawników”.

Miarą niepowodzenia zmian prowadzonych przez obóz prawicy w latach 2015-2023 jest właśnie fakt, że próba demokratyzacji składu KRS przyniosła owoce odwrotne od zamierzonych. Dawni zwolennicy fundamentalnej przebudowy tego organu w celu „odkastowienia” sądownictwa stali się zwolennikami oddania go z powrotem w ręce korporacji sędziowskiej.

Także na prawicy mało kto mówi o korekcie jej konstytucyjnej roli i składu. Debata sprowadza się jedynie do tego, kto sędziów do KRS ma wybierać: sami sędziowie czy politycy w parlamencie. Jakkolwiek ustrojowa refleksja nadal wydaje się potrzebna, to trudno wyobrazić sobie okoliczności, w których taka reforma mogłaby się ziścić.

Maksimum możliwości wydaje się dziś zaproponowanie kompromisowego rozwiązania ustawowego. O wielu ciekawych możliwościach realnej demokratyzacji wyboru członków KRS pisał na naszych łamach swego czasu w przekrojowym i programowym tekście Bartosz Pilitowski z Fundacji Court Watch Polska, jednak politycy dotąd nie uznali za stosowne uczynić użytku z tych opartych o badania i międzynarodowe porównania sugestii.

Losowanie unieważnia dylemat, kto ma wybierać sędziów

Skoro elity nie potrafią ustalić, czy w wyborze ma dominować czynnik partyjny, czy środowiskowy, to spróbujmy rozwiązać tę kwestię drogą najbardziej demokratyczną: przez losowanie.

Jak swego czasu obszernie argumentowałem na tych łamach w bardziej przekrojowym tekście, losowanie jako metodę politycznego wyboru należy traktować zupełnie poważnie. Banałem jest przypomnienie, że właśnie ta droga wyboru na urzędy leżała u podstaw ateńskiej demokracji.

Dziś losuje się przysięgłych w amerykańskich sądach, które za sprawą globalistycznej popkultury wydają nam się zrozumiałym punktem odniesienia. W ostatnich latach konsensem, choć nie wywołującym szeregu praktycznych wątpliwości (wpierw algorytm „Ziobrolotka”, później ograniczenie losowości przez Żurka), stało się losowanie składów sędziowskich.

Zdanie się na los jest także źródłem najpopularniejszej z ustrojowych innowacji trenowanych w ostatnich latach na Zachodzie: paneli obywatelskich. Organizowane są przez dziesiątki miast, państwa takie jak Francja czy Irlandia, aż po Unię Europejską w toku ustrojowego namysłu nad jej przyszłością. Powszechnie traktuje się je, zwłaszcza w środowiskach progresywnych, jako odpowiedź na kryzys legitymizacji zasiedziałych zachodnich demokracji.

Ba, kilkadziesiąt razy losowanie jako metoda rozstrzygnięcia jest przewidywane przez… polski Kodeks wyborczy. W ten sposób wybiera się nie tylko numery list wyborczych czy kolejność spotów w mediach publicznych, ale nawet rozstrzyga, kto obejmuje mandat radnego, burmistrza czy senatora, gdy dwóch kandydatów uzyska identyczną liczbę głosów.

„Kiedy pewne systemy trwają w niebezpiecznym impasie, to losowość i tylko losowość może je z niego wyrwać i uwolnić” – argumentował Nassim Nicholas Taleb, jeden z najbardziej znanych orędowników „losowych” innowacji.

Dokładnie tu się znaleźliśmy. Zwolennicy status quo chcą dalej odpowiedzialności sejmowych partii za obsadę KRS, a zwolennicy status quo ante –  oddania tej decyzji na powrót sędziom, choć w nieco mniej zoligarchizowanej i bardziej przejrzystej wersji, niż było to przed rządami PiS-u.

W efekcie mamy ów „niebezpieczny impas”, o którym pisze autor AntykruchościCzarnego łabędzia. Zupełnie poważnie proponuję zatem, by 15 sędziów z grona wszystkich sędziów po prostu wylosować.

Władza rodzi odpowiedzialność

Losowanie odpowiada na cały szereg innych wyzwań i problemów niż tylko „kto ma wybierać”. W komentarzach do KRS-owej ustawy ministra Żurka Helsińska Fundacja Praw Człowieka ocenia rolę sędziów rejonowych jako nieproporcjonalnie dużą, zrzeszenie Aequitas – jako nieproporcjonalnie małą.

Jednych oburza wykluczenie rzekomych „neo-sędziów” z grona potencjalnych kandydatów do KRS, drugich – nadanie im czynnego prawa wyborczego.

Wielu obawia się radykalnej nadreprezentacji w docelowej Radzie nominatów dobrze zorganizowanych organizacji sędziowskich, które po prostu mają znacznie większy potencjał uzyskania mandatów niż „zwykli sędziowie” – rozproszeni, niezrzeszeni, dalecy od politycznych sporów.

Ja jednak widzę największą korzyść z tej metody w innym, bardziej systemowym wymiarze.

Jeśli ktoś na pomysł losowania członków KRS spośród wszystkich sędziów zareaguje myślą, że „przecież niedoświadczeni, przypadkowi sędziowie nie mogą decydować o losach polskiego sądownictwa”, to dotknie sedna naszych problemów z wymiarem sprawiedliwości i praźródła wszystkich kłopotów, które obserwujemy od zarania III RP, a w ostry sposób – od ponad dekady.

Otóż właśnie na tym polega problem, że ci ludzie są władzą decydującą o cudzym majątku, wolności czy prawie do kontaktów z własnym dzieckiem. Uznanie, że są wystarczająco mądrzy, by decydować o życiu anonimowych obywateli, ale zbyt głupi na decydowanie o awansach w sądownictwie, jest absurdalne.

Wylosowanie 15 członków KRS spośród wszystkich sędziów uświadomi nam, że to oni są władzą. Tę zaś z natury należy kontrolować, krytykować i równoważyć. To esencja osławionego „trójpodziału” noszonego na sztandarach, obok „demokracji” i „KONS-TY-TU-CJI”, przez minionych osiem lat, a w polskiej praktyce ustrojowej doprecyzowanego jako „podział i równoważenie”.

W 2016 roku, u zarania konfliktu o praworządność, poświęciliśmy mu tekę wydawanych przez Klub Jagielloński „Pressji”. W otwierającym go eseju dr Jacek Sokołowski przekonywał:

„Problemem polskiego państwa nie jest zbyt duża władza sędziów – wręcz przeciwnie. W rzeczywistości polski sędzia ma jej niewiele. Jest biurokratą, oplecionym siecią bezustannie zmieniających się przepisów proceduralnych i poddawanym bezustannej presji, aby «pracował lepiej». Lepiej, to znaczy żeby szybciej mielił stos leżących przed nim papierów.

Cała kultura korporacyjna sądownictwa w Polsce jest kulturą biurokratyczną: rzeczywisty etos pracy polskich sędziów nie wymaga od nich niezależności myślenia, samodzielności w podejmowaniu decyzji, determinacji i odwagi w sterowaniu procesem”.

Losowanie członków KRS spośród wszystkich sędziów jest okazją, byśmy na władzę każdego sędziego spojrzeli właśnie z tej zdrowej, choć zapomnianej perspektywy. Trudno wyobrazić sobie, że ślepy los wskaże na sędziego mniej nadającego się do tej funkcji niż nominaci partii albo reprezentanci najbardziej zajadłych aktywistów sędziowskich. A jeśli zobaczymy sędziego pozbawionego kompetencji, etosu czy zdrowego rozsądku? Cóż, przynajmniej zobaczymy go wszyscy i na świeczniku, z pożytkiem dla przejrzystości polskiego wymiaru sprawiedliwości.

Cytowany esej Sokołowskiego nosił w oryginale tytuł „Rewolucja musi zacząć się w głowach”. Choć po straconej dekadzie zapaści wymiaru sprawiedliwości będzie to z pewnością rewolucja spóźniona, to wciąż bardzo jej potrzebujemy. Być może droga do niej wiedzie właśnie przez wyjście awaryjne z ustrojowego klinczu wokół Krajowej Rady Sądownictwa.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.