InPost: Requiem dla narodowego czempiona czy szachy 5D Rafała Brzoski?
Historia InPostu to nie tylko opowieść o sukcesie wycenianym na 33 miliardy złotych, ale i bolesna lekcja o tym, jak polskie państwo traktuje rodzimy kapitał oraz o tym, że czasem trzeba sprzedać rodowe srebra, by zainwestować w fundamenty nowego domu.
Informacja o przejęciu kontroli nad InPostem przez konsorcjum funduszu Advent i giganta logistycznego FedEx, połączona z planowanym zdjęciem spółki z giełdy w Amsterdamie, wywołała w Polsce falę komentarzy. Od lamentu nad „utratą perły w koronie”, po wzruszenie ramion, bo przecież „kapitał nie ma narodowości”. Prawda, jak to zwykle bywa w gospodarce, leży głębiej.
Jak Polska utrudniała Brzosce życie?
Gdy spojrzymy na historię relacji polskie państwo-InPost, trudno się dziwić, że Rafał Brzoska szukał kapitału za granicą. Przez lata, zamiast wsparcia w budowie narodowego czempiona, firma otrzymywała ciosy od własnej administracji.
Casus przetargu na obsługę korespondencji sądowej z lat 2013–2015 to podręcznikowy przykład „protekcjonizmu wstecznego”. InPost wygrał ten kontrakt, oferując cenę o 80 milionów złotych niższą niż Poczta Polska, co było realną oszczędnością dla budżetu.
Odpowiedzią państwa nie była jednak radość z efektywności, lecz legislacyjna ofensywa w obronie monopolisty. Wprowadzenie w 2015 roku wymogu posiadania placówki podawczej w każdej gminie było de facto regulacją wycelowaną w jeden podmiot. Wymóg ten mogła spełnić wyłącznie Poczta Polska, dysponująca siecią odziedziczoną po PRL.
InPost, budujący model asset-light (lekkich aktywów), został systemowo wykluczony z gry. A to i tak tylko wierzchołek góry lodowej – w praktyce w 2014 r. Brzoska wygrał przetarg na dalszą obsługę listową, jednak Centrum Usług Wspólnych unieważniło go bez podania przyczyny, co później sąd określił mianem działania bezpodstawnego i bezprawnego. Brzoska kontraktu jednak nie odzyskał.
To właśnie wrogość aparatu państwowego, traktującego prywatnego innowatora jak zagrożenie, a nie partnera, doprowadziła do logicznej konsekwencji: ucieczki pod jurysdykcję Luksemburga i w objęcia zagranicznego kapitału.
Polska straciła kontrolę nad InPostem na własne życzenie. Dziś, gdy ubolewamy, że „nasz” paczkomatowy gigant staje się częścią amerykańskiej układanki, warto uderzyć się w piersi. Nie stworzyliśmy ekosystemu, w którym firma o takiej skali mogłaby bezpiecznie rosnąć, będąc finansowaną przez polskie fundusze (np. Polski Fundusz Rozwoju) i chronioną przez stabilną, rodzimą legislację. InPost stał się uchodźcą kapitałowym, bo we własnym domu uznano go za niechcianego lokatora.
Aż ciśnie się na usta porównanie sportowe. Wszak już niebawem na Igrzyskach Olimpijskich pierwszy raz w historii startują polskie bobsleistki. Olimpijki z 40-milionowego kraju, będącego ponoć 20. gospodarką świata, musiały trenować… na Łotwie. Polska do tej pory nie zbudowała bowiem profesjonalnego, sztucznie mrożonego toru bobslejowego.
Polskość w cieniu globalnego kapitału
Mimo że od 2017 roku większościowym udziałowcem InPostu jest fundusz Advent International, wielu z nas wciąż traktuje tę firmę jak dobro narodowe. Paradoksalnie, nie jest to nieuzasadnione, choć struktura właścicielska po ogłoszonej właśnie transakcji (cały proces potrwa jeszcze trochę) nie pozostawia złudzeń.
Nowy układ sił to: Advent International (37%), FedEx (37%), czeska grupa PPF – dotychczasowy największy akcjonariusz (10%) oraz A&R Investments Rafała Brzoski (udział zwiększony z ok. 12,5% do 16%). Formalnie jest to więc spółka prawa luksemburskiego, kontrolowana przez kapitał amerykańsko-czeski.
Gdzie tu polskość? Friedrich List, ojciec chrzestny patriotyzmu gospodarczego, zapewne pokręciłby głową, ale w zglobalizowanym świecie musimy patrzeć na tzw. local content. Serce operacyjne InPostu wciąż bije w Krakowie (nomen omen przy ulicy Pana Tadeusza!) i w Warszawie.
To tutaj zlokalizowane są kluczowe działy B+R, tutaj powstaje kod sterujący tysiącami maszyn, tutaj pracują inżynierowie rozwijający aplikację mobilną, która stała się benchmarkiem dla branży w całej Europie, wyznaczając swoisty „polski model rozwoju”.
Co więcej, InPost pozostaje potężnym płatnikiem do polskiego budżetu. W 2024 roku spółka zapłaciła w Polsce rekordowe 375 milionów złotych podatku CIT, co plasuje ją w ścisłej czołówce płatników, daleko przed wieloma międzynarodowymi korporacjami stosującymi agresywną optymalizację (kurierscy konkurenci wpłacili do budżetu niespełna 90 mln zł… wszyscy razem).
Do tego dochodzi wymiar tożsamościowy – InPost sponsoruje reprezentację Polski w piłce nożnej czy wsparcie lokalnego sportu, jak choćby klubu siatkarskiego InPost ChKS Chełm.
Program „Green City”, realizowany w 60 polskich miastach i będący pewną odpowiedzią na wojenkę z podobnie (nie)polskim Allegro, pokazuje z kolei, że firma, mimo zagranicznego paszportu właścicielskiego, operacyjnie jest głęboko zakorzeniona w polskiej tkance samorządowej. Mamy więc do czynienia z hybrydą: kapitałowo obcą, ale funkcjonalnie i fiskalnie polską.
Zostaniemy podwykonawcą FedEx-u?
Wejście do gry FedEx-u – największej lotniczej firmy transportowej świata – zmienia jednak fundamentalnie postać rzeczy. To już nie jest tylko fundusz private equity, który chce „podtuczyć” spółkę i ją sprzedać (co swoją drogą miało swoje zalety – PE zależało na tym, by InPost błyszczał i świecił własnym światłem). FedEx to inwestor branżowy, drapieżnik o globalnym zasięgu. Posiadanie przez niego 37% udziałów rodzi uzasadnione obawy o przyszłą autonomię InPostu.
Największym zagrożeniem jest sprowadzenie polskiej firmy do roli podwykonawcy „ostatniej mili” (last mile courier). FedEx doskonale radzi sobie z transportem międzykontynentalnym, ale ma problemy z efektywnym doręczaniem paczek pod drzwi klienta indywidualnego w Europie. InPost ma to opanowane do perfekcji. Ryzyko polega na tym, że strategiczne centrum decyzyjne może powoli przesuwać się z Krakowa do Memphis w USA.
Czy grozi nam drenaż mózgów? Jeśli InPost zostanie w pełni zintegrowany ze strukturami FedEx-u, najbardziej innowacyjne procesy i własność intelektualna mogą zostać przetransferowane do centrali.
W takim scenariuszu Polska zostałaby z infrastrukturą – betonem i stalą paczkomatów – ale straciłaby „mózg” operacji. To klasyczna pułapka średniego rozwoju: jesteśmy świetni w montażu i dostarczaniu usług, ale tracimy kontrolę nad rentą technologiczną.
Co najgorsze, możemy tracić kontrolę nad ogromem danych, które jako użytkownicy indywidualni zostawiamy w InPoście. Na razie może brzmi to jak tania teoria spiskowa, ale trudno przemilczeć fakt, że InPost jest perłą e-commerce, wdrażającą wiele rozwiązań AI.
Aż się prosi, by wobec tego rozwinąć współpracę z Amazonem, z którym przecież FedEx w USA dobrze współdziała. Jakaż mocna byłaby to szpilka w skonfliktowane z InPostem Allegro!
Na tem moment jednak Rafał Brzoska zapewnia, że zarząd, strategia rozwoju i podatki pozostają nad Wisłą. Trzeba jednak pamiętać, że w korporacyjnych strukturach autonomia lokalnych oddziałów bywa pojęciem płynnym, zależnym od słupków w Excelu w centrali. Czy centrale pozostaną w Krakowie i Warszawie, czy jednak przesunie się je w kierunku Memphis? Tego nie wiemy, więc możemy tylko spekulować.
Ucieczka do przodu. Dlaczego giełda przeszkadzała?
Z drugiej strony, na ostatnie doniesienia warto spojrzeć chłodnym okiem analityka. Zdjęcie InPostu z giełdy, choć bolesne dla transparentności, ma swoje głębokie uzasadnienie biznesowe. Giełda wymaga kwartalnych wyników, dywidend i stałego wzrostu zysku netto.
Tymczasem InPost, aby wygrać rynek w Wielkiej Brytanii i we Francji, potrzebuje gigantycznych nakładów inwestycyjnych, które mogą obciążać wyniki finansowe przez lata.
Prywatny właściciel – konsorcjum Adventu, FedEx-u i Brzoski – rozumie tę logikę lepiej niż rozgorączkowany parkiet. W obliczu rosnącej presji ze strony Amazona czy chińskich platform e-commerce (Temu, Shein) konsolidacja jest nieunikniona. FedEx wnosi coś, czego Brzoska nie miał: globalną sieć lotniczą i dostęp do rynków pozaeuropejskich.
Sojusz ten może być jedyną szansą, by InPost nie został zmieciony przez jeszcze większych graczy, lecz stał się integralną częścią globalnego łańcucha dostaw. Być może lepiej, że wchodzi w ten alians jako silny partner z unikalną technologią, niż gdyby miał zostać wrogo przejęty za kilka lat jako podmiot tracący oddech w wyścigu szczurów.
Brzoska 2.0: Od paczek do suwerenności
Najciekawszy w tej układance wydaje się jednak sam Rafał Brzoska i jego strategia „exit-to-invest”. Pomińmy na razie fakt, że udział kapitałowy Brzoski się numerycznie zwiększa i nazwijmy ten ruch – nieco na wyrost – sprzedażą. Jak pokazują ostatnie posunięcia biznesowe Brzoski, taka „sprzedaż kontroli” nad InPostem to dla niego nie emerytura, ale uwolnienie potężnych zasobów.
Obserwując portfel inwestycyjny jego funduszu RIO Family Office, widać wyraźną zmianę wektora. Z przedsiębiorcy walczącego o przetrwanie, staje się inwestorem strategicznym budującym polską suwerenność w kluczowych sektorach.
Kapitał wypracowany na paczkomatach nie jest „przejadany”, lecz płynie szerokim strumieniem w branże o najwyższej marży i znaczeniu dla bezpieczeństwa państwa. Spójrzmy na fakty:
- Bezpieczeństwo żywnościowe: Przejęcie i konsolidacja Bakallandu oraz Purelli w grupę FoodWell (gdzie Brzoska z partnerami kontroluje 95% udziałów) to próba stworzenia polskiego odpowiednika Nestlé – silnego gracza na rynku żywności.
- Energetyka i Przemysł: Inwestycja w Rockfin (systemy krytyczne dla energetyki, w tym OZE) to wejście w infrastrukturę krytyczną, niezbędną dla transformacji energetycznej Polski.
- Technologie kosmiczne i AI: Zaangażowanie w ICEYE (satelity SAR) czy strategiczny mecenat nad projektem Bielik AI (polski model językowy) to walka o to, by Polska nie była cyfrową kolonią USA czy Chin, ale posiadała własne narzędzia analityczne.
- Budowa polskiej narracji: Inwestycja w kanał This is IT Macieja Kaweckiego to dowód na to, że Brzoska wierzy w wartość merytorycznej promocji polskiej innowacyjności na świecie, a wsparcie inwestorskie medium biznesowego XYZ domyka tę układankę również w Polsce.
Do tego dochodzi filantropia (Omenaa Foundation & Philanthropy – szkoły w Afryce oraz Rafał Brzoska Foundation – stypendia dla utalentowanych Polaków) oraz wymiar instytucjonalny. Powołanie think tanku The Company, wspólnie z Michałem Sołowowem i Krzysztofem Pawińskim, to sygnał, że polski biznes dojrzał do roli partnera dla rządu.
Postulaty deregulacyjne, walka o reformę składki zdrowotnej czy promowanie rozwiązań ułatwiających sukcesję (by polskie firmy nie musiały być sprzedawane), to działanie par excellence polityczne, w najlepszym tego słowa znaczeniu. Pozostawiając oczywiście chwilowo na boku potencjalną społeczną szkodliwość proponowanych rozwiązań, dość charakterystyczną dla deregulacyjnej fascynacji rządzącej obecnie partii.
Realizm zamiast rozpaczy
Być może strata pełnej kontroli nad InPostem jest ceną, którą musimy zapłacić za powstanie nowej jakości w polskim biznesie. Rafał Brzoska, bogatszy o doświadczenia, kapitał i – co ważne – wpływy polityczne, może teraz skupić się na projektach o wyższej marży i większym znaczeniu strategicznym niż tylko logistyka ostatniej mili.
Jeśli InPost był poligonem, na którym polski kapitał uczył się globalnej gry, to prawdziwa bitwa o podmiotowość polskiej gospodarki dopiero się zaczyna w portfelach takich funduszy jak RIO. Paradoksalnie, dzięki pieniądzom z FedEx-u i Adventu, mamy w tej bitwie silniejsze karty.
Dlatego, choć żal „narodowego czempiona” oddawanego w obce ręce, nie ma co rwać szat. Rynek logistyczny będzie coraz trudniejszy, a marże będą spadać pod presją gigantów. Jeśli polski lider potrafi wyjść z inwestycji w odpowiednim momencie i przekierować środki na budowę suwerenności energetycznej, cyfrowej i żywnościowej – to jest to dowód dojrzałości, a nie porażki.
Pozostaje trzymać kciuki, by tym razem państwo polskie – zamiast rzucać kłody pod nogi – potraktowało te nowe inicjatywy jak rację stanu. Bo kapitał, wbrew neoliberalnym bajkom, ma narodowość. I dobrze, że Rafał Brzoska zdaje się o tym pamiętać, budując system, który ma szansę przetrwać dłużej niż jedna koniunktura giełdowa. Ma szansę stać się prawdziwym Kapitałem Pokoleń.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.