Pijani Anglicy na Rynku i strip cluby na Kazimierzu. Jak wygląda Kraków po zmroku?
Jeśli Kraków kojarzy się komuś z hejnałem mariackim, bohemą w piwnicach z atmosferą z międzywojnia i Bracką, na której to tu, to tam pada deszcz, między ciszą a ciszą, to znaczy, że tu dawno nie był. A już na pewno nie po zmroku. Tuż przed bazyliką codziennie organizuje się dyskoteki na dziko, a droga do Sukiennic nie obejdzie się bez nachalnych pytań o strip cluby. Władze rozkładają ręce – ważne, że pijani turyści wracają zadowoleni do swoich krajów.
„Panowie, może strip club?”
Kiedy ponad półtora roku temu prezydent Aleksander Miszalski powoływał nocnego burmistrza Krakowa, wydawało się, że będzie starał się choć trochę uporządkować nocne życie miasta. Władze jednak tradycyjnie potrafią zaskoczyć mieszkańców odwrotnym do oczekiwanych kierunkiem działań.
Dzisiaj historyczna stolica po zmroku przypomina jeden wielki bajzel dla turystów, a nocny burmistrz, być może przez dzienne godziny pracy, jeszcze chyba nie miał okazji wyjść na Stare Miasto po 20:00.
Przez Rynek bowiem nie da się przejść 10 metrów (nie przesadzam), unikając pytań nachalnych ulotkarzy – od standardowych „panowie, może strip club?”, „a może jednak?”, „a czemu nie?”, do bardziej kreatywnych, których z szacunku tych łamów nie zacytuję. Nie pomaga obchodzenie nagabywaczy 20-metrowym łukiem.
Gdy podejdzie się pod Bazylikę Mariacką, robi głośniej niż w klubie. Dlaczego? Przed najpiękniejszym kościołem w Polsce leci zagraniczna łupanka, a pomieszane grupy erasmusów, młode Hiszpanki i pijani Brytyjczycy tańczą w kilkudziesięcioosobowej grupie. Wszystko odbywa się w towarzystwie 2 radiowozów, bo tak nakazuje prawo.
Ale już najwyraźniej prawo nie zakazuje organizowania takich imprez w najbardziej reprezentatywnym miejscu historycznej stolicy Polski. Odjazd. Władze rozkładają ręce.
Prawo również przestaje obowiązywać – a przynajmniej nie egzekwuje się go – w późniejszych godzinach nocnych. Przejście przez Szewską (odradzam, ale mimo wszystko jest tam otwarty ostatni McDonald’s) po 3:00 w nocy jest jak spacer przez pole bitwy.
Bójki, śmieci, „panowie, może strip club?”, Brytyjczycy odbijający się od ściany do ściany; małpie krzyki słychać z 300 metrów. Policji zero – komisariat na Rynku otwarty jest do 15:30.
Oczywiście kiedy krakowscy studenci otworzą piwo na bulwarach, to po kwadransie przyjeżdża dzielna Straż Miejska. Od 15 lat nie widziałem jednej gorszącej sceny pod Wawelem albo przy Kładce Bernatce, ale „swoim” uprzykrza się życie łatwiej niż obcokrajowcom, z którymi nie da się dogadać (nie przez język, tylko plączący się język) w środku nocy.
Służby więc dezerterują. Pan burmistrz w rozmowie z portalem Architektura i Biznes zauważa problem: „Chcemy też zwiększyć obecność służb porządkowych, szczególnie w miejscach aktywnych nocą”. Minęło 1,5 roku od tej wypowiedzi, zmian nie widać.
Z bulwarów pod Wawelem od kilku lat świetnie widać za to 6 brzydkich, szarych bud na rzece robiących za aparthotel. Wspaniałe wnętrza z widokiem na zamek dla turystów. Dla nadwiślańskich spacerowiczów i leżakowiczów pod Halą Forum to już mniej atrakcyjne, ale dla władz to druga kategoria obywateli.
Do niedawna spokojną przystanią z dala od rozimprezowanych turystów najniższej półki był Kazimierz. Trafiali tam z reguły spokojni obcokrajowcy w parach, w ciągu dnia zorganizowane grupy z przewodnikiem.
Od mniej więcej 2 lat to już przeszłość. Na Placu Nowym co weekend wydziera się 20 Anglików z jednym gościem w sukience i peruce (gratuluję pannom młodym).
Skoro obcokrajowcy na wieczorach kawalerskich odkryli Kazimierz, to i pojawia się podaż – dziewczyny od „panowie, może strip club” obstawiły już trzy rogi Placu Nowego, więc nawet idąc niewinnie po zapiekankę, trzeba włączać tryb cierpliwej obrony cywilnej.
Panie Burmistrzu, zapraszam Pana na dwa wieczorne bezalkoholowe piwa – jedno na Rynku, drugie na Kazimierzu. Naprawdę warto czasem wyjść do ludzi.
Miasto nie dla mieszkańców
Nie ma co jednak wieszać psów wyłącznie na biednym nocnym burmistrzu. To tylko symboliczne efekty działań zgranej ekipy radnych, którzy siłą bezwładności chcą dotrwać do końca kadencji i przed następnymi wyborami znowu obiecać gruszki na wierzbie.
I tak w styczniu w kilka nocy tak oblodziło chodniki, że przejście 200 metrów trwało 20 minut. Zdrowy populizm podpowiedziałby bystremu prezydentowi, że skoro aż tak zawalił z zapewnieniem bezpieczeństwa mieszkańcom, to może warto udostępnić komunikację publiczną za friko.
Przejazd nawet jednego przystanku oszczędziłby czas i zdrowie pieszych, a właściwie też kierowców, bo większość ludzi chodziła po prostu po posolonych ulicach, jedynych przyczepnych skrawkach betonu. Nikt na to jednak nie wpadł.
Krakowski samorząd akurat w przypadku komunikacji publicznej podchodzi do polityki budżetowej bardzo odpowiedzialnie, wszak jeżdżą nią mieszkańcy Krakowa, a nie turyści.
Jak mówi dr Karol Wałachowski, „w MPK nadal zarząd jest zbyt rozbudowany i ma rekordowe pensje, nie zmieniły się też złe relacje z pracownikami”, zwijane są planowane inwestycje tramwajowe, a za 60-minutowy bilet od marca zapłacimy 8 zł, najdrożej w Polsce (dwóm osobom bardziej opłaca się już wziąć Bolta).
Po koncertach w Tauron Arenie co kilka tygodni wylewa się kilku-kilkunastotysięczna rzeka ludzi, dla których po 23:00 przewidziano jeden nocny tramwaj za 40 minut. Miasto na paru dodatkowych kursach i zarobiłoby na biletach, i zapewniło normalną podróż do domu. Z jakiegoś powodu woli jednak oddać pole hulajnogom, Uberowi i promowaniu zdrowego trybu życia przez zmuszanie do godzinnego spaceru do domu.
Na horyzoncie brak uregulowania najmu krótkoterminowego, mieszkańcy wypychani są na obrzeża, żeby zrobić miejsce w centrum turystom. Wizja Krakowa jako perełki dla zwiedzajacych, zarysowana i konsekwentnie wdrażana przez Jacka Majchrowskiego, siłą rozpędu ubezwłasnowolniła urzędników, niemających woli podjęcia się trudniejszych działań, przed którymi zaprotestują nasi szacowni landlordzi, święte krowy Krakowa.
Obiecany przez Miszalskiego audyt przeprowadzili urzędnicy, którzy za swoje obszary już wcześniej odpowiadali – z pewnością byli bardzo krytyczni wobec siebie i obiecali poprawę. „Rzetelny audyt zawierałby rekomendacje reform, a te wymagałaby podjęcia konkretnych działań” – kontynuuje Wałachowski.
Z obecnym prezydentem Krakowa wiązały się nadzieje, że skoro jest tak dobrze umocowany w rządzącej państwem Koalicji Obywatelskiej, to łatwiej będzie mu przekonać rząd do inicjatywy ustawodawczej w zakresie wprowadzenia podatku turystycznego (skoro nawet na metro nie udało się na razie zdobyć obietnicy funduszy z budżetu centralnego).
Resortem długo rządził Sławomir Nitras, partyjny ziombel Miszalskiego. Prezydentowi nadal nie udało się w Warszawie nic załatwić dla Krakowa. Na usprawiedliwienie trzeba dodać, że stan umysłu polityków KO jest dużym wyzwaniem do podjęcia rzeczowej dyskusji.
Ireneusz Raś, wiceminister w resorcie sportu i turystyki, stwierdził, że Polska Organizacja Turystyczna powinna zachowywać 20% przychodów z takiej opłaty turystycznej, żeby promować za granicą wizyty w Polsce. Urzędnicze perpetuum mobile – wprowadzamy podatek podnoszący koszty dla turystów, który finansowałby podległą ministerstwu organizację, mającą zachęcać turystów do przyjazdów i ponoszenia wprowadzonego kosztu.
Co będzie dalej? Dyrektorzy miejskich spółek zostaną na swoim, nowi, ambitni aparatczycy dostaną szansę wykazania się w urzędach, a mieszkańcom zostanie slalom między ulotkarzami, śliskie chodniki, bilety po 8 zł, szare budy na Wiśle pod hotelem Forum i „Kraków is so beautiful” od randomowych turystów.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.