Khaby Lame i technofeudalizm. O awansie cyfrowego chłopa
Zakup praw do wizerunku Khaby’ego Lame’a za blisko miliard dolarów to coś więcej niż historia sukcesu influencera. To znak czasów, w których platformy cyfrowe działają jak feudalni władcy, a twórcy – jak ich rycerze i parobkowie. Przypadek najpopularniejszego tiktokera świata pokazuje, jak nieliczni awansują na cyfrowych rentierów, podczas gdy miliony innych pracują na cudzą rentę uwagi.
Awans tiktokowego rycerza w technofeudalnym systemie
Słuchajcie, słuchajcie, poddani technologicznych suwerenów! Wy, którzy każdego dnia pracujecie w mediach społecznościowych, sadząc posty i zbierając lajki. Radujcie się, oto bowiem jeden z was – tiktoker Khaby Lame – został dostrzeżony i nagrodzony przez Globalny Rynek Kapitałowy.
Przez lata wytrwale walczył o zasięgi, poszerzając domenę i wpływy cyfrowych panów. Za swoje zasługi otrzyma majątek liczony w setkach milionów dolarów i zostanie zwolniony ze służby, a jego obowiązki przejmie cyfrowy parobek, który będzie podtrzymywał uwagę zgromadzonych odbiorców.
Niech ten awans będzie dla was przykładem. Twórzcie dalej kontent, nabijajcie wyświetlenia – a być może pewnego dnia namiestnik-algorytm także was zauważy, a korporacje obsypią złotem.
Taka przemowa mogłaby być wygłoszona, gdyby technofeudalizm, o którym pisaliśmy wielokrotnie na łamach portalu, posługiwał się językiem ze średniowiecza, który zaskakująco dobrze oddaje jego naturę.
Mamy do czynienia z systemem, w którym wielkie koncerny internetowe pełnią rolę potężnych władców, czerpiących rentę z infrastruktury, którą sami stworzyli. Aby jednak przyciągnąć nowych użytkowników – wolnych kmieciów – na swoje włości i zatrzymać ich tam na dłużej, potrzebują pośredników.
Tak jak dawni królowie posługiwali się rycerstwem, tak dziś technofeudałowie mają influencerów. Najpopularniejsi z nich od czasu do czasu awansują w hierarchii i zostają „pasowani” na cyfrowych rentierów.
Mechanizm ten trwa od dawna, ale przypadek zakupu praw do wizerunku tiktokera Khabane Lame jest rekordową transakcją tego typu. Jest też wart omówienia, bowiem jak w soczewce skupia współczesne, nieco niepokojące, trendy gospodarcze.
Rycerze cyfrowych feudałów
Omawiany twórca zaczął publikować na TikToku w czasie pandemii. Szeroką popularność zdobył sobie tworząc tzwn. stitche, czyli krótkie filmiki oparte o fragmenty nagrań innych użytkowników. Jego prace opierały się o sugestywne miny i gesty. Nie zawierały praktycznie żadnych słów ani tekstów, stając się uniwersalne dla każdego regionu świata. Obecnie jego konto jest najpopularniejszym na TikToku, licząc sobie 160 milionów obserwujących, a publikowane tam materiały każdorazowo mają przynajmniej kilka milionów wyświetleń.
To statystyki, o jakich większość twórców może jedynie marzyć. Choć i samo słowo „większość” jest tu zbyt słabe, bo dane pokazują, że w świecie influencerów panują tak głębokie nierówności, iż wskaźnik Giniego dosłownie wybija poza skalę.
Oczywiście realne zarobki twórców internetowych trudno w pełni oszacować ze względu na lokowania produktów czy płatne współprace. Już same różnice w popularności wystarczają jednak, by zobaczyć, jak nierówna jest to gra. Szacuje się, że na YouTubie aż 90% materiałów wideo nie przekracza 1000 wyświetleń – w ich przypadku o realnej monetyzacji nie ma więc mowy. Z kolei milion wyświetleń, o którym marzy większość twórców, osiąga mniej niż 1% wszystkich filmów.
Pod względem nierównych dochodów szczególnie wyróżnia się platforma OnlyFans, na której najlepiej zarabiający jeden promil (sic!) twórców zgarnia 76% wszystkich zysków wygenerowanych przez platformę. Sprawia to, że pomimo iż tamtejsze gwiazdy są milionerkami, to średnie zarobki dla tych mniej rozpoznawalnych wynoszą poniżej 200 dolarów za miesiąc.
Jednak obecność milionów twórców, obojętnie czy są popularni czy nie, jest kluczowa dla tych platform. YouTube czy Facebook bowiem nie generują żadnych treści – dlatego muszą to robić za nich użytkownicy, w tym także poważne gazety i portale, takie jak „New York Times” czy Klub Jagielloński. To oni orzą ziemię, z której feudałowie mogą zbierać rentę.
Mamy Squid Game w domu
Wysoka konkurencyjność sprawia, że model zarabiania w internetowych mediach mniej przypomina tradycyjną pracę, a raczej rozgrywkę z serialu Squid Game. Południowokoreańska produkcja prezentowała fikcyjną grę, w której kilkuset uczestników przystępowało do serii wyzwań, z których zwycięzca mógł być tylko jeden.
Nagroda pieniężna była olbrzymia, a zestaw umiejętności potrzebnych do jej zdobycia dość nieokreślony, co sprawiało, że serialowe postacie – mniej lub bardziej chętnie – brały w niej udział. Podobnie zawód influencera ma bardzo niski próg wejścia, każdy ma szansę spróbować w nim swoich sił, o ile ma smartfon z dostępem do internetu, a jednocześnie pozwala potencjalnie osiągnąć poziom życia, niedostępny w przypadku zwykłej pracy na etacie.
Serial nieprzypadkowo zdobył sobie olbrzymią popularność zwłaszcza wśród młodego pokolenia, bo w przerysowany sposób pokazuje realia, w jakich przyszło im żyć. W zglobalizowanej, poprzemysłowej gospodarce jest coraz mniej zawodów, które pozwalają na wysoki status i dostatnie życie. Istnieje pewna ograniczona pula zawodów specjalistycznych, ale dla pozostałych zostają tylko nisko płatne lub niezbyt prestiżowe zawody w usługach, często dorywcze i bez możliwości awansu.
Pod tym względem trudno się dziwić młodym ludziom, że ponad 30% z nich chce być infleuncerami, nawet wiedząc, iż jest to kariera przypominająca wygranie losu na loterii, a nierzadko jeszcze obciążająca ich psychicznie.
Połączenie potencjalnie wielkich pieniędzy do zdobycia z dużą konkurencyjności daje bowiem efekt coraz bardziej bezpardonowej walki o przyciągnięcie uwagi ludzi do smartfonów. Efektem tego są chociażby patostreamy, na których zachowania oburzające, kontrowersyjne lub wręcz niebezpieczne, mogą być monetyzowane, o ile przyciągają widzów.
Gdzie płyną pieniądze
„Interes”, jaki Khaby zbudował dzięki swojej pracy, jest kamieniem milowym w poprzemysłowej gospodarce. Mówimy bowiem o kwocie powalającej nawet jak na standardy gospodarki nieustannie rozgrzewanej dodrukowanymi pieniędzmi. W ciągu 5 lat jego inwestycja przyniosła zwrot o skali, jaką ciężko znaleźć gdziekolwiek indziej.
Gdyby jego marka osobista była startupem, byłaby bliska uzyskania branżowego statusu „jednorożca” – zarezerwowanego dla rzadkich spółek, którym udało się osiągnąć wycenę sięgającą miliarda dolarów. Warto przy tym dodać, że mówimy o firmach, w które zainwestowano ogromne środki, w których pracowały rzesze specjalistów i które faktycznie wytworzyły funkcjonalne produkty lub usługi, a nie o profilu użytkownika na portalu społecznościowym.
Tutaj może pojawić się pytanie – skąd w tym świecie biorą się tak niebotyczne kwoty? Pieniądze te nie pochodzą przecież ani od twórców treści ani nawet od właścicieli platform. Część użytkowników, czasem płaci za niektóre usługi, ale jest to jedynie niewielki procent ich przychodów.
W rzeczywistości środki te wpłacają wytwórcy bardziej tradycyjnych produktów. Funkcjonując w obecnym kapitalizmie nadprodukcji, nie da się sprzedać praktycznie żadnego towaru, jeśli wcześniej nie przeznaczy się kilkunastu, czasem kilkudziesięciu, procent budżetu na jego marketing.
Reklamy telewizyjne, które po wojnie pomogły stworzyć fundamenty gospodarki konsumpcyjnej, w ostatnich dekadach zaczęły coraz wyraźniej tracić siłę oddziaływania. Widzowie coraz częściej dostrzegają ich nieautentyczność i nachalność. Odpowiedzią na to są właśnie influencerzy, których praca polegała na budowaniu więzi z odbiorcami, a następnie na polecaniu im określonych produktów. W tym sensie nie jest to praca zbędna (z punktu widzenia kapitalizmu), lecz pełni określoną rolę w systemie.
Robotyczni parobkowie
Nowym, dotąd niespotykanym elementem w sprawie Khabane jest to, że jego konto ma być prowadzone dalej bez jego udziału – za pomocą materiałów generowanych przez sztuczną inteligencję. Przez kilka lat działalności wytworzył bowiem wystarczająco dużo nagrań, by przeszkolone na nich modele językowe i wizualne potrafiły odtworzyć jego wizerunek.
Oczywiście przy okazji korzystając także z szerokiej biblioteki innych materiałów wideo „zassanych” przez sieci neuronowe. Rodzi to kolejne pytania o własność intelektualną tak powstałych treści, do których wracałem już wcześniej na łamach portalu.
Wszystko to prowokuje rozważania o przyszłość nie tylko influencerów, ale i obecnej formy kapitalizmu. Bowiem technologia, która wyparła ludzi z fabryk i skierowała ich w stronę usług, teraz zaczyna przejmować i tę dziedzinę.
Coraz bardziej zautomatyzowany i zoptymalizowany przemysł produkuje coraz więcej dóbr, z pomocą coraz mniejszej liczbą pracowników lub wręcz bez ich udziału (obecnie powstaje coraz więcej tak zwanych „ciemnych fabryk”, działających w dużej mierze automatycznie). Jeśli w przyszłości roboty zajmą się też dystrybucją produktów i ich reklamą, to pojawia się pytanie – co właściwie mielibyśmy robić poza ich konsumowaniem?
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.