Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Kebab na dowóz podrożeje. Ile warta jest godność dostawców?

przeczytanie zajmie 6 min
Kebab na dowóz podrożeje. Ile warta jest godność dostawców? Kurier dostarczający jedzenie; źródło: http://elements.envato.com/

Dostawy jedzenia stały się symbolem wygody późnego kapitalizmu szybkie, tanie i dostępne na jedno kliknięcie. Ich prawdziwy koszt ponoszą jednak kurierzy, pracujący w cieniu algorytmów, bez stabilności i realnej ochrony prawa pracy. Ostatecznie płaci również społeczeństwo przyjmujące imigrantów, którzy nigdy nawet nie zaczną procesu integracji. Z tym wszystkim walczy unijna dyrektywa, która w tym roku ma zostać wprowadzona do Polski. Czeka nas kolejny konflikt i walka z lobby?

Dostawy jedzenia do domu zyskały na popularności podczas pandemicznych lockdownów, gdy zamknięte były restauracje. Wciąż jednak poszerzają grono swoich odbiorców. Poszczególne aplikacje są reklamowane przez najbardziej rozpoznawalnych celebrytów i podczas największych imprez sportowych. To, że posiłek dociera do nas, zanim zdąży wystygnąć, zawdzięczamy pracy kurierów, zarządzanych przez kłębek nieprzejrzystych algorytmów.

Oprócz trudnych warunków pogodowych i obciążenia noszonego na plecach, dostawcy muszą sobie radzić z niepewnością potęgowaną przez nierównowagę między nimi a cyfrowymi platformami. Czy unijne prawo może poprawić ich sytuację? Jak wdrożymy je w Polsce?

Sekrety pomidorowej

Początek roku to czas podsumowań. Jedna z aplikacji do zamawiania jedzenia przy tej okazji opowiada o swoim rekordziście. Klient z Poznania zamawiał dowóz 705 razy w ciągu minionego roku, a jego ulubionym daniem była zupa pomidorowa. Większość z nas jednak wciąż nie przekonała się do tej usługi i korzystamy z niej sporadycznie.

Jak pisze „Rzeczpospolita”, przeciętny Polak zamawia jedzenie z dostawą raz rocznie, podczas gdy przeciętny Francuz cztery razy, a Koreańczyk (oczywiście z południa) aż 20 razy. Oprócz tradycji gotowania w domu, powstrzymują nas przed tym koszty zamawianego jedzenia.

Żeby rywalizować ceną dostaw, firmy stojące za aplikacjami tną koszty pracy. Wiele z nich korzysta w tym celu z pośredników nazywanych partnerami. Chociaż kurierzy bywają zatrudniani na umowę o pracę, to większość pracuje w oparciu o umowy cywilnoprawne, często jako samozatrudnieni.

Zdarzają się jednak pośrednicy współpracujący z dostawcami w oparciu o umowę wynajmu pojazdu. Fakt, że tym pojazdem ktoś musi przez cały dzień kierować oraz wnosić zamówienia na kolejne piętra budynków, jest w takich przypadkach pomijany. Oczywiście występują również przypadki współpracy całkowicie nieformalnej, bez pisemnej umowy. Obie te — nierzadkie — sytuacje stanowią ordynarne przykłady łamania prawa.

Faktyczne warunki współpracy są narzucane przez aplikację pośredniczącą między klientem a restauracją i dostawcą. Stawka jest wyświetlana za każdym razem, gdy kurierowi proponowany jest kurs. Jeśli kwota nie odpowiada dostawcy, może odrzucić propozycję, ale nie ma gwarancji, kiedy otrzyma następną. Na wysokość stawki wpływają proporcje popytu i podaży, zależne od pogody i liczby chętnych do pracy danego dnia, ale też od kalendarza – na przykład najwięcej zamówień przypada na Walentynki.

Dynamiczne stawki pozwalają aplikacjom sięgać po kurierów wtedy, gdy najbardziej ich potrzebują, z drugiej strony zamieniając pracę kuriera w nieustanną grę: czy opłaca się przyjąć dany kurs, czy lepiej poczekać na korzystniejszą ofertę?

A co jeśli na następne zamówienie przyjdzie czekać dłużej niż zwykle? Po pewnym czasie kurierzy zaczynają wyczuwać, jakie zachowania system chce im „wynagrodzić”, a za jakie „ukarać”. Premiowana jest oczywiście pełna dyspozycyjność, szczególnie w godzinach szczytu.

Pod wirtualną bramą

Ta sytuacja przypomina nieco nowoczesną wersję tłumu chętnych do pracy stojącego u bram fabryk, jak w „Ziemi Obiecanej”. Jeśli im się poszczęści, zarobią dniówkę, jeśli nie, to ich strata. Wśród tego wirtualnego tłumu wielu jest obcokrajowców i to nie tylko z Ukrainy. To dla nich logiczny wybór, jako że praca dostawcy nie wymaga na ogół znajomości języka i może być łączona ze studiami lub innymi obowiązkami.

Można się na to zżymać jak goszczący w podkaście „Dwie Lewe Ręce” przywódca prawego skrzydła brytyjskiej Partii Pracy Maurice Glasman. Nazwał on współczesny model usług „Deliveroo economy” – od nazwy popularnej na Wyspach aplikacji do zamawiania jedzenia.

Ciskał gromy na ściąganie imigrantów, żeby dowozić posiłki narodowi, który zapomniał, jak się gotuje. Mimo zapewnień przedstawicieli branży o jej dynamicznym rozwoju, większość z nas w Polsce dalej nie korzysta z tego rodzaju usług. Zasadnym jest jednak pytanie, na ile społeczeństwo powinno ponosić koszty związane z przyjmowaniem przybyszów z dalekich krajów, tylko po to, żeby robili za taksówkarzy dla dostawy kebaba na cienkim cieście późną nocą.

Imigracja ma dosyć szerokie poparcie, jeśli wymagają jej branże potrzebne społeczeństwu i cierpiące na brak rąk do pracy. Trzeba sobie powiedzieć wprost, że przywożenie kulinarnych zachcianek nie powinno stanowić takiego priorytetu. Truizmem będzie jeśli dodamy, że w trójkącie między noclegiem dzielonym z innymi kurierami, restauracją wydającą kolejne zamówienia, a klientem, którego obchodzi jedynie czas dostawy, o żadnej integracji ze społeczeństwem nie może być mowy.

Cywilizacyjny standard

Naturalną nierównowagę między pracodawcą a pracownikiem powinno w teorii równoważyć prawo pracy. Jak zwracaliśmy uwagę przy okazji publikacji raportu „Okiełznać podatkowy chaos. Propozycja reformy w duchu jednolitej daniny”, polski system podatkowo-składkowy premiuje obchodzenie umów o pracę przez zawieranie innego rodzaju stosunków umownych.

W realiach pracy przez aplikację konsekwencje tego trendu są jeszcze dotkliwsze, bo po drugiej stronie zamiast miejscowego biznesmena-cwaniaczka znajduje się zagraniczny cyfrowy moloch zbierający olbrzymie ilości danych, żeby wyliczyć, w jaki sposób z każdego pracownika wydusić jak najwięcej i zapłacić za to jak najmniej.

Skala problemu nie pozwalała na jego dalsze ignorowanie w Unii Europejskiej, tym bardziej że niektóre państwa, takie jak Hiszpania, podejmowały próby wprowadzania regulacji na własną rękę. Będąca efektem długich negocjacji dyrektywa platformowa obejmuje wszystkich pracujących za pośrednictwem platform, podlegających zautomatyzowanym systemom monitorującym lub decyzyjnym.

Samo korzystanie z portalu, na którym zamieści się ogłoszenie o gotowości do świadczenia danych usług, nie będzie jej zatem raczej podlegać, ale aplikacje oceniające szybkość i skuteczność pracowników będą już musiały się jej podporządkować. Przepisy dotyczą wszystkich pracujących za pośrednictwem cyfrowych platform, niezależnie od rodzaju umowy, jaką nawiązali.

Nie są przy tym zawężone do konkretnej branży, oprócz dostawców jedzenia obejmą także taksówkarzy, tłumaczy i innych „wolnych strzelców” podpiętych pod platformy.

Ważnym elementem jest wymóg przejrzystości decyzji podejmowanych przez systemy. Zasady oceniania muszą być jasno zakomunikowane pracownikom przed podjęciem pracy, jak i później, na ich żądanie.

Tusku musisz, Nawrocki też

Ponieważ mamy do czynienia z dyrektywą, jej stosowanie w państwach członkowskich wymaga przyjęcia odpowiednich przepisów krajowych. Termin jej wdrożenia upływa 2 grudnia bieżącego roku. Będzie to poważne wyzwanie dla rządu, ponieważ kluczowy element dyrektywy przewiduje wprowadzenie domniemania istnienia stosunku pracy wobec osób pracujących za pośrednictwem platform, jeżeli stwierdzone zostaną okoliczności faktyczne wskazujące na sprawowanie kierownictwa i kontroli.

Domniemanie to będzie mogło zostać obalone przez platformę, jeżeli wykaże ona, że dana relacja nie miała charakteru typowego stosunku pracy, na przykład poprzez wskazanie na swobodę pozostawioną zleceniobiorcom w zakresie realizacji zadań. Istotne jest przy tym, że domniemanie nie będzie działało wstecz dalej niż do grudnia 2026 roku.

Wdrożenie domniemania stosunku pracy będzie stanowiło poważne wyzwanie dla rządu, który dopiero co wszedł w publiczny spór na ostatnim etapie reformy przyznającej nowe uprawnienia Państwowej Inspekcji Pracy. Premier Donald Tusk, który publicznie skrytykował minister Agnieszkę Dziemianowicz-Bąk za – w jego ocenie – blokowanie deregulacyjnej agendy rządu, będzie teraz musiał zaakceptować mechanizm rozstrzygający, kto, pracując za pośrednictwem aplikacji, jest etatowym pracownikiem, a kto jedynie dorabia w ten sposób okazjonalnie.

Jednocześnie będzie musiał uzasadnić brak takich mechanizmów dla osób pracujących na „umowach śmieciowych” bez wirtualnego komponentu. Co natomiast dotyczy podpisu prezydenta, to pozostaje mieć nadzieję, że ewentualne wątpliwości rozwieją argumenty ze strony związków zawodowych. Chociaż „Solidarność” nie ma istotnej reprezentacji w tym sektorze, nacechowanym przez dużą rotację i luźne związki między kurierami i taksówkarzami, którzy konkurują o każdy kurs.

Nie jest to jedna z tych dyrektyw, które można wdrożyć poprzez przetłumaczenie kilku przepisów i doklejenie ich do obowiązującej ustawy. Zapewne branża będzie używać wszystkich form wpływu na decydentów, żeby jej brzmienie w polskiej implementacji jak najbardziej rozmyć, a skutki opóźnić.

Już teraz publicznie liczy wartość swojego wkładu w gospodarkę i biada nad kosztami, jakie przyniesie im zatrudnianie kurierów i kierowców według powszechnie obowiązujących reguł. Doprowadzi to również najpewniej do wzrostu cen dowożonego jedzenia.

Kształt naszego kodeksu pracy, którego rdzeń pochodzi z 1974 roku, może być nieco skostniały jak na potrzeby współczesnej gospodarki zarządzanej przez cyfrowe narzędzia. Nie tworzy również korzystnych ram prawnych dla tych, którzy szukają jedynie sposobu na dorobienie sobie na boku.

Ważne jednak, żebyśmy nie dali się skusić się bajkom o pełnej elastyczności i nie szukali obejścia ani rozmycia dla zapewnienia godności każdej uczciwej pracy.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.