Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

UE czy USA? Polska doktryna transatlantyckiego szpagatu

UE czy USA? Polska doktryna transatlantyckiego szpagatu źródło: wikimedia commons; Open Government License

Polska doktryna strategiczna powinna opierać się na trzech zasadach. Po pierwsze – jak najdłużej utrzymywać amerykańską polisę bezpieczeństwa. Po drugie – jak najszybciej rozwijać polisę unijną. Po trzecie – konsekwentnie pilnować, by ta druga nie osłabiała pierwszej. A niezależnie od jakości zagranicznych polis, kluczowa jest ta krajowa – polska armia, która będzie nie tylko wiarygodnie bronić Polski, ale też odstraszać przed choćby próbą ataku.

Spór Marszałka Czarzastego z Ambasadorem Rose’m jak w soczewce pokazał, że relacje polsko-amerykańskie działają dziś w zupełnie innych uwarunkowaniach. Spór na platformie x koncentrował się jednak na tym kto ma rację a komu jej zabrakło.

Tymczasem trumpowska zawierucha każe spytać nie tylko o to jak powinniśmy reagować na twitterowe inby, ale przede wszystkim jak kompleksowo odnieść się do tego jak USA definiują siebie a także swoich sojuszników. Doszliśmy do momentu, w którym trzeba zarysować nową strategiczną doktrynę bezpieczeństwa Polski, która odpowie na kluczowe pytania, jakie padały w tle sporu Czarzastego z Rose’m.

Mama-Unia i tata-USA się pokłócili? Polskie elity w strachu

Polska polityka zagraniczna od lat była domeną bieżących sporów, ale nie strategicznych dylematów. Podstawowe pryncypia wydawały się stałe: Mama-Unia żywi, Tata-Stany bronią. Inne kwestie były drugorzędne.

Oczywiście ten obraz można zniuansować, ale podstawowe pytanie brzmi: po co? Dla wszystkich, którzy mają prawidłowo rozwinięte instynkty samozachowawcze ten podział był klarowny i naturalny.

Wielu uważa, że ta idylla się skończyła, a przed Polską strategiczny wybór – albo USA albo UE. Tertium non datur. I nie jest to zimny, bezosobowy proces, ale ma on twarz Donalda Trumpa. O ile w czasie jego pierwszej prezydentury sporo było dziwnych sygnałów, ale bez poważnych konsekwencji, tak teraz sytuacja rzekomo się zmieniła.

Pierwsza prezydentura Trumpa wzbudzała zdziwienie i zakłopotanie. Druga wzbudza panikę i histerię.

Krytyka europejskich wartości, boje o interesy, a na koniec geopolityczne napięcia skłania wielu do mocnych konkluzji. Wśród ton komentarzy nie brakuje głosów tyleż rozpaczliwych, co radykalnych. Relacji transatlantyckich już nie ma i nie będzie. Rozjazd między Europą a Ameryką już się dokonał i te se nevrati.

Prawaki z Trumpem

Co ciekawe, teza o konieczności strategicznego wyboru jest w Polsce przyjmowana po obu stronach politycznej barykady. Zgodność diagnozy kontrastuje jednak z wnioskami.

Dla niemałej części prawicy wybór oznacza postawienie na Trumpa. Polska prawica zawsze była proamerykańska, ale Trump nadaje temu kierunkowi dodatkowych argumentów. W czasach, w których rządzi siła, naturalnie trzeba wybierać tych, którzy w tej dyscyplinie nie mają konkurencji.

Poza tym zdaniem prawicy Prezydent USA lepiej rozumie problemy Unii niż ona sama. Dlaczego mamy się obrażać na Trumpa, że mówi Europie bolesną prawdę? Trump, podważając unijną politykę migracyjną czy klimatyczną, naturalnie wzbudza sympatię. Przecież są to kwestie, które prawica podnosi od wielu lat. Co więcej, Trump zwraca uwagę, że niecała Unia jest zepsuta, bo są archipelagi normalności. Polska zaś jest jednym z najważniejszych.

Do tego dochodzi ideowy sojusz. Prawica nigdy nie miała potężniejszego sojusznika. Może i konserwatyzm w wersji MAGA zawiera w sobie sporo dziwactw, ale to realna siła, która może utorować prawicy drogę do władzy na całym Zachodzie.

Twardy sprzeciw wobec liberalnych salonów zarówno w USA, jak i w Europie to melodia, na którą prawica tańczy do rana. Bezpośrednie polityczne wsparcie na krajowym podwórku ostatecznie unieważnia wszystkie dylematy. Liberalny mainstream wpychał prawicę do kąta. Trump tymczasem wprowadza ją na salony.

Libki z Unią

Dla antyprawicy naturalnym wyborem jest Unia, bo zawsze była dla niej kluczowym punktem odniesienia. Dziś ta logika zaczyna rozciągać się także na bezpieczeństwo. Pojawiają się głosy, że może i Europa kopie słabiej, ale za to do właściwej bramki.

Skoro Trump rozmawia z Putinem, a nawet zaprasza go do Rady Pokoju, to ich zdaniem siła militarna USA nie ma kluczowego znaczenia. Bo przecież nie będzie użyta tam, gdzie byśmy chcieli. Skoro Trump chce się dogadać z Putinem, a nawet ubić deal nad naszymi głowami, to ich zdaniem polsko-amerykański sojusz jest pozorny. Być może nie należy oficjalnie złożyć go do grobu, ale pokładanie w nim nadziei nie ma sensu.

Co więcej, skoro USA krytykują Europę, to trzeba solidarnie stanąć w klasie za swoimi. Dlatego w sporach z Trumpem nie można pokazywać, że gra się z drugą stroną. Z USA można się dogadywać, ale tylko wtedy, gdy będzie to akceptowalne dla Europy. Nigdy wbrew jej głównemu nurtowi.

Tak jak istotnym kontekstem wyboru Trumpa przez prawicę jest kwestia tożsamościowa a nie geopolityczna, nie inaczej jest z rodzimą liberalistokracją. Dla nich Trump to nie tylko Prezydent USA, który wywołuje geopolityczne zamieszanie. To symbol populizmu, który dla nich jest najważniejszym problemem współczesnego świata.

Skoro dla zachodnioeuropejskiego mainsteamu Trump to od lat polityczny mefistofeles, naturalne jest przejęcie tej perspektywy przez rodzimych liberalnych franczyzobiorców.

Dodatkowym polskim kontekstem jest bezpośrednie wsparcie dla politycznych wrogów. Nie po to libki krążyły po Europie, namawiając do kordonu sanitarnego wokół prawicy, żeby teraz lekką ręką akceptować koło ratunkowe, jakie Trump jej rzuca.

Kto ma rację? Nikt

UE czy USA? Kogo Polska musi wybrać? Kto w tym sporze ma racje? Odpowiedź jest prosta: nikt. A przynajmniej nikt w 100%. Obie strony mają za sobą ważne argumenty, ale obie strzelają także ślepakami. Obie strony prawidłowo diagnozują pewne procesy, ale obie także wyostrzają swoje recepty. Jakiej więc polityki potrzebuje Polska w dobie geopolitycznej zawieruchy made by Trump?

Przede wszystkim potrzebuje nie rewolucji, a ewolucji. Bo choć weszliśmy w turbulencje, to samolot utrzymuje się w powietrzu. Działania Trumpa rodzą wiele zamieszania, ale jego retoryka często nie idzie w parze z działaniami. Europę to szokuje, bo tu słowo ma inną wartość. Ale nie ma powodów, aby tą semantyczną rewolucję przeceniać.

Gdyby na chłodno spojrzeć na to, co Trump realnie robi, a nie na to, co i jak mówi, okaże się, że występuje tu duży rozdźwięk. Obserwujemy istotne zmiany, ale nie wywrócenie świata do góry nogami.

Panikarze pytają, czy NATO się skończyło. Pytają, bo nie potrafią wyobrazić sobie innego Sojuszu niż dotychczas. Tymczasem Trump NATO ani nie chce rozwiązać, ani nie chce opuścić. Chce tylko i aż równiej rozłożyć korzyści i koszty. To daje więcej niż nadzieję, że Europa może się z Trumpem dogadać. A jeśli tak, to na taki scenariusz Polska powinna grać, jednocześnie przygotowując się na gorsze opcje.

Dla Polski nie ma nic lepszego niż dotychczasowa strategia grania na strategiczną jedność zachodu. Zasada ta jest stara, ale wciąż aktualna. Wymaga jedynie aktualizacji, ale nie zupełnego przestawienia zwrotnicy. Choć rozjazd między USA i UE jest dziś większy i mający głębsze podstawy, to wciąż współpraca jest możliwa.

Polska polityka zagraniczna musi więc odrzuć ten pozornie koniecznie wybór między Europą a Ameryką, ale musi także odrzucić złudzenie, że tę politykę da się realizować na starych zasadach.

Polska doktryna strategiczna powinna więc być oparta na trzech zasadach: 1) trzymać amerykańską polisę najdłużej, 2) rozwijać unijną polisę jak najszybciej, 3) pilnować, aby ta druga, nie osłabiała tej pierwszej.

Co to oznacza w praktyce?

Trump nie taki straszny

Polska doktryna powinna zakładać, że amerykańska polisa wciąż jest najważniejsza, a to oznacza, że wymaga szczególnej troski. Trump wprowadził niepewność, ale nie na tyle, aby można było z niej zrezygnować. Dlaczego?

Po pierwsze, siła militarna USA wciąż pozostaje potężna, a Trump – wbrew izolacjonistycznym tendencjom części ruchu MAGA – zwiększa, a nie ogranicza wydatki zbrojeniowe. Co więcej, Amerykanom łatwiej przychodzi posługiwanie się tą siłą. Przykład Wenezueli może gorszyć obrońców prawa międzynarodowego, ale jest zarazem sygnałem dla Putina i innych, że jeśli USA uznają coś za kluczowe dla swoich interesów, nie zawahają się użyć siły. Co istotne, sprawa Wenezueli pokazała również, że Trump potrafi uderzać w rosyjskie interesy.

Po drugie, mimo retorycznego kwestionowania NATO, amerykański prezydent de facto wzmocnił Sojusz, wymuszając wzrost wydatków wojskowych jego europejskich członków. Poprzedni prezydenci USA próbowali to osiągnąć perswazją, jednak bez większych efektów. Dopiero terapia szokowa Trumpa doprowadziła do realnych inwestycji. Zachował się jak surowy ojciec, który dla dobra swojego dorosłego dziecka kopnął je w tyłek, by wreszcie stanęło na własnych nogach.

Poprzednicy byli jako troskliwa matka, która nieśmiało namawia syna do niezależności, nie rezygnując z ciepłych obiadków i prania bielizny. Przerzucenie większych kosztów na Europę razi wielu na Starym Kontynencie, ale jest zrozumiałe, a dla Polski długofalowo nawet korzystne. Oczekiwanie zwiększenia wydatków dotyczy bowiem innych państw, a nie Polski, która sumiennie odrabiała zadania domowe. W tym sporze z Europą Trump ma nie tylko rację co do diagnozy, ale i co do metod.

Po trzecie, Trump nie traktuje Rosji jak systemowego rywala, czego byśmy oczekiwali, ale nie znaczy to, że widzi w Moskwie sojusznika. Łagodne podejście do Putina na pewno nas rozczarowuje, ale fakt, że po roku rozmów nie mamy żadnego „dealu” Waszyngtonu z Moskwą pokazuje, że wbrew strachom różnice stanowisk są jednak niemałe.

Zapewne są one większe niż zakładał w swojej naiwności czy ignorancji sam Amerykański Prezydent. Trump nie jest pierwszym prezydentem USA, który chciał się dogadać z Rosją i jest duża szansa, że nie będzie pierwszym, który Putinem się rozczaruje. Zapewne Trump nigdy nie będzie realizować najlepszego dla Polski scenariusza ofensywnej konfrontacji, ale jesteśmy wciąż daleko od scenariuszy najgorszych.

Po czwarte, gotowość do ustępstw w sprawie Ukrainy nie oznacza, że wobec Polski szykowany jest scenariusz „nowej Jałty”. Z polskiej perspektywy optymalne byłoby pełne wsparcie dla Ukrainy, a nie rola mediatora. Nie oznacza to jednak, że w przypadku ewentualnego konfliktu Polski z Rosją Trump przewidziałby dla Polski taką samą rolę jak w wojnie Rosji z Ukrainą. Polska – w przeciwieństwie do Ukrainy – jest członkiem NATO, a innych różnic korzystnych dla nas jest znacznie więcej.

Po piąte, nasze bilateralne relacje są bardzo dobre i oparte na solidnym „biznesowym” fundamencie. Dla ekipy Trumpa fakt, że dane państwo nie uprawia jazdy na gapę ma znaczenie, a już szczególnie jeśli dużą część kasy wydaje na amerykański sprzęt. Do tego trzeba dodać amerykański gaz i projekt elektrowni atomowej. To są realne pieniądze, a nie abstrakcyjne wartości.

W relacjach z USA od dawna nie jesteśmy już ubogim krewnym przychodzącym z prośbą, lecz partnerem oferującym Amerykanom wymierne korzyści. Polska komunikuje się z amerykańską administracją językiem, który ta rozumie. Spójrzmy na obecność amerykańskich żołnierzy: Trump zaczął ją zwiększać już podczas swojej pierwszej prezydentury. W przeciwieństwie do innych państw, z których Amerykanie się wycofali lub planują wycofać, w Polsce zakładają dalszą rozbudowę swojej obecności.

Po szóste, nie bez znaczenia jest osobisty stosunek Trumpa do Polski. To zasługa rządów Zjednoczonej Prawicy i Andrzeja Dudy. Trump dobrze pamięta, że w czasie jego pierwszej prezydentury w całej Europie był powszechnie wyszydzany. Wszędzie, poza Polską (i Węgrami). W Berlinie, Paryżu czy Londynie spotykały go gwizdy, a w Warszawie brawa.

Dlatego relacje militarne polsko-amerykańskie są rozwijane bilateralnie, także poza kontekstem natowskim. Dziś dodatkowym argumentem jest Karol Nawrocki. Został wybrany na prezydenta z aktywnym poparciem Trumpa, które przyczyniło się do wyborczego zwycięstwa.

Czy to wystarczy, żeby mieć gwarancje, że zawsze i wszędzie Amerykanie będą wspierać Polskę, kiedy będziemy tego potrzebować? Nie mamy takiej gwarancji. Ale czy kiedykolwiek ją mieliśmy za kadencji poprzednich prezydentów?

Gładkie, poprawne polityczne słowa gwarantowały jedynie dobre samopoczucie, a nie realne zaangażowanie USA, gdy Polska będzie tego potrzebować.

Powyższe argumenty są wystarczające, żeby uznać, że na amerykańskie gwarancje trzeba chuchać i dmuchać. Skuteczność w relacji z Trumpem wymaga jednak czegoś więcej niż zrozumienia, że jest to dla nas korzystne – wymaga obsługi jego specyficznej osobowości.

Można się oburzać na narcystyczne skłonności, ale skuteczniej jest je po prostu obsługiwać. Dlatego Polska powinna być zawsze ostatnia w UE do moralnego oburzenia na Trumpa, nawet jeśli na to zasługuje, i pierwsza w Unii w łagodzeniu sporów i szukaniu transatlantyckiego porozumienia.

Powściągliwość jest szczególnie potrzebna wobec jego ekstrawaganckich wypowiedzi. Z doświadczenia wiemy, że często kryje się za nimi gra — podszyta potrzebą spektaklu, a zarazem stanowiąca element negocjacji.

Trump wielokrotnie szokował żądaniami i retoryką sugerującą poważne konsekwencje, by ostatecznie zadowolić się skromniejszą, akceptowalną dla wszystkich zdobyczą. Ten modus operandi powinien studzić rozgrzane głowy, zwłaszcza w Polsce, gdzie potencjalne koszty mogłyby okazać się bardziej dotkliwe niż w Europie Zachodniej.

Dlatego polscy politycy powinni także trzymać się z daleka od komentowania spraw wewnętrznych USA. Sprawa Epsteina? Przemoc ICE? To tematy, które mogą poruszać publicyści, a nie politycy i to w publicznej komunikacji. Tym bardziej, że realnym celem kolejnych wzmożeń w mediach społecznościowych jest zazwyczaj sygnalizacja cnoty, a nie realna zmiana rzeczywistości.

Polisa europejska warta inwestycji

Amerykańskie gwarancje nadal są najcenniejsze, ale nie można zakrywać oczu na to, że przestają być wystarczające. Załamanie relacji transatlantyckich to nie scenariusz bazowy, zbyt dużo się jednak wydarzyło, aby sądzić, że jest on wyłącznie teoretyczny. Skala napięć i nieporozumień po obu stronach Atlantyku jest tak duża, że Polska musi taki rozwój wydarzeń wziąć pod uwagę.

A przecież przyszłość relacji transatlantyckich nie sprowadza się do osobistych kaprysów Trumpa. Oddalanie się USA od Europy nie zaczęło się od obecnej administracji i zapewne na niej się nie skończy. Rosyjska agresja chwilowo spowolniła pivot w stronę Azji, ale przenoszenie zasobów na Pacyfik jest zapewne tylko kwestią czasu. Oczywiste jest, że Stany Zjednoczone priorytetowo traktują rywalizację z Chinami, a nie z Rosją, i interesują się bardziej regionem Azji Południowo-Wschodniej niż Europą Wschodnią.

Dlatego rację mają ci, którzy mówią, że europejską polisą nie powinno się gardzić, ale w nią inwestować. Choć unijne gwarancje są w powijakach nie znaczy, że tak musi być zawsze. Europa jest nie tyle słaba, co nieprzygotowana. Nie ma dużej siły, ale ma potencjał, żeby ją mieć. Lata zaniedbań zrodziły duże zaległości, ale od kilka lat trwa strategiczne wybudzanie i nadrabianie straconego czasu.

Wciąż tempo jest dalekie od oczekiwań, ale już dziś Europa na zbrojenia wydaje ponad trzy razy więcej niż Rosja. W wielu państwach wydatki zbrojeniowe są traktowane jak egzystencjalna konieczność, a nie fanaberia Amerykanów. 2% PKB na wojsko jeszcze niedawno było sufitem dla wielu państw NATO, dziś staje się podłogą.

Co ważne, zbrojenia są nakierowane na konfrontacje z Rosją, a nie postkolonialne interwencje w Afryce. W Europie zaszła więc pozytywna dla Polski zmiana. Kluczowa była wojna na Ukrainie, ale nie bez znaczenia są także rosyjskie akty dywersji w wielu państwach UE. Unaoczniły one, że Moskwa jest na wojnie nie tylko z Ukrainą, ale wyrządza również realne straty całej Europie. To spowodowało, że Rosję traktuje się jak realne zagrożenie, które należy realnie oddalić.

Co ważne, polski punkt widzenia dostrzega kluczowość najsilniejszych państw Europy, czyli Niemiec, Francji i Wielkiej Brytanii. Nie sposób ignorować tej strategicznej zmiany. Dziś to E3 przekonuje USA do zaostrzenia kursu wobec Rosji, a nie odwrotnie. Ta uwaga powinna być szczególnie przemyślana przez prawicę, która wciąż tego procesu nie chce dostrzec.

W polskim interesie jest, żeby amerykańskie wsparcie dla Europy było jak najmniej potrzebne. Paradoks polega na tym, że im bardziej Europa będzie zdolna do obrony, tym większa jest szansa na wsparcie USA.

Amerykanie chcą wspierać Europę, a nie ją wyręczać. Każdemu prezydentowi USA łatwiej będzie pomagać Europie, jeśli w razie potrzeby będzie to wsparcie, a nie sytuacja odwrotna – w której to Stany Zjednoczone ponoszą kluczową odpowiedzialność, mając jedynie ograniczone wsparcie Europy.

Polska, szczególnie prawica, nie powinna deprecjonować wysiłków tak poszczególnych państw, jak i unijnych instytucji na rzecz wzmocnienia realnych zdolności obronnych, szczególnie że przez lata krytykowała unijny mainstream za fukuyamowski koniec historii.

Prawica musi zrozumieć, że wyjście Polski z UE to niebezpieczny miraż, który nie odpowiada na fundamentalne zagrożenie. Nie powinniśmy także sprowadzać UE do strefy wolnego handlu, bo strefa nie sfinansuje zbrojeń.

Aktualizacja oprogramowania powinna dotyczyć także słonia w pokoju, czyli zbrojeń w Niemczech. Istotne spory na tle historii czy bieżących unijnych tematów nie powinny przesłaniać faktu, że niemiecka bezczynność militarna jest dla Polski groźniejsza niż niemieckie zbrojenia. Dziś Bundeswera przygotowuje się do konfrontacji z Rosją, a nie Polską. Co więcej, w najbliższych czasie niemieckie wojsko będzie najsilniejszym partnerem na wschodniej flance, więc współpraca powinna być naturalna.

Jako pogodzić obie polisy?

Wydłużanie terminu ważności amerykańskich gwarancji oraz przyspieszenie budowy realnej polisy europejskiej nie wyczerpują tematu. Kluczowym wyzwaniem jest pogodzenie obu celów, bo wchodzą ze sobą w oczywiste napięcia.

Kluczową dyrektywą pozwalającą mądrze nawigować między nimi powinna być zasada, że europejską polisę należy budować w taki sposób, aby nie przyspieszać słabnięcia polisy amerykańskiej. Najlepszym wariantem jest scenariusz, w którym europejska polisa nie tylko nie będzie osłabiać, a wręcz będzie wzmacniać amerykańskie gwarancje. Jak tego dokonać w praktyce?

Nie wszystkie unijne pomysły dotyczące budowy wspólnej obrony są dla Polski korzystne. Pod hasłami europejskiej autonomii czy suwerenności często kryje się nie tyle chęć wzmocnienia Europy, co odsunięcia USA, podszyta cichym antyamerykanizmem. Zjawisko to jest szczególnie silne w Europie Zachodniej. Przez lata stanowiło ono dyskretne społeczne podglebie polityki wobec Stanów Zjednoczonych, ale za czasów Trumpa wreszcie ujawniło się i mogło znaleźć pełną ekspresję.

Polska musi więc dbać o to, aby unijna polityka bezpieczeństwa uzupełniała, a nie zastępowała NATO, i wspierała, a nie wypychała Amerykanów. Wszelkie działania na forum UE powinny stanowić wzmocnienie europejskiego filaru NATO, a nie tworzenie konkurencyjnych struktur unijnych.

Rzecz nie tylko w instytucjach, ale także politycznym klimacie. Musimy pełnić rolę tych, którzy grają na transatlantycki sojusz. Dlatego Polska powinna hamować zarówno antytrumpizm w Europie, jak i antyeuropejskość w USA.

Ze względu na unikalną sytuację polityczną mamy nieszablonowe karty w tej grzej. Role w tych zadaniach są łatwe do podziału. Pokazywanie Trumpowi wartości sojuszu z Europą to rola Prezydenta Nawrockiego.

Misja Nawrockiego i prawicy

Zgadzając się z Trumpem co do krytyki Europy, Prezydent RP powinien zawsze podkreślać, że należy Unię obudzić do działania i reform, a nie skreślać. W środowiskach MAGA obraz Europy jest często karykaturalny, Nawrocki powinien go urealniać, a jednocześnie przytakiwać prezydentowi USA, tam gdzie trzeba. Polska opinia publiczna zaś powinna do tej strategii Prezydenta podchodzić ze zrozumieniem, a nie z drwinami.

Nawrocki, podobnie jak cały obóz prawicy w Polsce, powinien zrozumieć, że bezkrytyczna postawa wobec Trumpa w UE grozi wizerunkiem amerykańskiego konia trojańskiego, który pozbawi nas prędzej czy później wpływów w Europie.

Polska powinna więc grać jak Włochy Meloni, a nie jak Węgry Orbana. Różnica jest zasadnicza: pierwsza broni Trumpa, nie przekraczając przy tym europejskich „czerwonych linii”, podczas gdy drugi dawno je złamał, stawiając wszystkie karty na amerykańskiego prezydenta. Dlatego Włochy mają realny wpływ na politykę UE i w pewnym stopniu na Trumpa, natomiast Węgry w UE nie są w stanie nic znaczącego dla Ameryki wywalczyć.

Misja rządu

Obronę Trumpa w Europie powinien z kolei wziąć na siebie Tusk z Sikorskim. Ich wiarygodność w Europie powinna pomóc hamować antyamerykańskie zapędy, które dziś mają świetne okno pogodowe. Oczywiście Szef MSZ najpierw sam musi zacisnąć hamulec ręczny na X, bo zdarza mu się wchodzić w widowiskowe, ale bezsensowne pyskówki z Amerykanami.

Sikorski powinien wyjaśniać, że budowa europejskich zdolności potrwa lata i do tego czasu Europa ma słabą pozycję w rozmowie z Ameryką. Oczywiście powinien podkreślać, że jeśli chcemy mieć większe pole manewru wobec USA, to zamiast się od Trumpa odwracać musimy zacząć się zbroić.

Idąc tym torem, rząd powinien na forum UE podkreślać, że nie ma sensu moralnie unosić się nad np. interwencją USA w Wenezueli. Gdyby Europa była silniejsza, mogłaby dyscyplinować Amerykanów. Skoro tej siły nie ma, lepiej po cichu zaakceptować status quo.

Dbałość o prawo międzynarodowe można odłożyć na spokojniejsze czasy. Oczywiście ustępstwa mają swoje granice. W sprawie Grenlandii Europa słusznie zareagowała, a Trump zrobił krok wstecz. Akceptacja asymetrii w relacjach transatlantyckich nie musi więc oznaczać, że UE na wszystko powinna się godzić.

Europa powinna się mobilizować, gdy Trump narusza jej oczywiste i bezpośrednie interesy, ale odpuszczać, kiedy ten narusza jedynie moralny komfort Europejczyków przyzwyczajonych do roli sumienia świata. Nie ten czas i nie ta siła.

Czy taka polityka jest możliwa?

Powyższe propozycje wcale nie oznaczają rewolucji w polskiej dyplomacji, bo wiele działań wpisuje się w zarysowaną doktrynę transatlantyckiego szpagatu. Prawica lubi wypominać Tuskowi i Sikorskiemu bezsensowną krytykę Trumpa, ale ci od czasu powrotu do władzy ważą słowa.

Z drugiej strony liberałowie zarzucają prawicy przesadną fascynację Trumpem. Tymczasem Nawrocki w sprawie wojny na Ukrainie trzyma mainstreamowy kurs, a w innych kwestiach nie narusza lojalności wobec Europy. Obie strony zresztą są świadome, że różnice podkreślane publicznie są w rzeczywistości mniejsze.

Dlatego czasami udaje się pewne działania skoordynować, choć robione jest to w zaciszu gabinetów. Przykładem była kwestia wejścia do Rady Pokoju. Polska słusznie nie weszła do tej dziwnej inicjatywy, ale jednocześnie zadbała, aby nie urazić jej inicjatora. Tą konieczność dobrze rozumiał zarówno MSZ, jak i KPRP.

Problem polskiej polityki polega na tym, że ta koordynacja odbywa się zbyt rzadko. Polska dyplomacja jest w stanie permanentnej wewnętrznej konfrontacji z krótkimi okresami odwilży. Tymczasem strategiczna zgodność powinna oznaczać odwrotne proporcje.

Żeby można było je odwrócić, zarówno rząd jak i Prezydent nie mogą ponosić kosztów tej współpracy. Dziś niestety spolaryzowane elektoraty oczekują konfrontacji, a nie współdziałania. W efekcie po każdym epizodzie zgody mamy festiwal twitterowych naparzanek.

Te uwarunkowania jednak nie są stałe. Waga geopolitycznych zawirowań jest tak duża, że należy oczekiwać od obu stron pracy nad wyborcami. Aby to się powiodło, trzeba uczciwie powiedzieć, że Polska nie wybiera między UE a USA, lecz musi hamować ich rozjazd.

Równocześnie mamy w tym procesie unikalną pozycję: podział władzy pozwala obsłużyć różne międzynarodowe obozy. Dysponujemy kontaktami umożliwiającymi wpływ na kluczowe stolice oraz zasobami militarnymi, które pozwalają rozmawiać o bezpieczeństwie z pozycji ważnego dawcy a nie tylko biorcy. Dlatego zarówno polskie środowiska liberalne muszą zrozumieć, że relacje Nawrockiego z Trumpem dają szansę na realizację kilku istotnych interesów, jak i prawica powinna w podobny sposób definiować kontakty Tuska czy Sikorskiego w Europie.

Podział władzy w Polsce może więc zadziałać na naszą korzyść, ale pod warunkiem ścisłej, a nie okazjonalnej współpracy kluczowych ośrodków władzy. Dezercja z obowiązku pracy nad elektoratem, będzie jednocześnie dezercją z realizacji fundamentalnych polskich interesów.

Na koniec nie można zapominać o kwestii fundamentalnej. Ani amerykańska, ani europejska ochrona nie może przesłonić najważniejszej polisy bezpieczeństwa – naszej własnej zdolności obronnej. Ani USA, ani UE nie zastąpią polskiego wojska, a wojna na Ukrainie pokazała, że pomoc utrzymują tylko ci, którzy potrafią sami się bronić. Zaniedbania na tym odcinku będą jeszcze większym błędem niż najgorsze geopolityczne decyzje.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.