Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Dług, kolesie, konflikt i rolki. Oto prezydentura Aleksandra Miszalskiego

przeczytanie zajmie 5 min
Dług, kolesie, konflikt i rolki. Oto prezydentura Aleksandra Miszalskiego Spot wyborczy Aleksandra Miszalskiego. Źródło: https://youtu.be/EoHyhCfBUw8?si=vIUoh36gTMMFIf_R

Prezydent Aleksander Miszalski był dla Krakowa nadzieją na zmianę na lepsze. Potrzebował niespełna dwóch lat, by mieszkańcy zaczęli z pewną tęsknotą wspominać rządy Jacka Majchrowskiego, który odchodził z urzędu z niewielkim poparciem. Trzeba przyznać, że jest to „sukces”, którego niewielu się spodziewało. Osiągnął go z pomocą kolesi, kredytów, konfliktu i rolek.

Dług nie chce przestać rosnąć

Jednym z największych wyzwań, które Miszalski odziedziczył po poprzedniku, był gigantyczny dług. W chwili przejmowania władzy wynosił około 6 miliardów złotych, by na zakończenie pierwszego roku urzędowania wzrosnąć o kolejny miliard. Przy mniej więcej 10-miliardowym budżecie to bardzo dużo.

Sam Miszalski w lipcu 2025 roku mówił w rozmowie z Portalem Samorządowym: Najważniejszym wyzwaniem jest obecnie zbilansowanie budżetu miasta. Uporządkowanie sytuacji finansowej ma bowiem kapitalne znaczenie dla rozwoju Krakowa”.

Ale jej nie uporządkował. Zaledwie kilka miesięcy później miasto musiało wyemitować dodatkowe obligacje na pokrycie kosztów bieżącej działalności transportu zbiorowego oraz edukacji. Czyli – mówiąc prościej – by mieć z czego opłacić wynagrodzenia kierowców, motorniczych i nauczycieli.

W 2026 roku dług po raz kolejny wzrośnie o miliard złotych. Wśród radnych są tacy, którzy mówią, że w tegorocznym budżecie również niedoszacowano kosztów komunikacji publicznej – i to nawet o kilkaset milionów złotych. Rok skończy się więc z co najmniej dziewięcioma miliardami złotych długu, a bardzo prawdopodobne, że będzie jeszcze gorzej.

Złośliwi zwracają uwagę, że to oznacza, iż Miszalski, który miał naprawiać miejskie finanse, pożycza pieniądze o wiele szybciej od swojego poprzednika. Jacek Majchrowski bowiem po 22 latach rządów zostawił miasto z sześcioma miliardami długu. Nowy prezydent dokłada właśnie trzeci, ale zajęło mu to niespełna 3 lata.

Wszystko to w czasie, w którym w mieście pojawia się coraz więcej obaw o przyszłość rynku pracy, a więc także o stan gospodarki i związane z tym wpływy z podatków. Zadłużenie zbliżające się do 100 proc. przychodów może dźwigać miasto rozwijające się. Co jednak, gdy pojawiają się problemy? Jeżeli gospodarka Krakowa zwolni, będzie to ogromne wyzwanie.

Kolesie na posadach

Sama administracja Miszalskiego tłumaczy dług błędami poprzednika. To dość zabawne, przede wszystkim dlatego, że to Platforma Obywatelska (dziś Koalicja Obywatelska) w ostatnich latach współrządziła z Jackiem Majchrowskim. Miała duży wpływ na zarządzanie miastem, bowiem jednym z zastępców Jacka Majchrowskiego był Bogusław Kośmider – ważny polityk PO.

Zrzucanie winy za długi na Majchrowskiego jest zatem tak naprawdę samooskarżeniem. Mimo że jest ono wymierzone przede wszystkim w Kośmidera, to nie tylko nie odsunięto go od zarządzania miastem, ale powierzono zarząd nad Krakowskim Holdingiem Komunalnym, czyli spółką miejską o wielomiliardowym budżecie, która ma duży wpływ na finanse Krakowa.

Ludzie prezydenta Miszalskiego jednocześnie więc zrzucają winę za fatalny stan kasy miasta na błędy zarządcze poprzedniej ekipy i powierzają jej ważnemu członkowi kluczowy – jak chodzi o finanse – stołek w mieście. Kośmider zaś kompromituje siebie i holding dziwnymi nominacjami. Wśród nich na pierwszy plan wybija się zatrudnienie Szczęsnego Filipiaka.

Filipiak to szef krakowskiej Platformy, który stanowisko dostał bez konkursu (tłumaczono się, że ten nie był wymagany, choć nic nie przeszkadzało w jego zorganizowaniu). Wszelkie szczegóły jego zatrudnienia utajniono, w tym – co szczególnie zabawne – zakres jego obowiązków.

Z kwitkiem odesłano wszystkich podnoszących wątpliwości – blogerów, dziennikarzy, a nawet radnych. Najpewniej dlatego, że po pewnym czasie udało się ustalić, iż Filipiak w KHK pobiera niemałą pensję i nie ma wykształcenia wymaganego od niemal wszystkich innych przy zatrudnieniu w sektorze publicznym.

W wywiadzie opowiadał później, że prowadzi między innymi forum HR-owców w holdingu. Co może mieć sens. Kto w dzisiejszym Krakowie odnajdzie się w tym lepiej niż szef Platformy?

Szczęsny Filipiak jest tylko jednym z wielu przykładów dziwnych nominacji, do których doszło w Krakowie po wyborach. W urzędzie zatrudniono kilku asystentów Miszalskiego z czasów bycia posłem. Wśród nich jest na przykład nowa rzeczniczka praw ucznia, która najgorzej napisała test w konkursie na swoje stanowisko, ale otrzymała je, ponieważ – jak tłumaczono – nadrobiła w ustnej części rekrutacji.

Są też tacy byli asystenci, którzy awansują w urzędzie szybciej niż niejeden pracownik z wieloletnim stażem. Dotyczy to na przykład Maciej Łazora i Adriana Piechoty, którzy do urzędu trafili zaraz po zmianie władzy.

W całym mieście pojawiły się dziesiątki przykładów nominacji ludzi związanych z partiami rządzącej koalicji i dziś da się ich znaleźć w wielu miejscach podległych włodarzowi Krakowa. Nawet w Sanepidzie, nad którym wprawdzie Miszalski nie sprawuje nadzoru, ale trzeba pamiętać, że jest on także szefem struktur PO w Małopolsce.

Skala, na jaką działacze partyjni obsiedli posady, jest tak duża, że w mieście mówi się już głośno o epidemii kolesiostwa. Temat stał się tak bolesny dla władzy, że alarmujących o tym ludzi ciąga się po sądach, robiąc to niekiedy w zaskakująco złośliwy sposób.

Tak było w przypadku mojego redakcyjnego kolegi Grzegorza Krzywaka, który na wlotach do miasta zawiesił cztery tablice z hasłem: „Witamy w Krakowie. Mieście epidemii kolesiostwa”. To poważne wykroczenie nie tylko trafiło do sądu, ale zamiast jednego toczą się w tej sprawie aż cztery oddzielne postępowania. Powoduje to, że Krzywak musi do sądu i na policję chodzić cztery razy częściej.

Oczywiście to, że aparat partyjny chce się uwłaszczyć na publicznych posadach nie jest niczym zaskakującym. Nie zmienia to jednak fatalnych skutków, które przynosi taka polityka kadrowa. Po pierwsze, trzeba opłacać tych wątpliwej jakości fachowców.

Po drugie zaś, często chodzi o ludzi, którzy nie radzą sobie z zarządzaniem miastem. Robią więc masę błędów, co widać choćby na przykładzie finansów Krakowa. Z urzędu dobiegają głosy pracowników niezadowolonych z tego, co potrafi i robi ta nowa kadra kierownicza.

Konflikt z mieszkańcami

Z taką ekipą trudno się spodziewać, by znakiem rozpoznawczym Miszalskiego miały się stać sukcesy. Wyraźnie chciano jednak, by czymś takim stały się dialog i otwartość. Dużo o tym mówiono. Zaczęto nawet organizować ławki dialogu – otwarte spotkania z prezydentem, na które każdy mógł przyjść i próbować zapytać o ważne dla siebie sprawy.

Przez chwilę wyglądało to nieźle, ale wtedy pojawił się temat krakowskiej Strefy Czystego Transportu oraz poprzedzające jej wprowadzenie konsultacje społeczne. Te zorganizowano w skandalicznie zły sposób, który tylko rozgrzał i tak gorące emocje.

Skąd taka ocena? Wyrzucono do kosza w zasadzie wszystkie uwagi przeciwników tego rozwiązania, co dyrektor Zarządu Transportu Publicznego Łukasz Franek tłumaczył tym, że były one „sprzeczne z ideą SCT”. Niespecjalnie dziwi mnie to, że przeciwnik Strefy przedstawi uwagi sprzeczne z jej ideą, ale zaskakuje, że tak ostentacyjnie je zignorowano.

Same spotkania konsultacyjne też zorganizowano w sposób, który wysyłał jasny komunikat do uczestników: możecie być na „nie”, możecie się złościć, ale i tak zrobimy swoje, bo my jesteśmy mądrzy i mamy mądre plany, a wy jesteście zbyt głupi, by zrozumieć, że są słuszne.

Trudno inaczej odebrać sytuację, w której z jednej strony były dziesiątki niezadowolonych mieszkańców, a z drugiej strony urzędnicy, którzy reagowali na nie w powtarzalny sposób. Jaki? Powtarzając mniej więcej: to nie jest złe pytanie, ale się pan lub pani myli. Ekspert już wyjaśni dlaczego.

W takiej sytuacji musiało dojść do konfliktu, i to w skali, której dawno w Krakowie nie obserwowaliśmy. Sposób, w jaki do sprawy podchodzą administracja oraz partyjni koledzy Miszalskiego, pokazuje też, że nie jest to konflikt ostatni.

Miasto nie jest partią polityczną, zatem są w nim ludzie o różnych poglądach. Rolą dobrego prezydenta jest przyjąć to do wiadomości i umiejętnie budować kompromisy. Prezydent partyjny dba jednak głównie o własną formację, a sprawy postrzega przez pryzmat politycznego konfliktu. Wydarzenia wokół SCT udowodniły, że tak jest z Miszalskim. Widać to, kiedy z każdego zniesmaczonego tym, co i jak się dzieje, robi się skrajnego prawicowca.

Włodarz Krakowa przenosi na lokalne podwórko metody znane z polityki ogólnopolskiej, i to niestety te najgorsze: zarządzanie nastrojami społecznymi i budowanie poparcia poprzez pogłębianie polaryzacji. W tym systemie rządzi się nie dlatego, że dobrze sprawuje się rządy, a dlatego, że skutecznie udaje się przekonać większość, iż rywal jest jeszcze gorszy. Pozwala to – czasami – utrzymać władzę, ale zawsze ma fatalne skutki.

O tym, że można było się takiego zarządzania spodziewać, ostrzegała już wyjątkowo brutalna kampania wyborcza, która wyniosła Miszalskiego do władzy. Ale również fakt wymalowania sobie na czole ośmiu gwiazdek. To symbol, który wielu się podoba, ale niepasujący do twarzy prezydenta milionowego miasta, w którym żyją też ludzie o prawicowych przekonaniach.

Rolki, których nie da się odzobaczyć

Mamy więc w Krakowie gigantyczny i szybko rosnący dług, epidemię kolesiostwa, miejską rewoltę wywołaną przez… konsultacje społeczne oraz szereg innych problemów. Jak walczy z nimi prezydent Miszalski? Najbardziej widocznym obszarem jego działań jest kręcenie internetowych rolek, w tym takich, o których nie da się zapomnieć.

Największą karierę zrobiła ta, na której prezydent tańczy na dachu magistratu w rytm słów piosenki: „jestem młody, czarny i bogaty”. Cóż, dobrze, że bogaty jest chociaż prezydent Krakowa, bo o mieście coraz trudniej to powiedzieć. Szczególnie, kiedy „Gazeta Wyborcza” donosi, że wkrótce może zabraknąć pieniędzy na papier toaletowy w szkołach.

Aleksander Miszalski wskoczył w zbyt duże buty. Jacek Majchrowski jako prezydent miasta miał za uszami bardzo dużo. Tak dużo, że w Krakowie spłonęło nawet niepalne archiwum, którym miał się opiekować. Ale jednak politykiem był wybitnym. Miszalski na razie nie radzi sobie ani jako prezydent miasta, ani jako polityk. Odziedziczone po Jacku Majchrowskim buty spadają mu z nóg.

Być może po części dlatego, że Majchrowski rządził w gabinecie, a Miszalski stara się to robić na Tik Toku.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.