Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Nie tylko „Opowieści z Narnii”. C.S. Lewis o prawdziwej miłości i chrześcijaństwie

przeczytanie zajmie 14 min
Nie tylko „Opowieści z Narnii”. C.S. Lewis o prawdziwej miłości i chrześcijaństwie ed. Bruno Dziadkiewicz

C.S. Lewisa kojarzymy współcześnie głównie z 7-tomowym cyklem Opowieści z Narnii, czy przyjaźni z J.R.R. Tolkienem. Tymczasem Lewis parał się również apologetyką, czyli obroną podstaw wiary chrześcijańskiej, oraz pisał eseje na temat miłości. Jednak czy jego świecka teologia może dziś jeszcze kogokolwiek nawrócić? A może jest to jedynie pisarstwo „ku pokrzepieniu serc” chrześcijan?

Amerykański psycholog James Hillman twierdził, że każdy z nas ma swego rodzaju „daimona” – termin ten pochodzi z pism Platona – ducha, który prowadzi nas przez życie do realizacji własnego przeznaczenia. Wszystkie doświadczenia, które nas spotykają – także te traumatyczne i trudne – są narzędziem w ręku „przeznaczenia”.

Zdaniem Hillmana, gdyby nie doświadczenie choroby, przemocy domowej czy jakiejkolwiek innej traumy, wielu ludzi nie byłoby tym, kim się stali – wybitnymi artystami, muzykami czy reżyserami. Nie inaczej było z C.S. Lewisem.

Zaczarowane dzieciństwo

Clive Staples Lewis urodził się w 1898 r. w Belfaście w Irlandii, w dość zamożnej rodzinie walijskiego pochodzenia. Jego ojciec – Albert James Lewis – był prawnikiem.

Wiemy, że zarówno ojciec, jak i matka – Florence Augusta Lewis – próbowali swoich sił w pisaniu opowieści fantastycznych. Bez większego skutku – chociaż matce udało się jedno z opowiadań opublikować na łamach gazety „The Household Journal”.

Z jednej strony, młodego Lewisa kształtowały idylliczne doświadczenia rodzinnego domu – choćby przesiadywanie wraz z kuzynami w wykonanej przez ojca bogato rzeźbionej szafie z dębowego drewna. Lewis snuł przed nimi wymyślone przez siebie przygodowe opowieści – czyż nie ona posłużyła za wzór tytułowej „starej szafy”, będącej wrotami do Narnii?

Innym magicznym miejscem, które niewątpliwie musiało odcisnąć piętno na wyobraźni i wrażliwości Lewisa, była biblioteka rodziców. To tam przesiadywał wraz ze swoim bratem Warrenem, który również został pisarzem, choć bez takich sukcesów – połykając powieści dla dzieci, historie o rycerzach i cudownych antropomorficznych postaciach.

Biografia Lewisa obrazuje, jak bardzo na bycie-w-świecie, tożsamość i osobowość wpływa lokalna i niepowtarzalna specyfika, w której dokonuje się dojrzewanie człowieka. Specyfika kraju, społeczne otoczenie, rodzina, a nawet klimat domu z jego meblami, które mogą się okazać „magiczne”. Jeżeli rację ma Hillman, że świat jest zaczarowanym miejscem, w którym wszystko jest przejawem psyche, rozumnego losu, to dom Lewisa mógłby stanowić tego empiryczny dowód.

Wygnanie z Narnii

Tak jak młody pisarz doświadczył dziecięcego Edenu, tak i przeżył również brutalne wygnanie w surowość życia – w świat, w którym miłość nie jest czymś oczywistym, zaś doświadczenie przemocy i codzienna praca w wielkich trudach są codziennością.

Pierwszym takim doświadczeniem była śmierć jego matki w 1908 r. – Clive miał wówczas 20 lat. Był to cios dla całej rodziny i koniec idylli. Ojciec pisarza nigdy się nie podniósł po śmierci żony.

Stał się wybuchowy i popadał z synami w konflikty. Ten stan rzeczy nie zmienił się aż do jego śmierci. Z kolei Warren Lewis przez całe swoje dorosłe życie zmagał się alkoholizmem.

Kolejnym etapem „wygnania z raju” była edukacja w Wynyard School – szkole z internatem znajdującej się w mieście Watford. Zamiast obszernego domu z bogatą biblioteką – surowy budynek nie posiadający żadnej, choćby małej biblioteczki.

Znikło ciepło domowego ogniska, którego zaznał za życia matki. Teraz rytm życia Lewisa wyznaczał dyrektor szkoły, człowiek z sadystycznymi skłonnościami. Już po przenosinach do prywatnego gimnazjum Cherbourg House w Malvern – Lewis porzucił wiarę i stał się ateistą.

Lewis doświadczył także piekła I wojny światowej – jako członek batalionu kadetów został ranny w okopach Francji. Podczas wojny zginął jego przyjaciel Edward F.C. Moore ps. „Paddy” – obydwaj obiecali sobie, ze w razie śmierci jednego z nich ten, który przeżyje, zaopiekuje się matką przyjaciela. Przyszły pisarz i apologeta dotrzymał słowa – po wojnie przeprowadził się do domu Jane Moore, z którą mieszkał aż do jej śmierci przeszło trzydzieści lat później.

Lewisowskie „wygnanie z Edenu”, z wiary niejako ochranianej przez magiczno-idylliczne krajobraz jego rodzinnego domu i niewinność dzieciństwa, zaczęło zataczać koło na początku 30. XX wieku, gdy był już wykładowcą na Oxfordzie. C.S. Lewis należał wówczas do tzw. grupy Inklingów – nieformalnej grupy pracujących na Oxfordzie intelektualistów i pisarzy, którzy spotykali się w pubach, by dyskutować na tematy filozoficzne oraz dzielić się efektami swojej pracy twórczej.

Oprócz C.S. Lewisa do grupy należał J.R.R. Tolkien – jak wiemy z jego prywatnej korespondencji, gorliwy katolik. To pod wpływem rozmów z Tolkienem oraz lektury m.in. G.K. Chestertona Lewis ostatecznie wrócił do chrześcijaństwa.

Nie traktujmy naszych namiętności zbyt poważnie

Jak pokazuje jego apologetyczna twórczość – było to chrześcijaństwo inne niż to po dziecięcemu zaczarowane. Było oczyszczone – dojrzałe doświadczeniem surowości życia, wojennej przemocy i ludzkich słabości. Czytając apologetykę Lewisa widzimy, że jest pozbawiony złudzeń co do natury człowieka.

Trudne i skrajne doświadczenia nie doprowadziły jednak pisarza do zgorzknienia czy cynizmu. Jego apologetyka, zwłaszcza tam, gdzie trzeba było wskazać ciemne strony rzeczywistości, była naznaczona charakterystycznym dla twórców z Wysp zdrowym dystansem i angielskim humorem.

Książką, które dobrze obrazuje styl myślenia C.S. Lewisa, są z pewnością Cztery miłości. Szczególnie wartościowe jest jego rozumienie przyjaźni i miłości erotycznej. Zacznijmy od tej pierwszej.

C.S. Lewis rozumie ją w klasycznie greckim rozumieniu tego terminu – jako zgodność co do spraw „boskich i ludzkich”, czyli dobrowolną więź pomiędzy dwoma osobami podzielającymi te same wartości i posiadającymi ten sam cel. To właśnie wspólny cel jest tym, co najmocniej spaja przyjaźń. Co więcej, wymaga ona też pewnych zdolności moralnych – ograniczenia egoizmu, życzliwości i pragnienia dobra dla drugiego.

„«Nienaturalność» przyjaźni wyjaśnia w dużej mierze, dlaczego otaczano ją aż taką czcią w czasach starożytnych i średniowiecznych […] Natura, emocje oraz ciało budziły lęk jako zagrożenia dla duszy, ewentualnie były traktowane z pogardą jako poniżające dla ludzkiej godności.

Naturalnie więc, że ceniono to uczucie, które robiło wrażenie najbardziej niezależnego od natury […] Przywiązanie albo miłość erotyczna były w zbyt oczywisty sposób splecione z naszym układem nerwowym. Nie da się nie zauważyć, że obie formy uczucia łączą nas ze światem zwierząt […].

Za to przyjaźń – a więc piękny, spokojny i racjonalny świat związków zawieranych z wyboru – pozostaje wolna od tej materialnej więzi. Jak się wydaje ona jedna ze wszystkich miłości potrafi ludzi podnosić na poziom bogów czy aniołów” – czytamy w Czterech miłościach.

To właśnie przyjaźń była tym rodzajem więzi, który był najbardziej ceniony przez starożytnych. Nie miłość romantyczna, nie usilne szukanie drugiej połówki, z którą stopimy się w namiętnym uścisku. Dla Arystotelesa przyjaźń wydawała się wręcz niezbędna do szczęścia.

Refleksje na temat przyjaźni dość dobrze uzupełnia opis miłości romantycznej. Miłość romantyczna – jak pisze w książce Miłość nie istnieje prof. Tomasz Szlendak – była do niedawna podstawowym mitem, który meblował mieszkańcom naszej planety co najmniej przez ostatnie pół wieku wyobrażenie na temat tego, czym jest szczęście.

Szczęśliwy człowiek to taki, którego przeszyje strzała Amora na widok osobnika płci przeciwnej, a uczucie to spotka się ze wzajemnością. I wtedy, napędzani przez uczucia nie do odparcia, będziemy żyć długo i szczęśliwie, stapiając się ze sobą niemalże w jeden organizm.

Większość komedii romantycznych kończy się na tym etapie – kiedy dwoje ludzi po różnych perypetiach w końcu rzuca się sobie w ramiona i rozpoczyna wspólne życie. Dalszej opowieści nie ma.

I oczywiście, teoretycznie wiemy, jak bardzo połowiczna i nieprawdziwa jest to opowieść. Mimo wszystko jednak dla wielu współczesnych owa „strzała Amora” stanowi warunek konieczny wejścia w związek. Inaczej mamy do czynienia z czymś nieautentycznym, sztucznym.

Sądzę, że pomimo kryzysu miłości romantycznej – o czym pisze Szlendak dalej mamy ją głęboko wdrukowaną. Zaś nasze superego, ilekroć próbujemy wejść w związek z kimś do kogo nie pałamy silną romantyczną namiętnością, wyrzuca nam nieautentyczność, mówi, że „to nie to”.

C.S. Lewis znakomicie odczarowuje to spojrzenie i pomaga wyzwolić się od kompulsywnego poszukiwania „tego czegoś”. Przede wszystkim realistycznie zwraca uwagę na wpisaną w naturę miłości romantycznej niestałość.

„Czy w owym stanie altruistycznego wyzwolenia dla się wytrwać przez całe życie? Najwyżej przez tydzień – nawet najwspanialsi zakochani osiągają tak wywyższony stan raz na jakiś czas” – pisze Lewis. Zakochanie nie może być zatem warunkiem spoistości związku kobiety i mężczyzny. Co zaleca Lewis? Przede wszystkim zdrowy dystans:

„Nie wolno nam szukać absolutu w rzeczach cielesnych. Kiedy z małżeńskiego łoża wygnamy zabawę i śmiech, może się okazać, że wpuścimy do niego fałszywą boginię, nawet bardziej fałszywą niż Afrodyta, którą starożytni Grecy wprawdzie czcili, ale zarazem mieli świadomość, że jest boginią «miłującą śmiech» […] Nie musimy wyśpiewywać miłosnych duetów na łzawą, łamiącą serce modłę, niczym Tristan i Izolda z opery Wagnera; śpiewajmy częściej jak Papageno i Papagena” [z Czarodziejskiego fletu Mozarta – red.].

To właśnie w tym punkcie ujawnia się charakterystyczny dla Lewisa – podobną postawę znajdujemy u Chestertona i u wielu innych pisarzy i myślicieli z Wysp – zdrowy dystans. Don’t take it too serious. David Hume, angielski XVII-wieczny sceptyk, napisał niegdyś, że nie ma lepszego lekarstwa na kryzys egzystencjalny niż pójście z przyjacielem na piwo.

Podobnego ducha – przy zachowaniu wszelkich proporcji – znajdujemy również u Lewisa. Nie bierzmy zbyt poważnie naszych namiętności – czasami najlepszym lekarstwem na ludzkie ułomności i zmagania jest poczucie humoru i śmiech.

Może więc dziś – my, współcześni mężczyźni i kobiety – zamiast stawiać na niepewną kartę „strzały Amora” powinniśmy dobierać się przede wszystkim szukając przyjaźni? Jak twierdził św. Tomasz z Akwinu – małżeństwo jest przede wszystkim przyjaźnią. Romantyczne uniesienia raz będą, raz nie, ale prędzej czy później znikną.

Wzajemna życzliwość oparta na wspólnym patrzeniu na świat w sprawach fundamentalnych jest zdecydowanie bardziej trwałym spoiwem. A jak pokazuje doświadczenie – ci, co zaczynali od romantycznego uniesienia, by ich związek przetrwał, musieli nauczyć się przyjaźni.

Lewis był dziedzicem angielskiego sceptycyzmu

Inną cechą apologetyki Lewisa jest „angielski sceptycyzm”. W dziele zatytułowanym Chrześcijaństwo po prostu, uzasadniając istnienie prawa naturalnego, posługuje się rozumowaniem niemal żywcem wyjętym z filozofii Davida Hume’a. Lewis pisze tak:

„To co zwykle nazywamy prawem natury – na przykład wpływ pogody na rosnące drzewo – może nie być prawem w ścisłym sensie, a tylko w przenośni. Jeśli mówimy, że spadające kamienie zawsze przestrzegają prawa ciążenia, to czy «prawo ciążenia» nie oznacza jedynie «tego, co zawsze się dzieje z kamieniami»? Innymi słowy, nie można być pewnym, czy istnieje coś poza faktami samymi w sobie – czy istnieje jakieś prawo mówiące, co ma się stać (różne od samych wydarzeń”.

Jest to przebieg myśli analogiczny do twierdzeń Hume’a – z zaobserwowanych powtarzalnych zjawisk nie wynika to, że istnieje jakieś odwieczne prawo sterujące w sposób konieczny przyrodą. Jednak brytyjski sceptycyzm i empiryzm, który – zwłaszcza w wydaniu Hume’a – prowadził raczej do usuwania Boga z przestrzeni racjonalnych badań, w umysłach apologetów chrześcijaństwa takich jak Lewis stanowił oręż jej obrony.

Podobną tendencję widać również, jak pisał Marcin Suskiewicz, u świeżo upieczonego doktora Kościoła – św. Johna Henry’ego Newmana: „Zacznijmy więc od obserwacji, że Newman, który, jak wiemy, czytał Hume’a, a przypuszczalnie także Johna Locke’a, często używa języka empiryków, pojęć takich jak wrażenia, fenomeny, idee.

Poznanie ogranicza się do tego, co dostarczą zmysły (a więc «fenomenów», własności rzeczy takich, jak na przykład kolor), natomiast o substancji, czyli o tym, czym dana rzecz jest («sama w sobie»), nie wiemy nic”.

Jednak – w odróżnieniu od Hume’a – Lewis nie jest już tak sceptyczny względem istnienia obiektywnych praw moralnych. Nie uznaje ich – w odróżnieniu słynnego angielskiego sceptyka,– za efekt przekazywanego z pokolenia na pokolenie przyzwyczajenia, kierowanego uczuciem sympatii.

„Podobnie jak ciałami materialnymi rządzi prawo ciążenia, a organizmami żywymi prawo biologii, tak istota zwana człowiekiem posiada własne prawo – z tą zasadniczą różnicą, że ciało nie wybiera, czy chce się stosować do prawa ciążenia, człowiek zaś może zdecydować, czy ma przestrzegać prawa ludzkiej natury czy też nie. (…)

Otóż zawsze znajdzie się ktoś, kto by twierdził, że nie wierzy w różnicę między słusznością a niesłusznością, a za chwilę sam wycofa się ze swoich słów. Może się zdarzyć, że nie dotrzyma danej ci obietnicy, ale spróbuj tylko złamać obietnicę złożoną jemu, a nie zdążysz się nawet obejrzeć, kiedy zacznie narzekać, że to nie fair”.

Zatem sam fakt tego, że odwołujemy się do takich konceptów jak słuszność – niezależnie od tego, jak go konkretnie rozumiemy – stanowi dowód na istnienie obiektywnych norm. Tu Lewis z kolei jest bliższy innej, angielskiej szkole myślenia – intuicjonizmu moralnego, poglądu wedle którego normy moralne są w sposób bezpośredni– a więc intuicyjnie – poznawane przez człowieka jako coś oczywistego.

Grzechy cielesne nie są tak ciężkie jak grzechy duchowe

Chrześcijaństwo po prostu jest szczególnie wartościowe ze względu na to, że zawiera kilka myśli, które odświeżają spojrzenie na chrześcijańską wizję rzeczywistości. Jedną z nich jest refleksja Lewisa na temat moralności:

„Ktokolwiek sądzi, że dla chrześcijan nieczystość to najgorsza przywara jest w grubym błędzie. Grzechy cielesne, choć złe, są najmniej złymi grzechami w ogóle. Wszelkie najgorsze przyjemności są czysto duchowe: przyjemność płynąca z udowadniania, że druga osoba jest w błędzie, przyjemność pomiatania innymi i protekcjonalności, przyjemność mieszania innym szyków czy intryganctwa – przyjemności płynące z władzy i nienawiści.

Bo oto są we mnie dwie rzeczy, które walczą z ludzkim jestestwem, do którego mam zmierzać. Są to dwie inne części jestestwa: część zwierzęca i część diaboliczna. Diaboliczna jest gorsza. Dlatego nieczuły kołtun i faryzeusz, który regularnie chodzi do kościoła, może być znacznie bliżej piekła niż prostytutka. Choć oczywiście najlepiej nie być ani jednym, ani drugim”.

Bez cienia przesady – nie spotkałem się z lepszym zobrazowaniem ewangelicznych słów „celnicy i nierządnice wchodzą przed wami do Królestwa Bożego”. Znakomicie przenikliwy jest też opis Lewisa relacji ludzkiej wolności do łaski.

Spór o to, czy chrześcijanie są zbawieni z łaski, czy także z uczynków był jedną kontrowersji, jakie toczyła chrześcijańską Europę po wystąpieniu Marcina Lutra. Lewis – i to jako anglikanin – idealnie, jak sądzę, opisuje relacje pomiędzy łaską a ludzkimi wysiłkami, które podziela także Kościół katolicki:

„Nie możemy odkryć daremności naszych wysiłków w przestrzeganiu Bożego prawa, o ile nie spróbujemy tego uczynić z całej siły (co i tak skończy się porażką). Jeśli bowiem nie damy z siebie wszystkiego, to cokolwiek byśmy mówili, gdzieś w głębi serca będziemy odnosili wrażenie, że następnym razem, gdyby się bardziej postarać, okazalibyśmy się doskonale dobrzy.

Zatem w pewnym sensie powrót do Boga jest drogą moralnego wysiłku, drogą coraz cięższych prób. Niemniej jednak – w innym sensie – to nie te wysiłki mogą nas ocalić. Wszystkie one prowadzą do przełomowej chwili, w której zwracamy się do Boga, mówiąc: «Ty musisz to zrobić. Ja nie potrafię»”. W punkt.

Operacja na wyobraźni, a nie intelekcie

Lewis w swej apologetyce – i pod tym względem jest on bardzo podobny do Gilberta K. Chestertona – często odwołuje się raczej do wyobraźni aniżeli do abstrakcyjnych pojęć. Być może wziął sobie do serca myśl z Ortodoksji Chestertona, w której stwierdził, że od nadmiaru wyobraźni jeszcze nikt nie zwariował – natomiast od nadmiaru intelektu i abstrakcji owszem.

„W dzieciństwie często miewałem bóle zębów i wiedziałem, że jeśli pójdę do matki, dostanę środek przeciwbólowy, który wieczorem zacznie działać i pozwoli mi spać. Ale nie szedłem do matki – a przynajmniej tak długo jak mogłem wytrzymać ból. […]

Wiedziałem, że na drugi dzień rano zabierze mnie do dentysty […]. Chciałem natychmiastowej ulgi w bólu – ale nie mogłem jej otrzymać dopóki zęby nie zostały zupełnie wyleczone. A ja już dobrze znałem tych dentystów – wiedziałem, że zaczną myszkować po całej szczęce, łącznie z tymi zębami, które nawet nie zaczęły boleć […]

Jeśli wolno mi to tak ująć, nasz Pan jest jak ci dentyści. Daj mu palec, weźmie całą rękę. Dziesiątki ludzi udają się do Niego, aby szukać uleczenia z jakiegoś grzechu, który ich zawstydza albo niszczy im codzienne życie.

Owszem, On wyleczy ich jak trzeba – ale na tym nie poprzestanie. Może o nic więcej nie prosiłeś – ale kiedy go wzywasz, On zapełni ci pełne leczenie”. Tego typu „przypowieści” jest mnóstwo również w książce Lewisa. Na potrzeby apologetyki wykorzystuje swój cały kunszt literacki.

***

Trzeba jednak powiedzieć wprost – apologetyka Lewisa ma istotne ograniczenia. Chrześcijanom da inspirujące myśli, pomagające pogłębić rozumienie prawd wiary. Jednak niechętnych Kościołowi intelektualistów Lewis raczej nie przekona.

Argumenty takie jak chociażby te za istnieniem prawa naturalnego mogą zostać w spójny sposób odepchnięte. Religijne pisarstwo Lewisa jest w mojej ocenie nieco niższej intelektualnie wagi w porównaniu do twórczości G.K. Chestertona.

Nie należy jednak odmawiać Lewisowi retorycznej zręczności i prowokacji do refleksji. Z pewnością część ludzi o otwartych umysłach zainspiruje do poszukiwań. Jednak dziś, jak sądzę, potrzebujemy apologetyki znacznie poważniejszej.

Biorącej się za bary ze współczesną nauką – z kosmologią, biologią czy neuronaukami na czele. Potrzebujemy dziś nie tylko nowych Chestertonów i Lewisów. Potrzeba nam umysłów jeszcze szerszych i sprawniejszych.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.