Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Jedna wielka klasa średnia to fikcja, która dzieli społeczeństwo i wypiera realne różnice

Jedna wielka klasa średnia to fikcja, która dzieli społeczeństwo i wypiera realne różnice źródło: http://elements.envato.com/

Pozornie błaha sprawa – prezydent Nawrocki wchodzi do domu i zdejmuje buty – ujawnia głęboki problem. W Polsce wciąż obowiązuje cicha zasada: wszyscy jesteśmy klasą średnią. Tymczasem ignorowanie rzeczywistych różnic majątkowych i kulturowych przynosi więcej szkody niż pożytku.

Tekst został pierwotnie opublikowany w obszerniejszej wersji na łamach magazynu „Plus Minus”. Dziękujemy redakcji za możliwość przedruku!

Pod koniec grudnia mogliśmy być świadkami dyskusji na portalu X (dawniej Twitter) toczącej się wokół pozornie błahego tematu. Karol Nawrocki, odwiedzając pewną polską rodzinę, zdjął buty, wchodząc do jej domu. Zdjęcia jego stóp w skarpetkach trafiły do mediów społecznościowych, gdzie niemal natychmiast stały się obiektem krytyki.

Zaczęło się grupowe roztrząsanie – czy wypada, czy może nie wypada tego robić.. Nad tym wszystkim unosił się też wielki nieobecny – istotny, choć nienazwany aspekt tej sprawy, a mianowicie jej wymiar klasowy.

Jest dla mnie oczywiste, że ludzie wywodzący się z odmiennych środowisk, ukształtowanych przez miejsce zamieszkania, wykonywany zawód, tradycje rodzinne czy hierarchię wartości będą podchodzić do tego zwyczaju na różne sposoby.

Z jakiegoś jednak powodu dla setek internautów komentujących sprawę butów Nawrockiego kluczowe okazało się ustalenie jednego, uniwersalnego wzorca zachowania, który obowiązywałby wszystkich Polaków. Zupełnie jakby w naszym kraju obowiązywał jeden model kulturowy związany z jakąś „wszechklasą”, do której przynależność byłaby równoznaczna z zaliczeniem się do grona ludzi cywilizowanych.

Kto jest dziś w Polsce klasą średnią?

W czasach realnego socjalizmu podział na klasy był wszechobecny. Po nastaniu gospodarki wolnorynkowej zaczęto, z pewną ulgą, odchodzić od tego pojęcia.

Wdrażano też jedną z obietnic zaadaptowanego nad Wisłą liberalizmu, mówiącą, że każdy może zmienić swoje miejsce w hierarchii społecznej w zależności od swoich chęci, nakładu pracy i umiejętności.

Problem polega jednak na tym, że ów ideał nigdy nie został w pełni zrealizowany. Wraz z odłożeniem na półkę pojęć klasowych nie zniknęły różnice majątkowe – w okresie transformacji wręcz się one pogłębiły. Na zróżnicowanym poziomie pozostawała także dostępność do usług publicznych, edukacji czy warunki wykonywanych zawodów. Wszystko to tworzyło niewidzialne granice pomiędzy poszczególnymi grupami społecznymi: możliwe do przekroczenia, lecz wciąż wyraźne.

Równolegle z usunięciem dotychczasowych podziałów klasowych, zaczął funkcjonować nowy model społeczny, który miał zbliżyć nas do Zachodu. Kluczowe dla niego było powstanie klasy średniej mającej stanowić bazę dla rozwoju demokracji i kapitalizmu. Założono, że wszyscy powinni do niej należeć lub chociaż do niej aspirować.

Nigdy jednak nie określono, co jest jej kryterium. W efekcie pojęcie to zostało tak rozmyte, że mógł do niej poczuwać się zarówno właściciel gospodarstwa rolnego, wykładowca akademicki, jak i etatowy pracownik korporacji.

W logice jednej, bezalternatywnej klasy społecznej nie ma miejsca na różne kody kulturowe. Tymczasem polska kultura jest pojęciem bardzo szerokim, w ramach którego mieści się zarówno pstrokaty folklor mazowieckiej wsi, jak i modernistyczna architektura Gdyni.

Samo bycie Polakiem, co najmniej od końca XIX wieku, nie jest już związane z kulturą konkretnej klasy społecznej, lecz jest realizowane na różne sposoby przez różne środowiska. Oczywiście, mamy elementy kultury polskiej przekraczające granice klas, ale też i takie, które są wykorzystywane jako element autoidentyfikacji danej grupy i kształtują gusta jej członków.

Co ciekawe, odruch zawłaszczania sobie całości sfery kulturowej pojawia się po obu stronach polskiej sceny politycznej. Wyborcy Koalicji Obywatelskiej (partii burżuazyjnej) mają tendencję do uważania się za ostoję polskiej państwowości i tamę blokującą napór „pisowskiej ciemnoty” i jej rzekomej sympatii do wschodnich satrapii.

Natomiast wyborcy Prawa i Sprawiedliwości (partii ludowej) chętnie przedstawiają się jako jedyni, prawdziwi Polacy, w przeciwieństwie do swoich oponentów, których uważają za „zaprzedanych Niemcom zdrajców”.

Obie strony uważają kulturę swojego środowiska za tę jedyną właściwą, a zatem taką, którą należy narzucić stronie przeciwnej. W takim układzie dyskurs publiczny przestaje być negocjowaniem interesów pomiędzy poszczególnymi klasami społecznymi, a staje się walką o „rząd dusz”. Toczy się ona tak zaciekle, bo jej stawką jest przetrwanie lub śmierć danej tożsamości.

Dodajmy, że jest to wojna, której nie da się wygrać, a która wyniszcza debatę publiczną i paraliżuje system polityczny.

Na przykład nośny ostatnio problem smogu łatwiej byłoby rozwiązać, odnosząc się do zasobów majątkowych poszczególnych klas społecznych i w zależności od nich nakładając odpowiednie obciążenia lub dotacje. Jednak przy założeniu, że wszyscy są „klasą średnią”, która powinna sobie sama poradzić, różnice ekonomiczne zostają wyparte i zastąpione wojną kulturową.

A skoro debata nie odnosi się do realnego, materialnego stanu rzeczy, to górę bierze irracjonalizm, w ramach którego samo istnienie smogu staje się wymysłem „eko-świrów”, a piece węglowe – ostoją polskiej tradycji.

O ile samo dążenie do znoszenia różnic pomiędzy klasami społecznymi wydaje się właściwe, to „amputując” ze swojego aparatu pojęciowego pojęcie klas, nie sprawiamy, że przestają one istnieć, za to zaczynamy odczuwać po nich bóle fantomowe.

Nie nazywając bowiem otwarcie rozmaitych grup interesów, trudniej jest reagować na ich problemy i skutecznie rozwiązywać spory między nimi. W bezklasowej logice nie trzeba na przykład stosować specjalnej polityki skierowanej w stronę prekariatu, ponieważ nie traktuje się go jako stałego elementu systemu, lecz jako zbiór jednostek, z których każda, w dowolnym momencie może zmienić swój status społeczny.

W praktyce realizowany jest więc interes „ogólnoklasowy”, który w praktyce sprowadza się najczęściej do priorytetyzowania interesów środowisk najbardziej wpływowych. Przez co sam demos zaczyna tracić zaufanie do systemu politycznego.

Udawanie, że wszyscy mają takie same szanse i interesy szkodzi

W tym miejscu możemy zrobić krok wstecz i zastanowić się, jak trafiliśmy tu, gdzie jesteśmy. Wraz z krzepnięciem demokracji liberalnej rodził się konsensus, że media powinny wziąć na siebie większą odpowiedzialność. Być „obiektywne”, ustalać, co jest prawdą, i tylko ją głosić.

Problem z tym, zasadniczo słusznym, podejściem polegał na tym, że czysty obiektywizm i neutralność nie są możliwe do osiągnięcia. W praktyce doprowadziło to do sytuacji, w której wąska grupa komentariatu zaczęła wypowiadać się w imieniu całego społeczeństwa, przedstawiając poglądy swojej klasy jako uniwersalne.

Miało to oczywiście zaletę – cywilizowało debatę – ale jednocześnie sprawiało, że traciła ona na autentyczności i pomijała problemy znacznej części społeczeństwa.

Innym przykładem tego zjawiska była kwestia podejścia do transformacji gospodarczej. O ile sprawa ta budziła w latach 90. i na początku XXI wieku spore kontrowersje i opór mas ludowych, to w mediach głosy krytyki prawie się nie pojawiały. Przemilczany problem jednak nie zniknął, zbierał się pod powierzchnią, aż w końcu dał o sobie znać pod postacią wybuchu popularności Samoobrony, pierwszej istotnej na polskiej scenie partii populistycznej.

Z tej perspektywy wydaje się zrozumiałe, czemu z czasem powstały media tzw. populistyczne. Tak jak dawniej gazety robotnicze, czasem wulgarnie i bezpośrednio artykułują one punkt widzenia innych grup społecznych niż te dominujące w komentariacie.

Być może więc nie tyle mamy do czynienia z końcem demokracji, ile z jej cofnięciem się do stanu pierwotnego: do otwartej dyskusji, w której ramach renegocjujemy kontrakt społeczny i podział zasobów pomiędzy różnymi – nie bójmy się tego słowa – klasami społecznymi.

Udawanie, że wszyscy mają takie same szanse, te same interesy, żyją tak samo i kierują się tymi samymi wzorcami zachowań, przynosi więcej szkody niż pożytku. Spory na tej linii są czymś naturalnym, o ile ponad nimi stoi idea wspólnoty narodowej, w której różne klasy pełnią różne funkcje, a żadna z nich nie jest dyskryminowana, wyzyskiwana ani pogardzana.