Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

2 miliony z nas żyje w skrajnym ubóstwie, a prawie nikt nie czuje się biedny. O co tu chodzi?

2 miliony z nas żyje w skrajnym ubóstwie, a prawie nikt nie czuje się biedny. O co tu chodzi? źródło: http://elements.envato.com/

Badanie CBOS pokazuje wyraźny trend: coraz rzadziej identyfikujemy siebie i innych jako osoby ubogie. Jednocześnie dane wskazują na dwa miliony Polaków dotkniętych ubóstwem skrajnym. Czy bieda faktycznie maleje, czy po prostu przestajemy ją dostrzegać?

Panie profesorze, według CBOS tylko 3 proc. respondentów deklaruje, że są oni osobami biednymi. Jak mamy to rozumieć?

Tożsamość osoby biednej nie jest społecznie atrakcyjna; ludzie raczej niechętnie przyznają, że są ubodzy. Często uważają, że to ktoś inny jest biedny, ale nie oni sami. Z tego względu ten wynik może być zaniżony w stosunku do ponad 5 proc. skrajnie ubogich według badań GUS.

Wiele zależy też od tego, jak sformułujemy pytanie. Gdybyśmy spróbowali zapytać o to samo zjawisko, ale bez używania słów „bieda” czy „ubóstwo”, np. ocena własnej sytuacji materialnej, to jako złą lub bardzo złą oceniało już ponad 4 proc..

W tym samym badaniu czytamy jednak, że odsetek deklarujących, że znają osobę naprawdę biedną spadł z 62 proc. w 2017 roku do 48 proc. w 2025 roku.

Gdybyśmy zapytali na przykład o kontakt z osobami bezdomnymi – nawet jeśli ich liczba nie jest bardzo duża – to samo doświadczenie spotkania ich w przestrzeni publicznej, zwłaszcza w dużych miastach, może być udziałem wielu osób. Pytanie więc, co to znaczy znać osobę naprawdę biedną.

Mimo tych zastrzeżeń, trend jest wyraźny. Dużo mniej osób niż w przeszłości ocenia swoje warunki materialne jako złe lub bardzo złe, choć nadal duża grupa deklaruje, że zna takie osoby.

Z czego to wynika?

Możliwe, że w przypadku pytań zadawanych przez CBOS duże znaczenie ma cały dyskurs, który toczy się w Polsce od 2016 roku. Nie chodzi tu wyłącznie o rzeczywiste dane dotyczące ubóstwa czy obiektywne wskaźniki.

Utrwaliło się przekonanie, że wprowadzenie programu 500+ znacząco ograniczyło ubóstwo dzieci. O ile skuteczność demograficzna tego świadczenia bywa często kwestionowana, o tyle w kwestii ubóstwa dominuje raczej przekaz, że było ono skuteczny – nie zlikwidowało ubóstwa, ale je znacznie ograniczyło.

Gdy łączy się te dwa wątki, ubóstwo i transfery pieniężne i ludzie nieustannie słyszą o wprowadzaniu kolejnych świadczeń oraz rosnących wydatkach socjalnych, może uruchamiać się prosty mechanizm myślowy: skoro wydajemy tak dużo pieniędzy i wprowadzamy nowe programy, to ubóstwo powinno być mniejsze. Niezależnie od tego, co pokazują konkretne wskaźniki, bo CBOS nie pyta o wiedzę ekspercką, a opinie.

A co wiedza ekspercka mówi? Ubóstwo realnie maleje czy my po prostu postrzegamy je jako niższe?

Z danych wynika, że ubóstwo, zwłaszcza skrajne, w 2023 roku wyraźnie wzrosło, co stało się przedmiotem szerokiej debaty publicznej. W 2024 roku nastąpił jednak spadek do poziomów sprzed 2023 roku, a więc relatywnie niskich.

Od 2016 roku, po znaczących spadkach w latach 2016–2017, poziom ubóstwa skrajnego, mierzony odsetkiem osób w skrajnie ubogich gospodarstwach domowych, utrzymuje się na dość niskim poziomie. Nie zmienia to jednak faktu, że w ujęciu bezwzględnym mówimy w 2024 roku o niemal dwóch milionach osób żyjących w takich gospodarstwach.

A to pokazuje, że nawet „niski” odsetek przekłada się na bardzo dużą liczbę ludzi. Gdyby jednak wziąć pod uwagę granicę ubóstwa relatywnego, czyli 50 proc. średnich wydatków, wówczas ta liczba zwiększa się już do 5 milionów. Tu mieliśmy niewielki wzrost w 2024 r.

Jak wytłumaczyć te spadki i wzrosty?

Z jednej strony w 2024 roku inflacja została względnie opanowana, co samo w sobie poprawiło sytuację realnych dochodów gospodarstw domowych. Z drugiej zaś – nastąpiła jednorazowa podwyżka świadczenia wychowawczego, program 500+ został podniesiony do 800+.

I właśnie w przypadku ubóstwa skrajnego wśród dzieci oraz rodzin z dziećmi spadek był znacznie wyraźniejszy niż w przypadku ogółu społeczeństwa.

We wspomnianym 2023 roku pojawiły się tezy, że „500+ przestało działać”, bo obserwowaliśmy wzrost ubóstwa. Wtedy zwracałem uwagę, że problemem nie była nieskuteczność samego programu, lecz utrata jego realnej wartości; brak systematycznej waloryzacji sprawił, że przy wysokiej inflacji jego siła ochronna znacząco osłabła.

Podwyżka do 800+ w 2024 roku tę funkcję w dużej mierze przywróciła, co działo się też w sprzyjających warunkach ogólnych.

Tymczasem w sondażu CBOS badani za główny czynnik prowadzący do biedy uznali niezaradność życiową, bezradność w załatwianiu spraw (56 proc.), a w drugiej kolejności – lenistwo, niechęć do podejmowania pracy (51 proc.). Czy rzeczywiście ubóstwo w Polsce to dziś przede wszystkim problem postaw i kompetencji?

Jak pan zapyta ekonomistów, to powiedzą panu, że Polska jest w złotym wieku pod względem rozwoju gospodarczego. Bezrobocie jest niskie, a zatem ubóstwo powinno spadać, ponieważ ludzie mają więcej możliwości samodzielnego wydobycia się z trudnych sytuacji.

W latach dziewięćdziesiątych, gdy dominował dyskurs „bezrobocie równa się ubóstwo”, zwracałem uwagę, że to uproszczenie. Starałem się przekonywać, że gdybyśmy mieli odpowiednio wysokie świadczenia dla bezrobotnych, to osoby bez pracy wcale nie musiałyby być ubogie. Wtedy ten argument słabo się przebijał.

Być może dziś jest tego większa świadomość. Ubóstwo jest też wynikiem decyzji politycznych. Niepodnoszenie 500+ w okresie dużej inflacji było jedną z nich.

Skąd to przekonanie?

Wprowadzenie programu 500+ oraz jego świadome niepodwyższanie pokazało, że transfery pieniężne realnie wpływają na ubóstwo. W efekcie tego świadczenia mamy dziś do czynienia z sytuacją, w której ubóstwo jest łagodniejsze, bo istnieje więcej źródeł wsparcia, przynajmniej w przypadku rodzin z dziećmi.

To nie znaczy jednak, że problem zniknął. Szczególnie trudna pozostaje sytuacja osób samotnych nie w pełni sprawnych w wieku produkcyjnym bez świadczeń rentowych, a także części emerytów, zwłaszcza tych, których świadczenia są niskie, lub mających wysokie potrzeby zdrowotne i opiekuńcze. Większość osób skrajnie ubogich zamieszkuje obszary wsi pozaaglomeracyjnych.

Generalnie skłaniam się ku wyjaśnieniom o charakterze strukturalnym. Takie podejście dominowało w Polsce w latach dziewięćdziesiątych i na początku XXI wieku. Nowe zjawiska bezrobocia i ubóstw łączono często ze sobą.

Później zaczęło się to zmieniać, coraz częściej pojawiały się narracje indywidualizujące: że przyczyną ubóstwa jest niezaradność, lenistwo czy alkoholizm. Jeśli społeczeństwo dostrzega, że bezrobocie jest niskie, to spada udział tych, którzy widzą w nim przyczynę pozostawania w ubóstwie.

Jakie więc są te czynniki strukturalne?

Są niezależne od samych jednostek czy rodzin. Zależą one od sytuacji gospodarczej, społecznej i politycznej, od tego, jakie programy proponuje rząd, samorządy i w jaki sposób są one realizowane. W tym obszarze wciąż mamy bardzo dużo do zrobienia, choćby w kwestii bezdomności.

Jednym z najbardziej skutecznych rozwiązań jest program „Najpierw mieszkanie”. Pytanie brzmi: ile mieszkań faktycznie oferuje się osobom bezdomnym dużych miastach w miastach na prawach powiatu? Gdybyśmy to sprawdzili, zobaczylibyśmy skalę niedoboru pomocy mieszkaniowej dla tej grupy.

Podobnie byłoby, gdybyśmy przyjrzeli się innym elementom polityki społecznej – centralnej, regionalnej i lokalnej. Widać tam zarówno chroniczne niedofinansowanie usług społecznych, jak i problemy organizacyjne oraz nieufność wobec osób potrzebujących wsparcia.

Do tego dochodzi inflacja. Jeżeli przy wysokiej inflacji, takiej jak w latach 2021–2023, nie waloryzuje się kluczowych świadczeń, to wzrost ubóstwa jest niemal nieunikniony. Dla mnie to wyraźny sygnał, że mamy do czynienia raczej z problemem decyzji politycznych niż z „winą” samych rodzin i ich strategii życiowych.

Czyli czynniki indywidualne nie mają tu nic do rzeczy?

Mają, ale powinny być widziane w kontekście uwarunkowań szerszych i niezależnych od decyzji indywidualnych. Ubóstwo lat dziewięćdziesiątych było konsekwencją transformacji gospodarczej i masowego bezrobocia oraz decyzji politycznych. Ubóstwo w PRL-u także istniało, szczególnie w latach osiemdziesiątych, i było związane ze specyficznym cechami funkcjonowania tamtego systemu.

Podobnie dziś: jeśli spojrzymy na Ukrainę, widzimy ogromną skalę ubóstwa, ale jego przyczyną jest wojna, zniszczenie mieszkań i infrastruktury, przesiedlenia. To nie są decyzje ludzi, których te problemy dotykają. Dlatego jestem sceptyczny wobec czysto indywidualistycznych wyjaśnień w stylu: „gdyby tylko chciał, to by się wyrwał”.

Gdy mówimy o przyczynach trwania w ubóstwie, powinniśmy przede wszystkim patrzeć na kontekst decyzji indywidualnych – strukturalne uwarunkowania, sposób działania instytucji, decyzje polityczne.

Odpowiedzialność nie spoczywa wyłącznie na rządzie. Bardzo wiele zależy od samorządów, a te, zwłaszcza uboższe, często nie są w stanie skutecznie realizować nawet dobrze zaprojektowanych programów centralnych.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.