Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Wola prawdy. O praktyce spiskowej na przykładzie rolników

Żyjemy w spisku elit. Nie powinno nas to jednak pchać w wygodną rolę ofiary. Przeciwnie – powinniśmy wziąć współodpowiedzialność za ten stan rzeczy i stworzyć własny kontr-spisek. Jedną z grup, która ma szanse na stworzenie własnego kontr-spisku są rolnicy. Co zrobić, by „oświecony populizm” rolników był skuteczny i nie padł łupem rosyjskich operacji dezinformacyjnych?

Obie strony sporu o dezinformację chybiają celu.

Strona prawicowo-„wolnościowa” nie docenia, w jak wielkim stopniu polska infrastruktura społecznej komunikacji została przejęta przez obce naszym interesom zagraniczne ośrodki. Wystarczy zobaczyć, jak polityczno-biznesowe sympatie właściciela portalu X (dawnej Twitter) do Alternative für Deutschland przekładają się na nadreprezentację w tym ważnym medium anglo- i niemieckojęzycznej narracji o zdobyciu przez Polskę Ziem Odzyskanych jako rzekomej „największej grabieży XX wieku”. Innym przykładem jest promowanie „BioDeutsch” – influencerek typu Naomi Seibt, ubiegającej się o azyl w USA z powodu rzekomych prześladowań i namawiającej swych amerykańskich patronów do wsparcia „reaktywacji Prus”.

Można też sięgnąć bliżej ziemi i spytać polskich społeczników, np. z Fundacji Folkowisko z powiatu lubaczowskiego, organizujących pomoc humanitarną dla Ukrainy, o to, jak duży procent negatywnych komentarzy pod ich wpisami w mediach społecznościowych produkują nie ludzie, a boty bez historii życia, zdjęcia i znajomych.

Strona postępowo-„liberalna” z kolei nie docenia nie tylko zagrożeń wytwarzanych przez proponowaną formę ściślejszej regulacji treści w Internecie z punktu widzenia pryncypiów liberalnej demokracji (kontrola jako narzędzie ograniczania zasięgów politycznej opozycji nieograniczające się do opozycji prorosyjskiej). Nie doszacowuje też wagi kontrargumentów pragmatycznych: kontrskuteczności operacji „moderacji treści” budzącej staropolskiego ducha przekory.

W końcu, mozolne prostowanie dezinformacji, przywoływanie liczb i faktów – choć oczywiście konieczne – może nie poradzić chytrośc algorytmów, które z prostowania dezinformacji robią trampolinę dla zwielokrotniania zasięgów dezinformacji.

W skrócie: strona liberalno-lewicowa zapewnia Braunowi i Rodakom Kamratom aurę rzekomych męczenników z pomocą mało uciążliwych procesów sądowych zmieniających salę oskarżonych w trybunę. A dumni ze swojej przewagi nad tradycyjną medialną konkurencją dziennikarze Kanału Zero dodają do tej trybuny pudło rezonansowe zasięgów i próbując nieudolnie fact-checkować opowieści zawodowych performerów i aktorów, jak wywodzący się z Pomarańczowej Alternatywy Grzegorz Braun czy zawodowy aktor „Jaszczur” Olszański, ostatecznie zostają przez działających poza zasadą rzeczywistości Flipa i Flapa polityki rozegrani jak dzieci, jak słusznie pisał niedawno na łamach „Gazety Polskiej” Wojciech Mucha.

Wniosek? Nie ma może wielkiego sensu zwalczanie „teorii spiskowych” sugerujących, że światowe elity chcą zniszczyć warunki dobrego życia zwykłych ludzi.

Przede wszystkim dlatego, że ta „teoria” to w dużym stopniu prawda. Teoria spiskowa, wedle której nie tylko przedstawiciele elit: Bill Gates, Bill Clinton czy Donald Jr. Trump, ale także ich kontrelitarni krytycy: strateg pierwszej kampanii Trumpa i przywódca radykalnie antyestablishmentowego skrzydła ruchu MAGA, Steve Bannon (po prawej), czy dyżurny krytyk amerykańskiego imperializmu, Noam Chomsky (po lewej), mieli mieć związki z Jeffreyem Epsteinem, pedofilskim sutenerem i właścicielem prywatnej wyspy, na której znani i wpływowi realizowali swoje perwersje – brzmi właśnie jak teoria spiskowa ze słabego filmu na Youtubie. Jak się zdaje, ta teoria okazuje się w dużym stopniu bliska prawdy.

Proste zwalczanie „teorii spiskowych” może nie wystarczyć. Potrzebujemy czegoś zupełnie innego: praktyki spiskowej zwykłych ludzi broniących warunków dobrego życia dla siebie i swoich dzieci.

„The Wire”, czyli jak budować oddolny kontrspisek przeciwko spiskowi elit

W serialu „The Wire” – dziele, które niczym powieści wielkiego realizmu stawia przed oczami nie tyle lustro przechadzające się po drodze, co lustro rozbite, mozolnie składane z  tysięcy kawałków; w dziele, które daje doświadczenie przyjemności i trudu rozumienia rzeczywistości społecznej w odbiciu i zagadce – najważniejszym artefaktem jest mapa.

To korkowa tablica (tzw. crime board), na której zespół detektywów przypina kolejne zdjęcia i nazwiska. Łączy kropki. Linie prowadzą od handlarzy narkotyków do policji. Od policji do ratusza. Od ratusza do związków zawodowych i systemu edukacji. Mapowanie łączy procesy i struktury.

Model rodziny czarnych mieszkańców miasta z nieobecnym (bo odsiadującym wyrok) ojcem. Policję, która musi przede wszystkim wyrobić statystyki i wsadzić do więzienia odpowiednią liczbę ludzi. Mafię, która oferuje szybszą i realniejszą ścieżkę kariery niż szkoła. Doki i port, które kiedyś dawały dobrą, uzwiązkowioną pracę, budującą wokół siebie silną społeczność, a które w czasach opowiadanych w serialu upadają, nie wytrzymując konkurencji z globalizacją i nową technologią kontenerową.

Ale mapa rysowana stopniowo łączy nie tylko abstrakcyjne struktury i procesy. Ekipa detektywów nadeptuje na konkretne interesy, pod którymi kryją się konkretne nazwiska: ludzie zarabiający na takim funkcjonowaniu systemu.

Jednocześnie, choć żaden z sezonów serialu nie kończy się happy endem (wręcz przeciwnie), to „The Wire” jest czymś zupełnie innym niż polskie „kino społeczne” w typie Smarzowskiego, zamykające z sadystyczną przyjemnością grupy w więzieniu-statusie ofiary (lub kata).

To, co wywiązuje się przy korkowej tablicy, na której wyłania się mapa„teorii spiskowej” – powiązań miejscowych elit biznesowych, politycznych i mafijnych, nierozwiązywalnego splotu społecznych sił strukturalnych i osobistych korzyści – to coś więcej i coś innego.

Z grupy ludzi, odrzutów systemu i przegrywów zepchniętych do przydzielonej im przez zwierzchników piwnicy, sterczących po nocach nad mapą-tablicą, krystalizuje się powoli kontrspisek. Każdy i każda z nich odkrywa w sobie, dzięki innym, pracując wspólnie nad rozwiązaniem zagadki, zdolności (manualne i inżynieryjne, planistyczne i logistyczne, polityczne i medialne), których system nie wykorzystywał, albo które karał.

Wspólna praca „kontrspisku zwykłych ludzi” nie wyczerpuje się w wykryciu systemowych patologii. Wytwarza własne rozwiązania: działające, nawet jeśli nietrwale: „eksperymenty z komputerami Pryzbylewskiego i odrzucenie przez niego systemu ewaluacji za pomocą egzaminów, narzuconego przez państwo i federalne instytucje polityczne” czy stworzone przez innego policjanta „tajne źródło funduszy dla prawdziwych, ważkich operacji policji realizowanych poza strukturą biurokratyczną i jej budżetem” – jak pisał w nieprześcignionej analizie „The Wire” zmarły niedawno Frederic Jameson.

Ktoś, kto chciałby we współczesnej historii Polski znaleźć jeden obraz takiej „mapy poznawczej”, która wytworzyła realne rozwiązanie, mógłby przywołać stworzoną przez ekipę Miasto Jest Nasze „mapę warszawskiej reprywatyzacji”. Przedstawia ona w wizualnym skrócie powiązania elit politycznych, biznesowych i prawniczych stolicy Polski z mafią reprywatyzacyjną oraz cypryjskim lub rosyjskim kapitałem.

Mapa ta nie tylko przyporządkowywała do abstrakcyjnych procesów i sił strukturalnych konkretne imiona i nazwiska osób, które miały na nich zarabiać (za co jej współautor, Jan Śpiewak, zapłacił ostatecznie wygranym procesem). Stała się też narzędziem mobilizacji prowadzącej do zmian prawnych.

Prezydent Andrzej Duda ostatecznie podpisał ustawę kończącą dziką reprywatyzację. Proces, który kosztował warszawskich podatników grube pieniądze, wielu mieszkańców utratę dachu nad głową, a w przypadku działaczki lokatorskiej, Jolanty Brzeskiej, jak wszystko na to wskazuje, jej życie.

Mapa reprywatyzacji jest przykładem „oświeconego populizmu”. Jest efektem nie tylko wybuchu gniewu, ale też metodycznej współpracy ludzi z różnych środowisk: od warszawskich lokatorek-emerytek, przez anarchistów ze skłotu Syrena, po potomków inteligenckich, warszawskich rodów po prestiżowych liceach.

Celem i pragnieniem zdrowego, oświeconego populizmu, jak pisze geograf i badacz ruchu Żółtych Kamizelek Christophe Guilluy, nie musi być koniecznie odrzucenie wszelkich elit (jako że każdy ruch jakieś elity wyłania lub przyciąga dezerterów z elit dotychczasowych), ale raczej ustanowienie elit biorących większą odpowiedzialność za rzeczpospolitą.

Kontrspisek rolników

Innym – obok działaczy lokatorskich i ruchów miejskich – środowiskiem, które ma potencjał wytworzenia własnej, skutecznej, oddolnej „praktyki spiskowej”, są polscy rolnicy. Warto spojrzeć na rolniczą samoorganizację całościowo: jako na zagrożenie i szansę jednocześnie.

Po pierwsze – jako ryzyko: protesty i ruchy rolnicze są obiektem rosyjskich operacji dezinformacyjnych. Można przypomnieć nie tylko anegdotyczny ciągnik z rolniczej demonstracji z flagą ZSRR i hasłem: „Putin zrób porządek z Ukrainą, Brukselą i naszymi rządzącymi” czy możliwe związki gospodarczo-rodzinne rzeczników przemysłu futrzarskiego z Kaliningradem, ale także raport NATO na temat inspirowanej i finansowanej przez Federację Rosyjską dezinformacji klimatycznej

Z drugiej strony można rolnicze protesty i próby samoorganizacji widzieć jako szansę. Odpowiednio prowadzone przez swoich liderów ruchy rolnicze mogą stać się przykładem tego, co nazywam pozytywną „praktyką spiskową” zwykłych ludzi.

Rolnicy są grupą posiadającą trwalsze i silniejsze tradycje protestu niż większość grup zawodowych (z wyłączeniem pracowników sektora górniczego i, do niedawna, nauczycieli). Jednocześnie rolnikom, poczynając od protestów przeciw ówczesnej formie Europejskiego Zielonego Ładu – inaczej niż górnikom czy nauczycielom – udało się zmienić społeczną percepcję i zyskać dla swoich postulatów sympatię nie tylko mieszkańców wsi, ale również wielu nieźle zarabiających i głosujących na liberałów mieszkańców metropolii.

Zmianę w stosunku do lat 90. i wczesnych lat 2000. i sukces rolniczej komunikacji widać nie tylko w społecznym odbiorze protestów przeciw pierwszej wersji Europejskiego Zielonego Ładu, ale także w odbiorze niedawnej umowy o wolnym handlu między UE a Mercosur. W czasach geopolitycznych zawirowań, wojen handlowych i lęków przed utratą ciężko wypracowanego, ekonomicznego statusu rolniczy przekaz o bezpieczeństwie żywnościowym i protekcjonizmie rezonuje także w miastach.

Gdy przyjrzymy się postulatom protestów rolniczych – nie tylko transparentom, ale także wypowiedziom rolniczych liderów, zwłaszcza tych młodszego pokolenia – zobaczymy powracające wątki. Spróbujmy szkicowo narysować mapę interesów i układów, a także kontrmapę rozwiązań, która wyłania się z tych wypowiedzi. Oddajmy głos jednemu z liderów Stowarzyszenia PTR, zastępcy przewodniczącego Rady ds. Młodych Rolników przy Krajowej Radzie Izb Rolniczych Emilowi Mieczajowi rozmawiającemu z TV Zachód Szczecinek podczas niedawnego protestu:

„– Problem dotyczy umów podpisywanych przez UE z krajami Mercosur i Ukrainą. Nas obciąża się wymaganiami dobrostanowymi, a jednocześnie będzie przyjeżdżała do Europy żywność tańsza, która tych wymogów nie spełnia. Jednocześnie będzie negocjowany budżet europejski, w tym nowa Wspólna Polityka Rolna, w której jest wiele wymogów, ale nie ma na nie pieniędzy. A bez dopłat nie będzie Zielonego Ładu. Bez dopłat nie będzie walki o klimat. Bez dopłat nie będzie polskiego rolnictwa. My jako powiat jesteśmy już w 70% gospodarstwami ekologicznymi, jesteśmy w Zielonym Ładzie. No i patrząc po naszych kieszeniach – nie opłaca się.

– Czyli nic się nie opłaca? – dopytuje dziennikarz lokalnej telewizji. – To dlaczego jest tak, że wam mało płacą, a w sklepach chcą od nas dużo?

– Tutaj dużo możemy i musimy zrobić, żebyśmy mieli większy wpływ na rynek – czyli zacząć przetwarzać tę żywność. Ale rynkami włada wielki kapitał. A za chwilę będzie władał też ziemią. Umowa z Mercosur czy Ukrainą nie jest umową między ukraińskimi czy południowoamerykańskimi rolnikami a Unią Europejską, tylko między wielkimi korporacjami. I one na tym zbijają kapitał.

Przeciętnego zjadacza chleba niewiele obchodzą te wszystkie korporacyjne historie – ciągnie dalej dziennikarz. – Jego obchodzi cena, którą musi zapłacić w sklepie.

– Panie redaktorze – odpowiada Mieczaj – na samozbiorach [czyli w modelu sprzedaży bezpośredniej, w którym rolnicy i sadownicy zapraszają klientów na swoje pola, aby sami zbierali owoce i warzywa, za które płacą po zebraniu, często znacząco taniej niż w sklepie – przypis M.P.] papryka kosztuje 2 zł – kontra 12 złotych w sklepie. Razem, rolnicy i konsumenci, jesteśmy… tu użyłbym niecenzuralnego słowa… przez wielkie korporacje. Bez lokalnego rolnika nie będzie bezpieczeństwa żywnościowego kraju”.

Trójkąt: zmiana klimatu – wolny handel – oligopol. Czy Polska ziemia zostanie wykupiona?

„Mapowanie poznawcze” rolniczych liderów zakreśla trójkąt, wewnątrz którego znajdują się rolnicy. W jednym rogu trójkąta są europejskie polityki przeciwdziałające uderzającym w długofalową stabilność produkcji skutkom zmian klimatu i utraty bioróżnorodności; polityki wymagające od rolników wyższych standardów produkcji.

W drugim rogu polityka wolnohandlowa: presja tańszej żywności produkowanej w modelu latyfundialnym poza UE, w Ameryce Południowej czy na Ukrainie. W trzecim w końcu, presja oligopolu, kapitału skoncentrowanego w handlu i przetwórstwie na rynku krajowym, oraz pośredników,„zjadających” marże, a w rezultacie ograniczających pole manewru rolników.

Jeśli idzie o pierwszy wierzchołek trójkąta – polityki klimatyczne – to choć konieczność dostosowania do wyższych niż poza UE norm środowiskowych jest dla polskich rolników realnym wysiłkiem, to jednocześnie nastąpiło częściowe przesunięcie od zakazów do wzmocnień pozytywnych. Polscy rolnicy coraz lepiej odnajdują się w politykach klimatycznych działających raczej z pomocą „marchewek” niż „kijów”. Stąd rosnąca popularność „ekoschematów”, które zapewniają dodatkowe finansowanie za wdrażanie przez rolników metod produkcji chroniących klimat, bioróżnorodność i podnoszących ekologiczny standard żywności.

Jednocześnie na rolnikach zaczęły zaciskać się kleszcze dwóch pozostałych rogów trójkąta. Otwieranie unijnego rynku na towary spoza UE, produkowane po zupełnie innych kosztach, grozi wypchnięciem naszego eksportu, m.in. drobiu czy wołowiny, z najbardziej marżowych zachodnioeuropejskich rynków. I to w sytuacji, gdy pod presją konkurencji – z tanim zbożem z Ukrainy na czele – powinniśmy przesuwać się właśnie w stronę bardziej marżowej produkcji zwierzęcej.

Dzieje się to przy jednoczesnych zapowiedziach okrojenia Wspólnej Polityki Rolnej z 387 do 300 mld euro w nowym wieloletnim budżecie UE. Zapowiedź likwidacji osobnego II filaru Wspólnej Polityki Rolnej przeznaczonego na rozwój obszarów wiejskich może dla nie-rolników brzmieć jak mało ważne technikalia.

W rzeczywistości mamy do czynienia z wymuszaną przez rosnącą konkurencję z innymi blokami militarnymi i geoekonomicznymi głęboką strukturalną przebudową architektury finansowej UE. Ciężar przesuwa się od Wspólnej Polityki Rolnej i Funduszy Spójności – pieniędzy płynących przede wszystkim do unijnych peryferii i wyrównujących regionalne nierówności – w stronę nowego Funduszu Konkurencyjności, który, choć konieczny dla utrzymania UE w przemysłowej globalnej konkurencji, bez regionalizacji części środków grozi uruchomieniem zasady św. Mateusza: „Kto ma mało, temu będzie odebrane – a kto ma wiele, temu będzie dodane”.

Jeśli większość środków z Funduszu Konkurencyjności trafi dziś do największych i najbardziej innowacyjnych firm z przemysłowego rdzenia północnej Europy, zamiast pomagać również środkoweuropejskim start-upom czy firmom średnim urosnąć – to Unia zatrzeszczy w szwach. Pogłębią się nierówności regionalne, napędzające nastroje antyeuropejskie.

Presja oligopolu i wolnego handlu uderzy zwłaszcza w średnich rolników. Takich, którzy postawili wszystko na jedną kartę, decydując się na utrzymywanie siebie i swoich rodzin z produkcji rolnej i biorąc kredyty na powiększanie areałów lub unowocześnienie produkcji. Jeśli oni będą tracić swoją ziemię na rzecz banków, dojdzie do głębokiej zmiany w modelu władania ziemią w Polsce. Modelu wykształconym, a raczej wywalczonym w ciągu ostatnich 170 lat przez ruchy chłopskie i radykalną, patriotyczną inteligencję. Ryzykujemy, że zmieni się to kto posiada Polskę.

Obecnie większość ziemi w Polsce posiadają nie korporacje czy wielcy latyfundyści, lecz gospodarstwa rodzinne. Inaczej niż w sąsiadującej z nami Ukrainie, gdzie, niczym w Sejmie I RP, duża część członków parlamentu posiada w tej lub w innej formie znaczną własność ziemską. I inaczej niż w krajach Mercosur, gdzie, jak np. w brazylijskim kongresie, wskazać można wpływową „ławkę mięsną” zrzeszającą agrooligarchów, z której to ławki na fotel prezydenta republiki (a potem do więzienia) trafił „brazylijski Trump”, Jair Bolsonaro.

Walka o polski model władania ziemią (1863-2015)

Struktury rolnej opartej nie na władzy latyfundystów czy korporacji, ale na gospodarstwach rodzinnych nie dostaliśmy za darmo. Ścieżkę zdobycia przez chłopów ziemi na własność i model władania nią na ziemiach zaboru rosyjskiego – model inny niż w Cesarstwie Rosyjskim – zakreśliła rywalizacja o poparcie chłopstwa między caratem a niepodległościowo nastawioną, dawną drobną szlachtą, przekształcającą się w inteligencję.

To właśnie wtedy, w styczniu 1863 roku, złamany został kręgosłup modelu latyfundialnego, podtrzymywanego darmową lub półdarmową pracą. To właśnie wtedy na ziemiach polskich dopełniła się antyfeudalna Rewolucja Francuska: „największa zmiana w posiadaniu ziemi od czasów wędrówki ludów” – jak pisał Jasienica w „Dwóch drogach”, książce, która pod przykryciem awanturniczej opowieści płaszcza i szabli jest jednym z najciekawszych traktatów o ekonomicznych warunkach opartego na samodzielnym, chłopskim władaniu ziemią nowoczesnego europejskiego republikanizmu:

„W styczniu 1863 roku chłop, główna figura polskiego stanu trzeciego, nareszcie przestał być niczym. Dekret powstańczego rządu ustabilizował go jako samodzielnego właściciela, pana na zagrodzie. Z tą chwilą byt narodu stanął na trwałym fundamencie. Z ogromnym opóźnieniem zaszło u nas zjawisko w swej najistotniejszej treści zbliżone do tego, co stało się we Francji po zniesieniu praw feudalnych w roku 1789, a krańcowo różne od dobrodziejstw cara Aleksandra, który siłą zatrzymał rosyjskiego wieśniaka w niewoli «miru»”.

Miru, czyli systemu władania ziemią, który w długim trwaniu płynnie przeszedł przez rewolucję, wstrząsy, wyłaniając się ponownie jako sowchoz i kołchoz.

Uwolnienie potencjału przemysłowego Kongresówki było konsekwencją styczniowego powstania, będącego jednocześnie w swych zamierzeniach i efektach głęboką społeczną reformą-rewolucją. Powstanie przełamało siłę ciążenia najbardziej zacofanej rentierskiej, ziemiańskiej oligarchii, choć krystalizacja nowego modelu nie była ani szybka, ani automatyczna. Wyłanianiał się on raczej w kolejnych cyklach walk społecznych, oddolnej samoorganizacji wsi i rywalizacji konkurencyjnych frakcji elit o władzę.

Gdy w 1944 roku komuniści z PPR, mający objąć rządy nad Polską z nadania Moskwy, chcieli zdobyć poparcie, a przynajmniej neutralność polskiej wsi, w starciu z silnym i realnie zakorzenionym na wsi niezależnym Polskim Stronnictwem Ludowym pod wodzą Mikołajczyka, musieli złożyć propozycję odpowiadającą temu wyłaniającemu się, opartemu o władanie ziemią przez chłopską rodzinę, modelowi.

PPR znajdował się w sytuacji analogicznej do caratu w czasach powstania styczniowego, walczącego o rząd chłopskich dusz z radykalnymi, niepodległościowymi inteligentami („czerwonymi”), polskimi abolicjonistami pańszczyzny, których manifest obiecywał chłopom nie tylko osobistą wolność od pańszczyzny, ale i ziemię na własność. Dlatego Manifest PKWN i dekret o reformie rolnej z 1944 nie zapowiadały kolektywizacji wzorowanej na postcarskim modelu sowieckim, ale poszerzenie własności chłopskiej o ziemię, którą w II RP zachowało w rękach ziemiaństwo.

Nie jest przypadkiem, że obok buntów robotniczych tworzących modele oddolnego zarządzania zakładami przemysłowymi w miastach najważniejszym elementem polskiej, antystalinowskiej odwilży 1956 roku było spontaniczne rozwiązywanie przez wieś narzuconych i kopiowanych z ZSRR skolektywizowanych i scentralizowanych modeli produkcji rolnej.

Czesław Miłosz w „Zniewolonym umyśle” w tym skutecznym oporze wobec próby zapędzenia polskich chłopów do kołchozów widział ciągłość z głęboką mocą formującą naszą historię po powstaniu-rewolucji roku 1863. Dziadkowie pamiętali jeszcze zrywanie się do pracy na głos gongu ekonoma. Ich wnuki w 1956 nie chciały pracować na czynowników w nowym, pomalowanym z wierzchu na czerwono folwarku, pod zarządem kierownika PGR.

W 1981 roku cykl społecznego protestu i gospodarczej samoorganizacji, który w mieście kulminował w biorących odpowiedzialność za współzarządzanie przedsiębiorstwami Międzyzakładowych Komitetach Strajkowych „Solidarność” – na wsi doprowadził do zwycięstwa niezależnego ruchu chłopskiego, przypieczętowanego porozumieniami ustrzycko-rzeszowskimi.

Pozostające pod kontrolą Moskwy komunistyczne państwo musiało pójść na ustępstwo i przyznać, że podstawą ustroju rolnego Rzeczpospolitej jest gospodarstwo rodzinne. Zapis z ducha porozumień ustrzycko-rzeszowskich trafił w końcu do obowiązującej dziś Konstytucji RP.

Przywiązania rolników do ziemi nie zdołał złamać stalinizm z przymusową kolektywizacją. Nie zdołał Balcerowicz, mimo że doprowadził do gwałtownego i, jak wskazują dostępne dokumenty, celowego spadku dochodów rolników – w rok o 60% – co jest, jak zauważył prof. Tadeusz Kowalik, w książce “www.PolskaTransformacja.pl” w normalnych warunkach rzeczą trudną do osiągnięcia bez wojny. Jednocześnie po upadku realnego socjalizmu postępował proces akumulacji ziemi w rękach zagranicznego kapitału oraz wyłaniającej się grupy politycznie umocowanych wannabe-oligarchów.

Jak wskazuje raport NIK „Obrót nieruchomościami rolnymi” z 2019 roku, między 1992 a 2018 ceny ziemi znajdującej się w zarządzie Skarbu Państwa wzrosły 50-krotnie. Niekontrolowany wzrost cen groził sytuacją, w której zakup czy dzierżawa ziemi znalazłyby się trwale poza zasięgiem gospodarstw rodzinnych, które chciałyby powiększać swój areał.

Ziemię rolną skupiliby w swoich rękach przede wszystkim miejscowi agrooligarchowie lub zagraniczny kapitał, który w dużym stopniu opanował handel i przetwórstwo. Stworzyłoby to sytuację analogiczną do tej, która wytworzyła się w miastach na rynku mieszkaniowym.

Tam skup zasobu mieszkaniowego, traktowanego nie jako środek zaspokojenia własnych potrzeb mieszkaniowych, ale jako źródło rentierskiego „dochodu pasywnego” wypchnął mieszkania z zasięgu zwykłych Polaków, którzy chcieliby w nich po prostu mieszkać. Wymusił w ten sposób na klasie średniej i niższej systematyczne oddawanie w formie rat kredytów lub czynszów znacznej części swojego dochodu rentierom i układowi bankowo-deweloperskiemu.

Jako że ziemi nie da się po prostu „wyprodukować”, niemożliwa była obniżająca ceny interwencja od strony podaży (możliwa na rynku mieszkaniowym poprzez budowę tańszych mieszkań przez samorząd czy państwo).

Wyrosła z protestów, przede wszystkim najbardziej narażonych na nacisk kapitału niemieckiego i duńskiego zachodniopomorskich środowisk rolniczych, współprojektowana przez późniejszego komisarza UE ds. rolnictwa Janusza Wojciechowskiego i przyjęta przez rząd Zjednoczonej Prawicy tzw.„mała reforma rolna” z 2015 roku zahamowała wzrost cen ziemi poprzez ograniczenie dostępu dla niej dla nie-rolników. Ceny ziemi znajdującej się w zarządzie Skarbu Państwa spadły w 2018 roku w porównaniu z rokiem 2016 o 15%.

Rolnicy są mniej chętni do Polexitu niż mieszkańcy metropolii

Polski model władania ziemią wywalczony w długim cyklu samoorganizacji i protestów przeciw koncentracji ziemi w rękach oligarchii – niezależnie od tego, czy była to oligarchia ziemiańska, komunistyczna czy postbalcerowiczowska – wykazał się zdumiewająca odpornością. Ma on poważne zalety nie tylko z punktu widzenia samych rolników, ale także z punktu widzenia interesów mieszkańców miast.

Po pierwsze, jak wskazują dane, zapewnia Polsce wysoki poziom bezpieczeństwa żywnościowego. Po drugie – wbrew rozpowszechnianym mitom – zapewnia wysoką produktywność: ukraińskie gospodarstwa, w większości wielkoobszarowe, mimo żyźniejszych ziem mają niższe plony z hektara niż gospodarstwa polskie.

Po trzecie wzmacnia spójność społeczną i stabilność polityczną Polski w trudnych geopolitycznie czasach. Rolnicy i mieszkańcy wsi – znów dla wielu kontrintuicyjnie – są wyraźnie mniej chętni do Polexitu niż mieszkańcy średnich miast i metropolii.

Zabezpieczenie stabilnego statusu ekonomicznego rolników, którzy dzięki wyższemu poziomowi politycznej samoorganizacji i skuteczności narracyjnej są liderami opinii „Polski powiatowej”, to kwestia utrzymania proeuropejskiej kotwicy. Kotwicy utrudniającej siłom opłacanym lub motywowanym z Moskwy rozbujanie antyzachodnich nastrojów i ekonomiczne osłabienie Polski przez odcięcie naszych przedsiębiorstw i gospodarstw od marżowego unijnego jednolitego wspólnego rynku.

Czy to znaczy, że korzyści te są trwale zabezpieczone, a rolnicy mogą poklepać się po plecach i rozejść? Byłby to zbyt optymistyczny wniosek.

Gniew rolników wymaga ukierunkowania

 To, co jest siłą polskiego modelu władania ziemią – oparcie go na indywidualnych gospodarstwach rodzinnych – jest równocześnie jego słabością.

W konfrontacji ze skoncentrowanym, oligopolistycznym kapitałem w handlu i przetwórstwie rozproszeni i niezorganizowani rolnicy nie mają pozycji negocjacyjnej. Ponadto wspomniana „mała reforma rolna” z 2015 chroni ziemię rolną przed przejęciem przed zagraniczny kapitał tylko częściowo.

Najbardziej zagrożeni utratą gospodarstw są właśnie rolnicy „towarowi”, którzy chcąc rozwijać produkcję zaciągnęli pod swoją ziemię kredyty na zakup nowych maszyn czy powiększenie areału. I zgodnie z prawem mogą utracić ją na rzecz banku w przypadku niewypłacalności.

Możliwe przejęcie tego wysoce produktywnego sektora polskiego rolnictwa przez podmioty zagraniczne sprawia, że pytanie, czy priorytetem będzie dla tych podmiotów zapewnienie taniej żywności w sytuacji realnego kryzysu akurat mieszkańcom Polski, czy raczej sprzedanie jej temu, kto zapłaci więcej – nie jest zupełnie bezzasadne.

Obecne formy rolniczej mobilizacji, przede wszystkim protesty, choć nie całkiem nieskuteczne, mogą nie wystarczyć. Jak pisze Sebastian Sahajdak, jeden z najciekawszych „intelektualistów organicznych” współczesnego ruchu ludowego:

„W «Chłopach» Reymonta nie ma bohaterów i nie ma winnych. Jest gromada. Gdy czuje zagrożenie, zamyka się, twardnieje i uderza. Nie z nienawiści, lecz z instynktu przetrwania. Dokładnie ten sam mechanizm widzimy dziś w protestach rolniczych. To nie bunt jednostek. To reakcja wspólnoty, która wie, że jeśli teraz nie podniesie głosu – zniknie.

Rolnicy nie protestują dlatego, że «ktoś ich podjudza». Protestują, bo wspólnota wiejska została wepchnięta w stan zagrożenia egzystencjalnego. Spadają dochody, znika kontrola nad rynkiem, ziemia przestaje być gwarancją przyszłości, a praca – źródłem godności. W takiej sytuacji jednostka przestaje mieć znaczenie. Liczy się tylko to, czy gromada przetrwa.

Reymont opisał to bez złudzeń. Gdy wieś czuje się zagrożona, moralność ustępuje miejsca logice zbiorowej. Nie liczy się racja, tylko spójność. Kto ją narusza – zostaje wypchnięty. Kto ją wzmacnia – zostaje liderem.

W «Chłopach» oblężenie ratuje gromadę tu i teraz. Ale nie daje przyszłości. Jeśli liderzy rolniczy tego nie zrozumieją, staną się tylko kolejnymi woźnicami gniewu, którzy dowiozą tłum pod mury – i zostawią go tam bez planu na jutro”.

Szkic rolniczego oświeconego populizmu

 Wróćmy do miejsca, gdzie zawiązuje się działający kontrspisek, „praktyka spiskowa” zwykłych ludzi. Najciekawsi młodzi liderzy rolniczy w dużym stopniu wykonali już pracę narysowania „mapy poznawczej”, tablicy detektywistycznej, na której widać wyraźnie układ naciskających na nich interesów.

Niektórzy z nich rozumieją też, że same protesty – i poleganie na „outsourcowaniu” swoich postulatów zawsze skłonnym do prawienia rolnikom pochlebstw i składania wyrazów współczucia politykom – nie wystarczą. Wielu liderów rolniczych młodszego pokolenia zdaje sobie sprawę, że kontrspisek musi dopracować się własnych, konstruktywnych rozwiązań.

Pierwszym rozwiązaniem, na które wskazują, jest realna samoorganizacja ekonomiczna rolników. W spółdzielniach i grupach producenckich, tak by wzmocnić własną pozycję negocjacyjną w konfrontacji z oligopolem w przetwórstwie i handlu. Również Ministerstwo Rolnictwa, zwłaszcza nowa wiceminister, Małgorzata Gromadzka, zdaje się wykazywać nie tylko zrozumienie, ale i inicjatywę we wsparciu ekosystemu prawno-ekonomicznego, który silniej stymulowałby rozwój spółdzielczości na wsi.

Jednak apele o rozwój spółdzielczości jako odpowiedź na koncentrację kapitału słychać nie od dziś. Nie zmieniają one zasadniczego układu sił. Stąd wielu ekspertów stawia pytanie o konieczną interwencję państwa w celu przywrócenia rynkowej równowagi między producentami żywności a oligopolem, który opanował przetwórstwo i handel.

Jako jedno z narzędzi zmniejszenia dysproporcji sił postulują np. wykup przez państwo jednej z dużych, zagranicznych sieci handlowych. Tak, by zagwarantować spółdzielniom rolniczym czy grupom producenckim trwały popyt na ich produkty. Krytycy takiego rozwiązania, których nie brakuje wśród rolników, często podnoszą wątpliwości, czy taki państwowy holding nie stałby się siecią nieefektywnych synekur z partyjnego nadania.

To, czy ograniczać to ryzyko mogłoby „uspółdzielczenie”, tj. stopniowe przekazywanie udziałów w takim holdingu rolniczym grupom producenckim i spółdzielniom – to jedno z pytań, które powinniśmy zadać, jeśli chcemy przenieść dyskusję o spółdzielczości rolniczej z poziomu ogólnie słusznego, na którym panuje coraz większa zgoda, na poziom szczegółu, w którym tkwi niejeden diabeł.

Drugim rozwiązaniem pojawiającym się coraz częściej wśród liderów rolniczego „kontrspisku” jest samoedukacja obywatelska rolników. Chodzi o taką edukację, która nie redukuje się do wiedzy technicznej (oczywiście niezbędnej także ze względu na zmiany w warunkach produkcji wymuszane przez zmianę klimatu i rozwój technologii). O edukację, która – inaczej niż w dominującym wciąż paradygmacie „walki z dezinformacją” – nie jest po prostu pouczaniem z góry „ludu” przez „elity” o konieczności obrony demokracji czy walki z wpływami rosyjskimi.

Takie rolnicze samokształcenie byłoby edukacją „obywatelską” czy „rzeczniczą”, w ramach której rolnicy sami uczą się mapowania swojej pozycji na rynku wobec skoncentrowanego kapitału i innych wyzwań, z którymi się mierzą. Samokształceniem, które wychodząc z bańki uczy rolników umiejętności budowania koalicji z innymi grupami. W końcu byłoby modelem edukacji interaktywnej, który może być skalowany i wpięty do istniejącego systemu rolniczego samorządu i szkolnictwa.

To, że trwała ekonomiczna samoorganizacja w formie spółdzielczości musi wspierać się o obywatelskie samowychowanie i samokształcenie, rozumieli nie tylko wiejscy spółdzielcy polscy z czasów przedwojennych i wojennych, ryzykujący masowo życiem udział w kursach spółdzielczości organizowanych przez Bataliony Chłopskie podczas okupacji. Rozumieli to także mierzący się z nowoczesnym oligopolem twórcy amerykańskiej Partii Populistycznej, reprezentującej sojusz systemowo zadłużonych farmerów z dążącą do reform inteligencją.

Jak pisał  w pracy „Political Education in the Southern Farmers’ Alliance, 1987-1900” historyk amerykańskiego populizmu czasów „Wieku Pozłacanego”, wieku przypominającego koncentracją władzy i pieniędzy w monopolach nasze czasy, Theodore R. Mitchell:

„Ograniczając edukację mas do szkolenia technicznego, elity zachowały polityczną wiedzę, a więc i polityczną władzę, dla siebie. Wprowadzenie szkoleń rolniczych w wyłącznie technicznym sensie było zdaniem członków Sojuszu Farmerskiego [organizacji rolniczej, z której wyłoniła się Partia Populistyczna] pierwszym krokiem ku wytworzeniu hierarchii rodzajów wiedzy, a co za tym idzie, segregacji w dostępie do różnych rodzajów wiedzy w oparciu o podział klasowy”.

Bez własnego systemu politycznego samokształcenia nowy polski rolniczy populizm zmniejsza swoje szanse na ewolucję w stronę skutecznego „populizmu oświeconego”. A co za tym idzie na znalezienie działających i wygrywających rozwiązań.

Rolnicy muszą odrzucić rolę ofiary i wziąć (współ)odpowiedzialność

Jedną z chorób zawodowych grup społecznych ćwiczących się w teoriach spiskowych jest kompleks ofiary – czyli przekonanie, że jesteśmy biernymi – i absolutnie niewinnymi – ofiarami Systemu, zaś cała moc i sprawczość sytuuje się po stronie złych możnych.

Lekiem na syndrom niewinnej ofiary może być tylko wzięcie przez grupę słabszą w układzie współodpowiedzialności za swoją sytuację. To znaczy: za bycie zdominowaną przez wielkich i potężnych. Bez wzięcia (współ)odpowiedzialności – odkrycia, że każdy z nas poprzez swoją bierność, ignorancję, wygodę też jest do pewnego stopnia częścią złego systemu, że ja też jestem częścią spisku przeciw samemu sobie, bez odkrycia przez detektywa, że tropiąc korupcję od początku był także na swoim tropie – nie ma mowy o odzyskaniu realnej sprawczości.

To właśnie cierpki autokrytycyzm wobec swojej własnej grupy – krytyka rolniczego krótkowzrocznego egoizmu, nieumiejętności współpracy, przerzucania całej nadziei i odpowiedzialności na kolejnych charyzmatycznych wiecowych liderów, których następnie oskarża się o zdradę, gdy zasiądą już w miejscach władzy wymagających wzięcia realnej odpowiedzialności – jest tym, co cenię w tych liderach rolniczych, z którymi mam okazję współpracować.

To właśnie umiejętność krytyki nawyków i nałogów własnej grupy, połączona z umiejętnością systematycznej, samowychowawczej pracy nad ich przezwyciężeniem w działających na co dzień instytucjach obywatelskiej i ekonomicznej samoorganizacji odróżniała dawny amerykański populizm farmerski czy wyłaniający się w tym samym czasie polski ruch ludowy – od dzisiejszego populizmu.

Bez stworzenia analogicznych instytucji samoorganizacji i samokształcenia ery algorytmicznej dzisiejszemu populizmowi grozi to, że przegra. Lub że wygrywając z dawnym establishmentem zostanie zredukowany do roli mięsa armatniego nowych cezarów, którzy po plecach populusu wespną się na tron. Tron, z którego później cezarów zrzucić będzie trudniej niż dzisiejszy liberalny patrycjat.

Bez instytucji gospodarczego samorządu i samokształcenia populizm redukować będzie się do wrzucenia kartki wyborczej do urny raz na 4 lata lub ekspresji emotką pod triggerującym gniew filmikiem, często wygenerowanym w całości za pomocą Sztucznej Inteligencji przez zalgorytmizowane wydziały propagandy obcych mocarstw.

Funkcjonariusz systemu w masce Jaszczura

Oświecony populizm, skuteczny spisek zwykłych ludzi, musiałby wziąć poważnie starą prawdę powieści detektywistycznych, że czasem, aby rzecz ukryć, najlepiej położyć ją na widoku, na samym wierzchu. Głoszona przez Grzegorza Brauna teoria, jakoby pod CPK miał zostać wybudowany żydowski bunkier, to po prostu fajerwerk mający ukryć starą, antyrozwojową agendę idącą po linii interesów niemieckich lobby obawiających się konkurencji z nowym, polskim hubem cargo.

Poseł Korony Brauna, Fritz, wzywający do zniesienia pensji minimalnej, startował do Sejmu już w 1991 roku z list Kongresu Liberalno-Demokratycznego, założonego przez „gdańskich liberałów”. I wciąż reprezentuje poglądy gospodarcze charakterystyczne dla tamtej partii, dążąc do przywrócenia sytuacji z czasów pierwszego rządu Donalda Tuska, gdy polscy pracownicy na najniższych stanowiskach pracowali za kilka złotych za godzinę.

Program gospodarczy Braci Kamratów wzywa do zakazu podatku katastralnego, zupełnie tak jak obecny prezydent RP i większość posłów wszystkich barw czerpiących wygodny „dochód pasywny” ze swoich kilku czy kilkunastu mieszkań. Pod tym, co najbardziej nienormalne i rażące, pod maską Jaszczura, pod piracką opaską na oku – ukrywa się nudny funkcjonariusz systemu: szef-Janusz, deweloper, rentier.

Wola prawdy

Większość analiz sprawy Epsteinana pyta: kto zabił? Liberałowie chcą przerzucić całą winę na konserwatystów – i na odwrót. Żal patrzeć jaki „normalsi” walczą między sobą o przywilej bycia hm, eksploatowanym, przez swoją ulubioną frakcję elit.

Ciekawsze pytanie brzmi: jak zacząć organizować kontspisek „zwykłych ludzi”, który przełożyłby się następnie na konstrukcję lepszych instytucji kontrolujących elity? Odzyskanie kontroli nad podstawami, zaczynając od łańcuchów produkcji i dystrybucji żywności, to dość oczywisty pierwszy krok.

Zapewne musimy grać na czas, wykorzystując frakcyjne konflikty między skorumpowaną elitą a skorumpowaną kontr-elitą. Naiwnością byłoby jednak sądzić, że lepszy układ— bardziej oświecony lud i bardziej odpowiedzialną elitę — da się wypracować bez trwałych instytucji samoorganizacji gospodarczej i obywatelskiej samoedukacji.

Napędem kontrspisku jest wola prawdy. To nie tylko wola redystrybucji, sprawiedliwszego rozłożenia zysków, wpływów czy poczucia godności. To także chęć zrozumienia złożoności społecznego świata, kierujących nim sił i mechanizmów. Wola samodzielnego kierowania się własnym rozumem. Tak definiował Oświecenie Immanuel Kant.

Od tego, czy uda się tę wolę prawdy, dziś napędzającą populizm ślepy i niszczący, zaprząc do rozumnej pracy – do wspólnej praktyki spiskowej biorących codzienną współodpowiedzialność za swoje życie „zwykłych ludzi” i części gotowych na reformę elit – zależy być może przetrwanie rzeczpospolitej.

Za liczne inspiracje do tego tekstu dziękuję Krzysztofowi Mroczkowskiemu i Michałowi Pospiszylowi.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.