Miłość romantyczna się skończyła. Jak aplikacje randkowe psują relacyjność
Socjolog Tomasz Szlendak twierdzi, że wszyscy bez wyjątku – czy tego chcemy, czy nie – jesteśmy nieświadomie kształtowani przez system socjo-ekonomiczny, w którym żyjemy i towarzyszącą temu kulturę. Gdyby nasze prababki, które rodziły po dziesięcioro dzieci, żyły dziś, miałyby dokładnie takie same problemy.
Tekst został pierwotnie opublikowany w obszerniejszej wersji na łamach Tygodnika Interii. Dziękujemy redakcji za możliwość przedruku! Tytuł, lead i śródtytuły pochodzą od redakcji klubjagiellonski.pl.
Trzeba powiedzieć jasno: jest źle. Według Głównego Urzędu Statystycznego współczynnik dzietności w Polsce spadł w 2024 r. do najniższego poziomu w historii i wyniósł 1,099. Jeśli taki wskaźnik zostanie utrzymany do 2060 r. liczba mieszkańców Polski – prognozuje GUS – spadnie do zaledwie 28,4 mln.
Niska dzietność. Brak mieszkań czy kultura indywidualizmu?
Przyczyn tego stanu rzeczy upatruje się w wielu czynnikach. Jedną z możliwych perspektyw jest skupienie się na przyczynach ekonomicznych.
„Otóż główne przyczyny niskiej dzietności są znane […] Należą do nich nierównowaga w wykształceniu kobiet i mężczyzn, wysoki odsetek młodych dorosłych pracujących na czas określony, niedostępność pracy na część etatu, spodziewane trudności finansowe w okresie pierwszych trzech lat po urodzeniu dziecka, niedostępność mieszkań dla młodych dorosłych” – pisał Mateusz Łakomy, autor książki Demografia jest przyszłością w artykule opublikowanym na łamach Klubu Jagiellońskiego.
Drugą możliwą perspektywą jest skupienie się na kwestiach kulturowych. „Ważnym elementem pozytywnie wpływającym na aspiracje rodzicielskie jest budowanie prorodzinnej kultury afirmującej rodziny i rodzicielstwo. Można narzekać, że dzisiejsza kultura masowa, a zwłaszcza produkcje tworzone przez płatne platformy streamingowe, buduje negatywny obraz małżeństwa i rodziny. Można też jednak zastanowić się, co jako państwo i społeczeństwo możemy z tym zrobić. A możemy całkiem sporo” – pisał Michał Kot, założyciel Fundacji Instytutu Pokolenia.
Zatem kto ma rację? O dzietności decyduje kultura czy może jednak kwestie ekonomiczne? Teoretycznie za kwestiami ekonomicznymi przemawiają deklaracje Polek i Polaków.
Brak zwiąków stał się czymś normalniejszym od bycia w parze
Do odpowiedzi na to pytanie jeszcze wrócę. Najpierw jednak trzeba omówić czynnik, którzy przez dużą część badaczy jest uznawany za najistotniejszą barierę dla poprawy sytuacji demograficznej. Zanim bowiem zaczniemy usuwać przeszkody ekonomiczne stojące przed parami chcącymi mieć dziecko, to ta para musi najpierw powstać. A tu mamy duży problem.
Mamy bowiem zarówno w Polsce jak i całym kapitalistycznym świecie – bo również niezachodnie, niedemokratyczne, a jak najbardziej kapitalistyczne Chiny ten problem dotyka – z kryzysem związków damsko męskich. Dziś wśród Polaków przed 30. rokiem życia 44 proc. jest singlami, a dalsze 21 proc. jest w parze z osobą, z którą nie mieszka. W 2024 roku 38 proc. młodych mężczyzn i 28 proc. kobiet nie współżyło z nikim od co najmniej roku.
Skąd więc ta samotność? Dlaczego ludzie przestali łączyć się w pary? Próbę kompleksowej odpowiedzi na ten temat próbuje podjąć prof. Tomasz Szlendak, socjolog z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, w wydanej w tym roku książce Miłość nie istnieje. Autor analizuje tam kryzys miłości romantycznej, która przez niemalże cały XX wiek, z naciskiem na drugą jego połowę, stanowiła główny wzorzec wchodzenia w relacje, w których to następnie przychodziły na świat dzieci.
Co jest przyczyną, że miłość romantyczna przestała działać? Jedną z nich jest luka edukacyjna. Według danych Eurostatu w Polsce grupie wiekowej 25–34 studia wyższe kończy co druga kobieta (50,3 proc.) i niespełna co trzeci mężczyzna (31,3 proc.). Tymczasem zjawiskiem powszechnie obserwowanym jest to, że kobiety szukają partnerów o podobnym statusie społecznym co one lub wyższym. Kobiety są więc homogamiczne lub hipergamicznie.
Drugą przyczyną, którą wymienia Szlendak jest… „heteropesymizm” kobiet. Spokojnie, wszyscy ci, którzy chcieliby zapisać tego znamienitego badacza w grono przedstawicieli mizoginicznej manosfery, niech wstrzymają się z ocenami.
Zdaniem Szlendaka w drugiej połowie XX wieku wraz z kolejną falą feminizmu, myślicielki z tego nurtu dokonały swego rodzaju „dekonstrukcji” idei miłości romantycznej. Zdaniem takiej feministki jak Shulamith Firestone miłość romantyczna to pewnego rodzaju „opium dla kobiet” – wpisane w DNA miłości samopoświęcenie było de facto uzasadnieniem faktu, że na kobiety spada ciężar macierzyństwa i dbania o dom, gdy tym czasem mężczyźni mogą swobodnie realizować się w pracy.
Przekonaniu, że należy się wyrwać z dotychczasowego modelu towarzyszyła idea samorealizacji. Tymczasem ideał miłości romantycznej wymaga samoograniczenia. Nie jest możliwe, by pogodzić te dwie rzeczy na raz – zwłaszcza, że przekazywany kulturowo wzorzec jako źródło spełnienie wskazuje często karierę zawodową.
Żeby było jasne – prof. Szlendak nie obwinia współczesnych kobiet. Jako socjolog twierdzi, że wszyscy bez wyjątku – czy tego chcemy, czy nie – jesteśmy nieświadomie kształtowani przez system socjo-ekonomiczny, w którym żyjemy i towarzyszącą temu kulturę. Gdyby nasze prababki, które rodziły po dziesięcioro dzieci, żyły dziś, miałyby dokładnie takie same problemy.
Tinder nie znajdzie ci żony
Jest jeszcze jeden czynnik, który wyraźnie psuje możliwość zawierania relacji. To aplikacje randkowe. „70 proc. młodych Polaków randkuje online. Jednak w pokoleniu Z (osoby w wieku 18–29 lat) oraz millenialsów (30–44 lata) tylko 9 proc. osób w trwałych związkach poznało partnera w ten sposób” – pisze dr Anna Gromada, socjolożka z Polskiej Akademii Nauk, w eseju opublikowanym przez „Politykę Insight”.
Dlaczego Tinder – jako symbol aplikacji randowych – psuje świat relacji? Jest tak z kilku powodów. Po pierwsze aplikacje randkowe – ale także social media w ogóle – dają możliwość kreowania wyidealizowanego obrazu siebie samego. Lajki, liczba tzw. „par” na Tinderze mogą skutecznie ten obraz utwierdzać. Do czego to prowadzi?
„Za sprawą rosnących zasobów ekonomicznych i społecznych kobiet, a także za sprawą nadmiaru opcji do wyboru, jakie pojawiają się na rynku aplikacji randkowych, miewamy dziś kłopot z realistyczną oceną własnej atrakcyjności. Coraz częściej dzieje się tak, że kobiece szóstki pragną męskich dziewiątek, co daje tym ostatnim znaczącą przewagę na rynku. Mogą do woli wybierać i przebierać, jednak – co łatwe do przewidzenia – wcale nie czynią tego pośród damskich szóstek czy siódemek.
Ostatecznie coraz więcej mężczyzn zostaje uznanych za średniaków. Zostaje usuniętych poza nawias erotycznego zainteresowania, a z kolei średniaczki bezskutecznie walczą o uwagę osobników znajdujących się dużo wyżej w skali atrakcyjności. Ci zaś są coraz rzadziej skłonni do wchodzenia w trwałe związki. To rodzi u kobiet frustrację i coraz większe rozczarowanie mężczyznami” – czytamy w Miłość nie istnieje.
Prawda o tym, że mężczyźni i kobiety szukają najlepszego – proporcjonalnego do ich statusu i urody – partnera prowadzi nas do kolejnej pułapki, jaką zastawiają aplikacje randkowe na szukających miłości mężczyzn i kobiet. Jest to wrażenie nieograniczonego wyboru, który prowadzi – do braku wyboru. W psychologii to zjawisko znane jest pod nazwą paradoksu wyboru.
W końcu ostatni fakt, dlaczego Tinder nie jest najlepszym miejscem do znalezienia partnera. A jest nim prawda, że… nie jest to biznesowym celem aplikacji. „Ich producentom wcale nie zależy, żebyśmy skutecznie łączyli się w pary. Im mniej efektywne na polu okazują się aplikacje, tym więcej zysków przynoszą swoim właścicielom. Gdyby większość klientów i klientek wiązała się w trwałe stadła, aplikacje szybko poszłyby w odstawkę” – pisze prof. Tomasz Szlendak.
Tinder bowiem z jednej strony generuje przychody, dzięki reklamom wyświetlanym w aplikacji. Te zaś dzięki danym zostawianym w aplikacji przez użytkownika można doskonale modelować pod to, by zachęcić go do zakupu danego produktu. Dlatego to firmom opłaca się płacić aplikacjom randkowym za możliwość umieszczenia w nich reklamy, gdyż daje im to dostęp do szerokiego rynku potencjalnych konsumentów.
Ponadto Tinder zarabia za płatności za dodatkowe funkcje, które mają teoretycznie dawać większe szanse na znalezienie partnera. Czy te funkcje rzeczywiście zwiększają szanse – cóż, wszystko wskazuje na to, że raczej nie. Ostatecznie okazuje się, że aplikacja bezwzględnie monetyzuje samotność i pragnienie relacji współczesnego człowieka.
Tylko poważny kryzys może coś zmienić
Prof. Tomasz Szlendak w podcaście „Polityki Insight” stwierdził, że wbrew deklaracjom Polaków, nawet w sytuacji gdyby zostały spełnione wszystkie warunki materialne i każdy posiadałby swojego partnera, wcale nie zaczęłoby pojawiać się więcej dzieci. Dlaczego? Ponieważ pojawienie się dziecka oznacza ograniczenie komfortu i konsumpcji, do której my ludzie XXI wieku jesteśmy strukturalnie zaprogramowani.
Nie należy wierzyć deklaracjom danym w ankietach – ludzie jedno deklarują, a potem – mówiąc nieco kolokwialnie – życie weryfikuje. Gdy dziś przychodzi do realnego wyboru rezygnacji z części wygód na rzecz wysiłku związanego z urodzeniem i wychowaniem dziecka, to współczesny człowiek – zdaniem prof. Szlendaka – wybierze wygodę.
I znów – nie chcę przez to stwierdzić, że współczesne pokolenia są wyjątkowo samolubne lub zepsute. Powtarzam – gdyby dziś żyły nasze prababki i nasi pradziadkowie, prawdopodobnie postępowaliby dokładnie tak samo. Większość z nas jest bowiem głęboko w swych postawach kształtowana przez system, w który żyje. Nie twierdzę, że on determinuje nas całkowicie, że nie ma możliwości „pójścia pod prąd”. Twierdzę tylko, że jest to bardzo trudne i stać na to prawdopodobnie nielicznych.
Dlatego, zdaniem prof. Tomasza Szlendaka, ale także dr Anny Gromady, żeby obecna sytuacja się zmieniła, musiałby nastąpić poważny kryzys, w skutek którego obecny system socjo–ekonomiczny uległby znaczącym przeobrażeniem. Jednostki musiałyby bardzo konkretnie odczuć, że posiadanie dziecka jest potrzebą egzystencjalną, zaś styl życia nastawiony na konsumpcję stałby się niemożliwy. Bo niestety – jak twierdził Jacek Dukaj – człowiek zwykle robi to co słuszne, tylko wówczas, gdy nie ma innego wyboru.