Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Praworządność to fetysz. Neosędziowie i KRS – o co tak naprawdę się kłócimy?

Praworządność to fetysz. Neosędziowie i KRS – o co tak naprawdę się kłócimy? Autor ilustracji: Bruno Dziadkiewicz

Spór o KRS i status sędziów, który od lat dezorganizuje polski wymiar sprawiedliwości, w niewielkim stopniu uwzględnia prawa obywateli. Nie jest to też konflikt wyłącznie instytucjonalny i prawny, choć tak przedstawiają go obecne władze. Aby go naprawdę zrozumieć – i spróbować rozwiązać – potrzebujemy innego podejścia do filozofii prawa.

Reforma (prawie) wigilijna

23 grudnia minionego roku, kiedy zwyczajni ludzie zajmowali się lepieniem pierogów i pieczeniem pierników, premierę miał kolejny odcinek serialu „kryzys praworządności w Polsce”. Rząd przyjął projekt ustawy o przywróceniu prawa do niezależnego i bezstronnego sądu ustanowionego na podstawie prawa przez uregulowanie skutków uchwał KRS podjętych w latach 2018-2025, szerzej znany jako projekt ustawy praworządnościowej.

Nie jest moim celem dokładna analiza przyjętego dokumentu. Proces legislacyjny i tak zakończy się w tym wypadku wetem Prezydenta RP. Jego przyjęcie jest jednak dobrą okazją do refleksji na temat obecnego stanu debaty na temat „neosędziów”.

Przelano w niej hektolitry atramentu, zaś w kolejce do zapisania czekają niewątpliwie następne setki stronic. Widz, szczególnie nieco mniej wtajemniczony w arkana nauk prawnych, zdaje się tonąć w studni bez dna, zanurzać w głębinach opinii, przepisów, uchwał i oświadczeń, przeplatanych oskarżeniami i wzajemnymi pretensjami.

Wobec tego szumu warto być może powrócić do pytań zasadniczych. Po pierwsze – jakie wartości uzasadnią regulację statusu „neosędziów”? Po drugie – czy taka regulacja jest nam potrzebna, czy może faktycznie doprowadzić do rozwiązania obecnego kryzysu?

Problemy te stają się palące. Nie mamy już bowiem do czynienia tylko z kryzysem wymiaru sprawiedliwości na poziomie centralnym i politycznym. Obywatele zaczynają na własnej skórze odczuwać jego konsekwencje.

Jak czytamy na portalu prawo.pl, „w styczniu br. Sąd Rejonowy w Giżycku wydał postanowienie, które zszokowało pełnomocników specjalizujących się w sprawach rodzinnych. Uznał, że nie ma możliwości dokonania podziału majątku wspólnego byłych już małżonków, bo wyrok w ich sprawie rozwodowej nie istnieje – a to dlatego, że wydał go sędzia, który został powołany przy udziale wadliwie ukształtowanej KRS”.

Co jest nie tak z „neosędziami”?

Główną przyczynę, która ma dyskwalifikować „neosędziów” w oczach autorów przyjętego przez rząd projektu, można sprowadzić do prostej i zapewne dobrze czytelnikowi znanej konsekwencji. Krajowa Rada Sądownictwa, której skład nie został w większości wyłoniony przez sędziów, nie gwarantuje niezależności trzeciej władzy.

Wskutek tego, jak zgrabnie stwierdzono w uzasadnieniu, organ „utracił swoją konstytucyjną tożsamość”. Jego uchwały nie mają mocy prawnej, zaś procedura powołania sędziego, w której zostały one wykorzystane, jest nieważna.

Powyższe rozumowanie, które można roboczo określić jako instytucjonalne, jest w swej istocie zerojedynkowe, szalenie przy tym logiczne. W pełni konsekwentnie je stosując, należałoby odmówić statusu sędziego wszystkim osobom powołanym na wniosek „neo-KRS”, zaś wyroki wydane z ich udziałem traciłyby moc obowiązywania. Na takiej logice opierała się m.in. głośna uchwała 7 sędziów Izby Pracy i Ubezpieczeń Społecznych Sądu Najwyższego z 24 września 2025 r.

W moim przekonaniu największą wadą podejścia instytucjonalnego jest to, że zdaje się ono gubić prawdziwą wartość praworządności. Gustav Radbruch, filozof prawa, który zyskał sławę podczas procesów norymberskich, zaprezentował jeszcze przed wojną wartą przywołania teorię.

Koncentrowała się ona wokół triady trzech wartości, które reprezentować ma idea prawa. Były to sprawiedliwość (równość traktowania podmiotów), celowość (konkretne dobro powszechne, które ustawodawca chce osiągnąć) oraz bezpieczeństwo (pewność prawa gwarantuje stabilność i przewidywalność). W tym miejscu najistotniejsze jest to, że za pojęciem „praworządności” kryją się konkretne wartości społeczne, których realizację ma ona wspierać i które jednocześnie nadają jej moc.

Logika rozumowania instytucjonalnego całkowicie ten głębszy sens pomija. Praworządność przestaje być narzędziem służącym społeczeństwu do realizacji określonych wartości. Staje się celem samym w sobie. W skrajnej postaci, jawi się bardziej jako prehistoryczne, domagające się kolejnych ofiar bóstwo, coraz bardziej niezrozumiałe i odległe. Dziś obywatele zaczynają odczuwać praktyczne konsekwencje tej błędnej teorii.

Waldemar Żurek – mniej radykalizmu, ale i konsekwencji

Trzeba uczciwie przyznać, że w najnowszym projekcie częściowo odstąpiono od takiej zimnej konsekwencji. Świadczy o tym w pierwszej kolejności zróżnicowanie sytuacji różnych kategorii „neosędziów”.

Stanowiska mieliby zachować asesorowie, którzy po raz pierwszy objęli stanowiska sędziowskie, natomiast mieliby je utracić sędziowie, którzy przy udziale „neo-KRS” awansowali. Co więcej, utrzymane w mocy zostaną orzeczenia wydane przy udziale „neosędziów”.

Projektowane przepisy są przez to niewątpliwie mniej inwazyjne, jednak doprawdy trudno je logicznie pogodzić z narracją o fałszywej KRS.

Skoro tę ostatnią uznaje się za organ niezdolny do pełnienia konstytucyjnej funkcji, to znaczy, że wszyscy sędziowie powołani z jej udziałem zostali powołani bez udziału odpowiedniego organu. Co więcej, skoro uznaje się, że składy sądów były obsadzone nieprawidłowo, to jakże możliwe jest utrzymanie w mocy wydanych przez nie wyroków?

Sędzia moralnie naganny?

Można też spotkać się z nieco inną wizją obecnego kryzysu. Zakłada ona, że sędziowie nie znajdujący się pod presją i ubiegający się o awans z udziałem „neo-KRS” mieliby w ten sposób dopuścić się jakiejś formy nielojalności, legitymizować niekonstytucyjny organ.

Powinni byli zaprezentować „odmowę, niezgodę i upór”, a zamiast tego woleli robić kariery – czy tak należy to widzieć? W każdym razie tak mniej więcej widziała tę sprawę pewna część „paleosędziów”.

Wbrew temu, co deklarują autorzy projektu, proponowane rozwiązania wcale nie są wolne od ocen moralnych. Widać to choćby w uzasadnieniu odmiennego traktowania asesorów. Czytamy tam, że znaleźli się oni w sytuacji przymusowej i nie mogli zrezygnować z udziału w konkursach, bo groziłoby im wygaśnięcie prawa do orzekania. Trudno nie odnieść wrażenia, że dla twórców ustawy znaczenie miały nie tylko formalne procedury, ale także intencje i motywacje samych sędziów.

Taki sposób myślenia budzi jednak poważne wątpliwości. Zaczyna się bowiem zacierać granica między oceną polityczną a osobistym poglądem prawnym, do którego sędzia ma pełne prawo. Wyobraźmy sobie sędziego sądu rejonowego, który stara się o awans do sądu okręgowego. Nie musi on kierować się koniunkturalizmem ani chęcią przypodobania się władzy. Może po prostu, na podstawie argumentów prawniczych, uznawać, że obecny skład KRS nie pozbawia jej konstytucyjnego charakteru.

Taki pogląd nie musi być deklaracją polityczną, lecz poglądem prawnym. Tym bardziej, że status KRS od lat jest przedmiotem sporu także w środowisku prawniczym.

Stan tak jakby nadzwyczajny

Trzecim ważnym wątkiem w sporze o „neosędziów” jest przekonanie, że Polska znalazła się w sytuacji wyjątkowej. Coraz częściej słyszymy, że mamy do czynienia z „największym kryzysem praworządności od lat”, a to ma uzasadniać sięganie po nadzwyczajne środki. Nawet zwolennicy obecnych rozwiązań muszą jednak przyznać, że regulowanie przez parlament statusu sędziów – a pośrednio także mocy wydanych przez nich wyroków – nie jest działaniem zwyczajnym.

Ten sposób myślenia nie jest zresztą nowy. Od wieków politycy i filozofowie zmagają się z pytaniem, kiedy wolno zawiesić zwykłe reguły w imię „wyższej konieczności”. Od czasów antycznych, przez średniowiecze, aż po nowożytność powracał dylemat, czy w obliczu kryzysu można – i należy – sięgać po środki nadzwyczajne. Dzisiejsze diagnozy kryzysu praworządności wpisują się w tę długą tradycję.

Stan nadzwyczajny ma jednak zawsze charakter ostateczny. Juan Donoso Cortés pisał o chwili, w której wolności nie da się już uratować, a państwo staje przed tragicznym wyborem między chaosem a twardą władzą. Carl Schmitt widział w decyzji o stanie wyjątkowym akt suwerennej władzy – rozstrzygnięcie definitywne, przesądzające o porządku politycznym.

Tymczasem dziś o istnieniu takiego „wyjątku” miałaby decydować zwykła większość parlamentarna, funkcjonująca w cyklu czteroletnich kadencji. Trudno uznać takie decyzje za ostateczne czy historycznie rozstrzygające. Nie mamy do czynienia ani z tragicznym wyborem mniejszego zła, ani z suwerenem zdolnym trwale narzucić swoją wolę. Bardziej przypomina to stan wyjątkowy tylko z nazwy – coś w rodzaju stanu półnadzwyczajnego.

Problem polega na tym, że argument „wyższej konieczności” łatwo staje się zwykłym narzędziem walki politycznej. Skoro jedna większość może ustawą uregulować status sędziów, inna większość może w przyszłości zrobić to samo, uznając na przykład, że sędziowie związani z określonym stowarzyszeniem są z definicji upolitycznieni i powinni zostać usunięci z urzędu.

Dlatego prawdziwie nadzwyczajne środki – o ile w ogóle uznać je za konieczne – wymagałyby znacznie szerszej zgody politycznej i społecznej, najlepiej ponad podziałami. Takiemu myśleniu odpowiada postulat „resetu konstytucyjnego”. Byłby to zapewne wariant najbardziej sensowny, ale dziś trudno dostrzec realne szanse na powstanie porozumienia, które pozwoliłoby go przeprowadzić.

Naprawa bez naprawy

Podejście alternatywne opiera się na zupełnie odmiennej diagnozie sytuacji. Być może wcale nie mamy do czynienia ze stanem nadzwyczajnym w pełnym tego słowa znaczeniu, z sytuacją wymagającą niezwłocznego podjęcia niestandardowych, daleko idących środków. Jest to raczej konflikt społeczny, który, w duchu republikańskim, należałoby zneutralizować drogą ustępstw i stopniowego dopracowywania instytucji.

W takim ujęciu rozwiązanie obecnych problemów mogłoby nastąpić nie tyle w drodze jednego aktu (którego realizacja mogłaby naturalnie być rozłożona w czasie) ale – mówiąc po staropolsku – poprzez ucieranie się. Być może drogą ustawodawcy powinno być w tych warunkach nie podejmowanie ambitnych prób definitywnego zażegnania kryzysu, ale raczej minimalizowanie jego skutków dla obywateli i rozsądne stymulowanie omówionego procesu poprzez wysuwanie punktowych, nie budzących aż tak wielkich kontrowersji inicjatyw.

Przykładem takiej inicjatywy byłoby nadanie niebudzącego wątpliwości kształtu KRS. Nie rozwiązywałoby to oczywiście problemu powołań „neosędziów”, jednak zapobiegłoby jego dalszemu rozwojowi w czasie.

Rolą zaś innych uczestników obrotu prawnego może być takie stosowanie powszechnie znanych i akceptowanych instytucji, by w konkretnych sprawach nie ucierpiało to, co kryje się za ideą praworządności – przede wszystkim bezpieczeństwo i pewność.

Przykładem może być klasyczna instytucja wyłączenia sędziego, w formie określanej w mowie Cezara jako iudex suspectus (a więc „sędzia podejrzany”). W skrócie: jeżeli w konkretnej sprawie bezstronność sędziego budziła by wątpliwości, może on być wyłączony od orzekania.

Zaletą tego rozwiązania jest jego uniwersalność. Można je zastosować wobec „neosędziego”, jeśli uzna się, że sposób jego powołania może wpływać na bezstronność w konkretnej sprawie. Ale ta sama zasada działałaby także w innych sytuacjach – na przykład wtedy, gdy wątpliwości budzi publiczna aktywność sędziego albo jego przynależność do określonego środowiska, np. Iustitii.

To podejście gryzie się z naszą kulturą prawną pokładającą nadzieję w kodyfikacji. Instytucje tworzące prawo mają ambicję do kreowania za pomocą jednego aktu prawnego kompleksowych, koherentnych i drobiazgowych rozwiązań. Jeśli podzielamy tę ambicję, trudno przyjąć model działania, który zamiast ograniczenia nadprodukcji przepisów zakłada, że jedynym rozwiązaniem jest stopniowe ucieranie interesów różnych, skonfliktowanych środowisk.

Brzmi podejrzanie? Niekoniecznie, przecież takie są de facto źródła prawa rzymskiego czy angielskiego common law.

Jedyna droga?

Proponowane rozwiązanie, delikatnie mówiąc, nie jest satysfakcjonujące dla skonfliktowanych środowisk. W wielu kwestiach miałyby one zresztą rację, ponieważ obarczone jest licznymi wątpliwościami. Nie będzie to jedno spotkanie w ramach „okrągłego stołu”, lecz proces – być może długi i nieraz bolesny. Ma on jednak jedną niebagatelną zaletę: taki scenariusz wydaje się dziś najbardziej realny.

Dlaczego? Otóż ustawodawca nie dysponuje władzą dyktatorską, a polaryzacja skutecznie wyklucza porozumienie na najwyższym szczeblu.

Obrót prawny jednak się toczy – i musi, w ten czy inny sposób, toczyć się nadal. Niedawno ogromne poruszenie wywołała informacja o uchyleniu prawomocnego wyroku orzekającego rozwód. Do głosu dochodzi kolejny aktor: społeczeństwo, które chce normalnie funkcjonować. Wielu sędziów, zwłaszcza z młodszego pokolenia, zacznie rozumieć, że nie orzekają w środowiskowej bańce, i będzie wybierać rozwiązania mniej inwazyjne.

Podobnie radykalne programy polityczne, wobec narastającej niepraktyczności, zaczną stopniowo tracić na popularności. Jak wskazano wyżej, zarówno sędziowie, jak i ustawodawca dysponują narzędziami pozwalającymi zmniejszać dolegliwość kryzysu, a jednocześnie – powoli, lecz konsekwentnie – przybliżać nas do osiągnięcia względnie stabilnego modus vivendi.

Wszystko to daje nadzieję, że w poszczególnych sprawach zdrowy rozsądek coraz częściej będzie przeważał nad dogmatem, a obie strony zostaną zmuszone do wykonywania niewielkich kroków wstecz.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.