Rok rządów Donalda Trumpa. Polska prawica zyskała ideowego sojusznika?
Stosunek do Trumpa zależy nie tyle od tego, czy jest się obywatelem takiego czy innego państwa, ale w coraz większym stopniu od tego, jaką ma się ideową tożsamość i po której stronie tego fundamentalnego sporu ktoś się orientuje.
Tekst został pierwotnie opublikowany w obszerniejszej wersji na łamach magazynu „Plus Minus”. Dziękujemy redakcji za możliwość przedruku! Tytuł, lead i śródtytuły pochodzą od redakcji klubjagiellonski.pl.
Prawda o konsekwencjach wyboru Trumpa dla Polski jest bardziej skomplikowana niż w partyjnych narracjach, bo ocena, aby była sprawiedliwa, musi być wielowymiarowa. Fundamentalne zmiany dotyczące globalnego ładu politycznego, które Trump forsuje, każą spytać o ich długofalowe konsekwencje dla naszego kraju.
Trump ulega Kremlowi, ale nie jest prorosyjski
Naturalnie spośród wielu spraw, którymi zajmuje się amerykański prezydent, podejście do Rosji zawsze było tym, co najbardziej interesowało Polskę. Skoro Moskwa jest naszym największym zagrożeniem, a USA najważniejszym gwarantem naszego bezpieczeństwa, to oczywiste jest, że relacje między tymi państwami mają dla nas dużo większe znaczenie niż wszelkie inne kwestie.
Niestety, stosunek Trumpa do Rosji można ocenić jako rozczarowanie. Wielu dopowiada, że spodziewane, ale wcale nie jest to takie oczywiste. Owszem, w kampanii wyborczej zapowiadał, że szybko zakończy wojnę rosyjsko-ukraińską, ale pod tym hasłem mogły się kryć różne rozwiązania.
Na samej Ukrainie patrzono na Trumpa z pewną nadzieją. O ile w przypadku wyboru Joe Bidena czy Kamali Harris Ukraińcy wiedzieli, że mają retoryczne pełne wsparcie, sprzętowo też znaczące, to jednak czerwone linie w relacjach USA z Rosją, jakich zdaniem demokratycznej administracji nie należało przekraczać, były na tyle silnie zakodowane, że Kijów bał się powolnej agonii.
Trump co prawda zapowiadał chęć rozmowy z Putinem, ale wielu liczyło, że po pierwszych oczywistych porażkach rozmów z Kremlem (którego żądaniom nawet Trump nie jest w stanie sprostać) szybko wyciągnie wnioski, a wtedy reakcja USA będzie dla Rosji dotkliwa. Na razie tak się nie stało. Trump w negocjacjach pokazuje się bardziej jako mediator aniżeli strona w konflikcie, a przy tym wywiera silniejszą presję na Ukrainę niż na Rosję.
Amerykanie wydawali się dotychczas szykować dla Putina marchewkę zamiast kija, na co liczyli Ukraińcy, ale także i Polska. USA ograniczyły pomoc militarną, przerzucając ciężar finansowania ukraińskiego wysiłku wojennego w dużym stopniu na Europę.
Oczywiście, zarzut, iż Trump jest prorosyjskim prezydentem, jest zbyt daleko idący, ponieważ jest on zdolny do zadania Putinowi ciosów. Niemniej wojna na Ukrainie pokazała, że Rosja nie jest traktowana w Waszyngtonie jako najważniejsze zagrożenie, z którym trzeba stoczyć systemową rywalizację (jak za czasów Bidena), ale jako regionalna siła, do której USA podchodzą transakcyjnie.
Zresztą położenie na stole szerszego gospodarczego porozumienia z Rosją w czasie negocjacji dotyczących zatrzymania wojny na Ukrainie potwierdza fundamentalną zmianę w porównaniu z administracją Bidena.
Jakkolwiek to, że szerokie porozumienie z Moskwą jest czymś, na co jest otwarty Waszyngton, nie znaczy, że Trump jest gotów dać Putinowi wszystko, czego on chce. Choć pojawiają się takie głosy w debacie publicznej, to mało realistyczny jest scenariusz wycofania amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa dla wschodniej flanki NATO.
To właśnie rozbieżność między tym, co prezydent USA może Rosji dać, a tym, co Rosja chciałaby wziąć, jest na razie najsilniejszą gwarancją, że duży geopolityczny „deal” z Moskwą jest mało prawdopodobny nawet za Trumpa. Należy przy tym podkreślić, że pierwszy rok tej kadencji pozwala ocenić intencje, ale jeszcze nie efekty, a te często nie idą ze sobą w parze. To, że dotychczas Trump nie wyciągał wniosków z bezowocnych rozmów z Putinem nie oznacza, że taki stan będzie się utrzymywał w nieskończoność.
Wciąż istnieje szansa na to, że zawiedzione nadzieje prezydenta postawą Kremla spowodują, że zmieni strategię i zamiast oferować Rosji porozumienie, zmusi ją do tego choćby czasową presją. O tym przekonamy się pewnie niebawem.
Atak na Wenezuelę był dobry dla Polski
Działania prezydenta USA wobec szeroko pojętych kwestii globalnych, które nie dotyczyły bezpośrednio Polski czy Europy, były zazwyczaj przedmiotem zainteresowania jedynie ekspertów. Tymczasem ten rok prezydentury obfitował w tak spektakularne działania i decyzje, że budziły one powszechne emocje i zainteresowanie. Bez wątpienia wiele z nich ma długofalowy wpływ na globalny porządek polityczny, a więc także na Polskę.
Po pierwsze, Trump w Strategii Bezpieczeństwa Narodowego postawił kontrolę nad zachodnią półkulą jako priorytet USA, a jego decyzje potwierdzają to, o czym mówi ten dokument. To nie jest dobry znak dla Polski, bo im więcej energii USA będą wkładać w sprawy Ameryki Łacińskiej, tym mniej będą poświęcać sprawom bliższym polskim interesom.
Niedawna amerykańska interwencja w Wenezueli dla Polski jest pozytywna, bo spektakularny sukces tej akcji i jej następstwa ustawiły Waszyngton i Moskwę (mającą w Wenezueli spore wpływy) na kursie kolizyjnym, wprowadzając sporo nieufności, utrudniając duży „deal”. W tym przypadku naruszenie prawa międzynarodowego przez USA należy ocenić dwuznacznie.
Z jednej strony prawdą jest, że takie działania przyspieszają dalszą erozję prawa międzynarodowego, a w interesie państw średnich, jak Polska, jest utrzymanie znaczenia reguł międzynarodowych, które krępują polityczną siłę mocarstw. Z drugiej strony, wysłanie sygnału do różnych państw, w tym Rosji, do czego zdolni są Amerykanie przy pilnowaniu swoich interesów, wzmacnia funkcję odstraszania wobec Rosji.
Inaczej, niestety, należy ocenić temat Grenlandii czy Kanady. W tych wypadkach doktryna pełnej kontroli na Zachodniej Półkuli oznacza konflikty z członkami NATO, grożąc jeśli nie rozbiciem Sojuszu, to radykalnym spadkiem zaufania. To z całą pewnością dla Polski fatalna wiadomość, bo przecież to nie siła UE, ale NATO jest realnym straszakiem na Rosję.
Za wcześnie na mocną konkluzję – być może oczekiwania Trumpa zostaną niedługo zaspokojone w sposób akceptowalny dla wszystkich, ale obecnie jego wypowiedzi o przejęciu kontroli nad Grenlandią zagrażają jedności NATO, rodząc przy okazji pytania o wiarygodność sojuszniczą USA.
PiS nie siedzi już w oślej ławce
Powyższa ocena konsekwencji polityki Trumpa dla Polski abstrahuje od kluczowego czynnika, jakim jest ocena „ideologiczna” obecnej administracji USA. MAGA, będący politycznym zapleczem Trumpa, to dziś mocno tożsamościowy ruch polityczny, który traktuje liberalny świat jako swojego głównego wroga. Co istotne, ta rywalizacja odnosi się nie tylko do Stanów Zjednoczonych, ale całego Zachodu.
Dystans wobec liberalnej Europy wynika właśnie z ideowej tożsamości zaplecza obecnego prezydenta, a nie geopolitycznych uwarunkowań. Ostatni rok udowodnił, że nie spełniła się przepowiednia o Trumpie jako polityku, który realistycznie widzi tylko twarde, wąsko pojęte interesy, odrzucając wszelkie aspekty ideowe.
Zachód wszedł w fazę ostrego podziału między broniącym politycznego status quo liberalnym establishmentem a rewolucyjnym alt-rightem, który buduje swoją tożsamość na antyliberalnych hasłach. Ten podział przeszywa dziś wiele państw samego jądra Zachodu. W USA polityczna zmiana już się dokonała. W Europie jesteśmy zapewne w przededniu zmian.
Tak jak dla Trumpa liberalne rządy w Europie krytykujące go były szkodliwe, bo podważały jego władzę, tak z tych samych powodów polityczna zmiana na Starym Kontynencie jest korzystna, bo daje nadzieję na budowę transatlantyckiego sojuszu zbudowanego na antyliberalnym resentymencie i suwerenistycznych fundamentach.
To z tego powodu w Strategii Bezpieczeństwa Narodowego USA znalazł się fragment o „zdrowych” (czyli nie zainfekowanych współczesnym liberalizmem) bliżej nie zdefiniowanych państwach Europy Centralnej, Wschodniej i Południowej (zapewne nie znaleziono innego „worka”, gdzie można wsadzić Polskę, Węgry i Włochy), które należy inaczej traktować od liberalnej zachodniej Europy (w percepcji Trumpa zapewne „dekadenckiej” i zgniłej”).
Powyższy podział oznacza, że stosunek do Trumpa zależy nie tyle od tego, czy jest się obywatelem takiego czy innego państwa, ale w coraz większym stopniu od tego, jaką ma się ideową tożsamość i po której stronie tego fundamentalnego sporu ktoś się orientuje.
To ma także konsekwencje dla Polski. Dla zwolenników obecnego rządu, będącego reprezentantem politycznego status quo, Trump jest złem koniecznym, z którym należy współpracować niejako z przymusu.
Nie tylko bowiem niszczy świat, który dla rodzimych „libków” jest wart pielęgnacji, ale także bezpośrednio wspiera politycznych wrogów. Z kolei dla polskiej prawicy ocena Trumpa z tych samych powodów będzie odmienna.
Co więcej, PiS po latach bycia odsyłanym do oślej ławki za złe zachowanie w europejskiej klasie ma w końcu partnera, który nie tylko nie ma problemu z tym, jaka ta partia jest, ale jeszcze uważa, że jest ona lepszym partnerem do dyskusji niż strona liberalna. Amerykański prezydent nie tylko wyciąga polską prawicę z kąta, ale ustawia na piedestale, dodatkowo „operacyjnie” wspierając w wewnątrzpolitycznych rozgrywkach.
To właśnie ten aspekt oceny Trumpa ma fundamentalne znaczenie dla polskiej prawicy, co powoduje, że nawet jego kontrowersyjna polityka wobec Rosji nie osłabia entuzjazmu wobec niego.
Pogłębiająca się polityczna polaryzacja na Zachodzie i krystalizacja dwóch wielkich politycznych rodzin powodują, że ocena Trumpa, nie tylko w Polsce, zależy od pozycjonowania się w tym wielkim sporze naszych czasów.
Analiza polskiej debaty (ale nie tylko) uprawnia do tezy, że stawka w tym sporze jest tak duża, iż wszelkie inne kwestie schodzą na dalszy plan i są instrumentalnie wykorzystywane do udowodnienia wcześniejszego tożsamościowego stosunku do Trumpa.
