Nieznana historia świętego Wojciecha. Czego uczy nas patron Polski?
Święty Wojciech na obrazie Gyuly Benczúra "Vajk megkeresztelése" (1875)
Jak pisał historyk Jacques Le Goff, w średniowieczu święty był punktem odniesienia, który „ustanawiał kontakt między niebem a ziemią […], był przykładem dla wiernych […], a dzięki noszonemu imieniu stawał się indywidualnym patronem ówczesnych mężczyzn i kobiet”. Nie inaczej było ze św. Wojciechem, biskupem Pragi. Jego życia nie należy jednak sprowadzać wyłącznie do momentu męczeństwa. Wzór dla współczesnego człowieka może stanowić również jego pełne zmagań, rozterek i determinacji życie.
Rok 2025. Jeden z najpopularniejszych podcastów w Polsce. Prowadzący rozmawia z katolickim księdzem, misjonarzem. W pewnym momencie duchowny, porównując zwyczaje współczesnych Papuasów i średniowiecznych Prusów, rzuca: „Św. Wojciechowi też chyba obcięli głowę”.
Przypuszczam, że jeśli Polacy w ogóle z czymś kojarzą czeskiego biskupa, to właśnie z jego tragicznym końcem. Nieliczni widzą w męczenniku jednego z ojców założycieli polskiej państwowości; kogoś, kto swą postawą i czynami zapewnił Polsce trwałą obecność w kręgu cywilizacji zachodniej. Jednak (niestety) najprawdopodobniej biskup-mnich, jak lubił o sobie myśleć i mówić, większości nie kojarzy się absolutnie z niczym.
Jak wynika z badań socjologa Krzysztofa Malickiego przeprowadzonych na próbie sześciu tysięcy respondentów, św. Wojciech nie znalazł się w gronie „budzących zainteresowanie” istotnych postaci historii Polski. Przedstawiciele trzech objętych badaniem grup – uczniowie szkół średnich, nauczyciele historii i Polacy powyżej 20. roku życia – nie uznali męczennika za postać ciekawą, godną poznania lub taką, którą należałoby zainteresować młode pokolenie.
Św. Wojciech, patron Polski, Czech i Węgier, zasługuje na znacznie więcej niż skojarzenie z głową nadzianą na pal. Proponuję więc, żebyśmy niejako na nowo przyjrzeli się gruntownie przebadanemu przez historyków (m.in. Voigta, Powierskiego, Mielczarskiego, Labudę) żywotowi świętego. Tym razem jednak przenieśmy naszą uwagę z męczeństwa biskupa (wraz z konsekwencjami) na jego życie.
Wskazówka pierwsza: nie daj sobie wmówić, że wiara wyklucza rozum
Wojciech Sławnikowic, bo właśnie z czeskiego książęcego rodu Sławnikowiców pochodził późniejszy patron katolickiej Polski, uczył się czytać i pisać od najmłodszych lat, co nawet w ówczesnych możnowładczych rodzinach nie było standardem. Zainteresowany zdobywaniem wiedzy o świecie jako nastolatek trafił na studia do prestiżowej szkoły katedralnej w Magdeburgu (ówczesne Cesarstwo Rzymskie Rzeszy Niemieckiej, obecna Republika Federalna Niemiec), która oprócz wysokiego poziomu nauczania znana była z propagowania idei misyjnej.
Władze szkoły zdawały sobie sprawę, że gruntowne wykształcenie to niezbędny element w szerzeniu chrześcijaństwa wśród pogan. Przekładając to na język współczesny – tylko człowiek głęboko rozumiejący Chrystusowe przesłanie, dokonujący analizy rzeczywistości, ale także znający zasady funkcjonowania świata przyrody – zdaniem magdeburskich wykładowców – mógł skutecznie wejść w dialog z ludźmi inaczej postrzegającymi rzeczywistość.
Gdy Wojciech przybył do Magdeburga, szkoła przeżywała swój najlepszy czas. Nauką kierował znany w Europie jeden z najwybitniejszych wówczas umysłów – porównywany z Cyceronem filozof Oktryk. Uczony wsławił się m.in. udziałem w publicznej debacie z innym geniuszem swojej epoki – Gerbertem z Aurillac, czyli przyszłym papieżem Sylwestrem II. Właśnie pod okiem Oktryka Wojciech przyswajał wiedzę z zakresu siedmiu sztuk wyzwolonych. Ostatecznie po kilku latach intensywnej nauki stał się niezwykle biegły w zakresie doczesnej filozofii.
Nie oznacza to wcale, że zdobywanie wiedzy przychodziło Wojciechowi łatwo. Jak pisał Gerard Labuda w biografii przyszłego męczennika, nierzadko było okupione to frustracją i łzami. Metody pedagogiczne stosowane w Magdeburgu nie należały bowiem do najprzyjemniejszych. Uczniowie nie mieli własnych książek, z nich mógł korzystać tylko nauczyciel. Wszystkiego uczyli się na pamięć. Kiedy ktoś miał problem z zapamiętywaniem kolejnych fragmentów, był bity rózgami.
Wojciechowi (nieraz zniechęconemu surowością nauczycieli) zdarzało się ulegać rozmaitym pokusom oferowanym przez świat znajdujący się poza murami szkoły. „Jak każdy człowiek lgnął do ziemskich uciech, miał czas na chłopięce figle, łakomiąc się na jedzenie i picie” – czytamy w żywocie praskiego biskupa napisanym przez Bruna z Kwerfurtu.
Mimo wzlotów i upadków Wojciech pozostał konsekwentny – ukończył skomplikowany, wymagający wielu wyrzeczeń naukowy kurs. Po opuszczeniu szkoły, już jako biskup Pragi, każdego wieczora poświęcał kilka godzin na dalsze studiowanie ksiąg. Również gdy trafił do klasztoru świętych Bonifacego i Aleksego na Awentynie, stałym elementem jego benedyktyńskiej codzienności było czytanie. Wrócimy do tego wątku później.
*
Zostawmy na moment Wojciecha i przenieśmy się do roku 1874. Wówczas John William Draper – amerykański historyk, przyrodnik i pionier fotografii – opublikował głośną książkę Dzieje stosunku wiary do rozumu. Pisał w niej: „Stronnictwo chrześcijańskie twierdziło, że nauka wszelka znajduje się w Piśmie Świętym i w tradycjach Kościoła […].
Takim to sposobem zarysowała się tak nazwana nauka duchowna i świecka; tak to stanęły naprzeciwko siebie dwa sprzeczne obozy; jeden uznający za przewodnika rozum ludzki, drugi – objawienie”. Profesor New York University utrwalił w ten sposób zarysowany już przez francuskich encyklopedystów doby oświecenia mit o negatywnym stosunku średniowiecznego Kościoła do nauki oraz pogląd, zgodnie z którym wiara i rozum nie mogą być ze sobą w zgodzie.
W rzeczywistości nowożytna nauka, której wybitnym przedstawicielem był sam Draper, ma swoje korzenie właśnie w teologii i filozofii średniowiecznej. „W szerszym ujęciu można by wykazać, jak w toku dziejów miała miejsce nieprzerwana «migracja pojęć» od teologii do filozofii, od filozofii do nauki, i na odwrót” – podkreśla kosmolog ks. Michał Heller bynajmniej w tym przekonaniu nieodosobniony. O tym, że chrześcijańska teologia była czymś zasadniczym dla powstania współczesnej nauki, pisali choćby w 1925 roku matematyk i fizyk Alfred North Whitehead oraz socjolog Rodney Stark w 2003 roku.
To właśnie Kościół był tą instytucją, która aż do czasu oświecenia udzielała największego wsparcia finansowego i społecznego badaniom astronomicznym. To w średniowieczu narodziła się instytucja uniwersytetu rozwijająca się dynamicznie dzięki poparciu papiestwa. W końcu to w klasztorach rozwijała się nauka lekarska i postęp w zakresie opieki nad chorymi.
Na tych kilku zaledwie przykładach poprzestańmy, by stwierdzić, że postęp nauki nie byłby możliwy bez chrześcijańskiego dorobku. Uczciwie dodajmy: pełnymi garściami czerpiącego z greckiej (czyli pogańskiej) tradycji klasycznej i muzułmańskiej filozofii przyrody. Jak słusznie zauważył ks. Tomáš Halík, rozwój naukowego myślenia „zawsze domagał się innego sposobu filozoficznej refleksji niż prymitywny, pozytywistyczny, materialistyczny scjentyzm”.
Nie jest też prawdą twierdzenie Drapera, jakoby rozum i wiara pozostawały oddzielnymi, niedającymi się pogodzić przestrzeniami. Akt wiary nie oznacza porzucenia racjonalizmu. Nie ma nic wspólnego z zabobonem, naiwnością albo zwykłą głupotą. Wręcz przeciwnie.
Jest ponadracjonalny, to znaczy, że przekracza rozum, ale nie stoi z nim w sprzeczności. Jest więc to rodzaj wiedzy wychodzącej poza nasze zdolności obserwacji, stawiania hipotez badawczych czy przeprowadzania eksperymentów.
Do takiego wniosku doszedł już blisko dwa i pół tysiąca lat temu Arystoteles: „Nie może najwyższa zasada tego, co jest przedmiotem wiedzy naukowej, sama być przedmiotem wiedzy naukowej […]. Bo to, co jest przedmiotem wiedzy naukowej, może być udowodnione […]. Zasady te [najwyższe] są przedmiotem myślenia intuicyjnego”.
Idąc tym tropem, św. Tomasz z Akwinu oddzielił wiedzę od objawienia. Twierdził, że tajemnica wiary przekracza możliwości rozumu. Przyznawał jednocześnie, że filozofia (rozumiana jako racjonalne dochodzenie do prawdy) przygotowuje do wiary i jej broni. Nie są to więc dziedziny zupełnie od siebie oddzielnie ani tym bardziej stojące ze sobą w sprzeczności.
Myślenie Akwinaty bliskie było świeżo upieczonemu doktorowi Kościoła – Johnowi Henry’emu Newmanowi – który w swojej oryginalnej wizji nauki i ludzkiego poznania występował przeciw potocznemu mniemaniu o irracjonalności aktu wiary. Twórca koncepcji rozumu eksplikatywnego (umysłu naukowego) i implikatywnego (umysłu religijnego) podkreślał wartość empirycznych dowodów, logicznych argumentów, racjonalnych uzasadnień, krytycznej analizy.
Zauważał przy tym, że pozostają one bezradne w sprawach wiary. Prawdziwa wiedza, uważał Newman, to konglomerat różnych wglądów w rzeczywistość – zarówno przyrodniczych, jak i humanistycznych; ścisłych, precyzyjnych, praktycznych oraz opartych na intuicji, abstrakcji, przypuszczeniu – współpracujących ze sobą w dążeniu do prawdy. Mówiąc prościej – akt wiary nie ma więc nic wspólnego z prostoduszną naiwnością. Opiera się na rozumie. Wiara i rozum wzajemnie się dopełniają.
*
Jeśli my – katolicy – serio traktujemy słowa: „Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody” (Mt 28,16–20), powinniśmy być do tej misji odpowiednio przygotowani. Nie tylko mamy rozumieć podstawy własnej wiary, ale także cały czas zastanawiać się na odmiennymi od naszych odpowiedziami na fundamentalne pytania dotyczące struktury świata i bytu. Tylko w ten sposób będziemy potrafili wejść w konstruktywny dialog z ludźmi spoglądającymi na rzeczywistość z innej perspektywy.
Nie możemy zatem ograniczać się, jak nieraz odbywa się to w tzw. wspólnotach nowej ewangelizacji, do „proponowania” innym chrześcijaństwa jedynie poprzez tzw. dawanie świadectwa – dzielenie się osobistym doświadczeniem, odczuciami. Powinniśmy zadbać o rzetelne i merytoryczne przygotowanie oraz dyskutować o wierze, używając racjonalnych, intersubiektywnych argumentów.
Wiara, co pokazywała średniowieczna kultura, nie oznacza złożenia intelektu w ofierze, rezygnacji z racjonalnej dociekliwości, abdykacji z nieraz trudnego i żmudnego zdobywania wiedzy. Dbając o duszę, troszczmy się o rozum – w ten sposób nie damy satysfakcji tym, którzy wciąż uważają chrześcijan za mało rozgarniętych naiwniaków opierających swą wiarę na gusłach i zabobonach, niemających bladego pojęcia o współczesnych odkryciach, fizyki, biologii, neuronauk itd.
Jak Wojciech w Magdeburgu nie osiadajmy na laurach. To oczywistość, której pozwalam wybrzmieć: bądźmy ciekawi świata i otwarci na poglądy odmienne od naszych, słuchajmy podcastów i czytajmy książki wywołujące intelektualny ferment. To pozwoli nam z otwartą przyłbicą uczestniczyć w dyskursie publicznym. Katolicy muszą nabrać przekonania, że w ramach dyskursu pluralistycznego społeczeństwa mogą wnieść do niego wartość dodaną.
Wskazówka druga: reguły nie gryzą
Po ukończeniu szkoły w Magdeburgu Wojciech osiadł w Pradze. Tam od miejscowego biskupa Thietmara przyjął wyższe święcenia kapłańskie i rozpoczął kościelną karierę. Poważne życie duchowe mało go jednak wówczas obchodziło. Młody Sławnikowic żył – wzorem swojego biskupa – bardziej „po rycersku”. Biesiadował i „inne pochlebstwa, a zwodzenia świata tego przyjmował”. Punktem zwrotnym w życiu przyszłego świętego była śmierć „niestroniącego od uciech” Thietmara.
W styczniu 982 roku pod wpływem ciężkiej choroby hierarcha zaczął kajać się publicznie z powodu „swego niegodnego zachowania”. Odchodząc, „straszliwie wołał, że go czarni czarci do piekła wleką”. Widok umierającego biskupa wstrząsnął Wojciechem do tego stopnia, że z miejsca posypał głowę popiołem, przywdział włosiany wór i pogrążył się w modlitwie. Gruntownie wykształcony, mający zaledwie 27 lat Sławnikowic wkrótce przejął po Thietmarze praskie biskupstwo.
Objęcie zaszczytnego i dającego duże możliwości polityczne stanowiska nie zgasiło w Wojciechu potrzeby zmiany dotychczasowego funkcjonowania. Wręcz przeciwnie. Rzeczywiście zamierzał „zrobić coś ze swoim życiem”, które zaczęło jawić się mu jako jałowe i pozbawione sensu. Spektakularna Wojciechowa metanoia nie była powierzchowna, chwilowa i ufundowana wyłącznie na emocjach związanych z dramatycznym końcem swojego poprzednika.
Wojciech zaczął poszukiwać idei, na których mógłby wznieść trwałe fundamenty nowego siebie. W czasie podróży po biskupią sakrę do Werony na pewien czas zatrzymał się w Pawii. Tam spotkał się i odbył długie rozmowy z opatem Majolem z Cluny i biskupem Gerardem z Toul.
Pierwszy zasłynął jako reformator wielu klasztorów na terenie Burgundii, Prowansji i Italii, w których skutecznie przywracał dyscyplinę zakonną. Po śmierci papieża Benedykta VI odrzucił przyjęcie tiary papieskiej. Drugi był hierarchą znanym ze swej pobożności i niechęci do polityki. Pod wpływem trwających wiele dni dyskusji z duchownymi w Wojciechu wykrystalizowała się wizja własnej posługi i bycia w świecie.
„Wyświęcony w uroczystość Piotra i Pawła […] z licznym orszakiem wracał konno do miłej ojczyzny. Lecz koń, którego dosiadał, ani nie biegł rączo jak zwykle parskające konie, ani nie miał uzdy błyszczącej złotem i srebrem, lecz na sposób chłopski okiełznany sznurem konopnym, szedł podług woli jeźdźca” – pisał w żywocie świętego Jan Kanapariusz. W ten sposób Wojciech zapowiedział nowy, całkowicie odmienny od swego poprzednika styl sprawowania biskupiego urzędu.
Krótko po wyborze zaczął w dni świąteczne rozdawać jałmużnę ubogim, a w dni powszednie „przyjmował zwykle dwunastu biednych, których na cześć apostołów karmił i poił”. Jednak oparta na ascezie posługa biskupia okazała się dla Wojciecha niewystarczająca. Była jedynie chwilowym etapem na drodze duchowego rozwoju. Sławnikowic poszukiwał dalej.
Gdy sytuacja polityczna zmusiła go do opuszczenia kraju (wrócimy jeszcze do tego wątku), Wojciech udał się do Rzymu, gdzie został przyjęty przez papieża Jana XV. Jak wielu mu współczesnych marzył o pielgrzymce do Ziemi Świętej. Jak się jednak wydaje, potrzeba peregrinatio religiosa nie miała jedynie na celu odwiedzenia najważniejszego dla chrześcijan świętego miejsca. Była raczej wyborem jednej z form vita monastica, przejawiającym się w postaci nieustającej wędrówki połączonej ze stanem dobrowolnego wyrzeczenia się wszelkich dóbr.
Dla Wojciecha pielgrzymowanie stało się metaforą „stałej separacji od kraju rodzinnego, od swoich”. „Podstawowym motywem wędrownego eremityzmu była idea uświęcenia się przez sam fakt oddalenia od własnego środowiska […]. Istniało ponadto przeświadczenie o pewnych terapeutyczno-ascetycznych właściwościach drogi pokonywanej w trudzie, niebezpieczeństwie i ubóstwie. Stąd wędrówka jako środek ascetyczny stała się celem samym w sobie” – podkreślała mediewistka, Aleksandra Witkowska OSU.
Wojciech rozdał więc pozostałą część swojego majątku ubogim, zrzucił biskupie szaty i na kupionym zawczasu osiołku ruszył w drogę, miał zamiar odwiedzić Grób Pański w Jerozolimie. Pierwszym przystankiem na pielgrzymim szlaku był benedyktyński klasztor na Monte Cassino. Jak relacjonował Bruno z Kwerfurtu, mnisi ugościli wędrowca, a gdy ten miał po kilku dniach pobytu ruszyć w dalszą drogę, „opat i bracia czyniąc pobożne uwagi upominali go: nie powinien marnować życia na próżne tułanie się […], lecz pozostać na jednym miejscu”.
Trzeba dodać, że w drugiej połowie X wieku idea peregrinatio religiosa coraz częściej zamiast ascetycznej wędrówki przypominała zwykłą włóczęgę, podczas której, zwracał na to uwagę Benedykt z Nursji, pod przykrywką pątnictwa mnisi pozbawieni wszelkiej stałości „służyli tylko własnym zachciankom i rozkoszom podniebienia”. Benedyktyni, uznając, że „przenoszenie się z dnia na dzień w coraz to nowe miejsce jest mniej chwalebne”, zaproponowali Wojciechowi trwanie na miejscu, czyli pielgrzymowanie wewnętrzne.
„Opat z Monte Cassino ukazał późniejszemu świętemu Wojciechowi trudną, wbrew pozorom, i wąską drogę prowadzącą do zbawienia i szczęścia w królestwie niebieskim (recta via), którą można przemierzać, fizycznie pozostając w tym samym miejscu (stabilitas loci), w miejsce łatwej i szerokiej drogi wędrowca po świecie, ale prowadzącej do potępienia wiecznego” – interpretował badacz średniowiecznych pielgrzymek, Henryk Paner.
Poszukując odpowiedniego miejsca do praktykowania loco stare, Wojciech trafił do klasztoru awentyńskiego, jednego z najważniejszych wówczas ośrodków ruchu umysłowego Europy łączącego w sobie tradycje wschodniego i zachodniego monastycyzmu. W X wieku ramy tej ekumenicznej wspólnoty zakonnej wynikały z reguły, której przepisy odpowiadały z grubsza tym, które Benedykt z Nursji zalecał swoim współbraciom. Życie codzienne mnicha w klasztorze na Awentynie oparte było na posłuszeństwie, pokorze, zwalczaniu pokus.
Książę Wojciech, nosząc wodę współbraciom i pomagając im przy myciu rąk, szybko zapomniał, że jest biskupem. „Stał się małym wśród braci […]. Z odmianą zewnętrznego przyodziania, nastąpiła u niego wewnętrzna odmiana obyczajów”. Odbył roczny nowicjat i złożył śluby zakonne. Chociaż w klasztorze na Awentynie spędził tylko dwa i pół roku, do końca swojego życia kierował się wskazaniami benedyktyńskiej Reguły.
*
To truizm, który warto jednak sobie uzmysłowić. Wszyscy, wszędzie i zawsze jesteśmy uwikłani w sieć reguł. Jak przekonuje historyk nauki – Lorraine Daston – w książce Rules: A Short History of What We Live By, zapisane na znakach, w podręcznikach, świętych tekstach i statutach prawnych reguły w znacznej mierze warunkują nasze bycie w codzienności i bycie w świecie. Ustalają początek i koniec dnia pracy, kierują ruchem drogowym, określają, kto może głosować, porządkują obrzędy narodzin i śmierci itd. Powszechność reguł nie oznacza ich jednolitości zarówno w obrębie kultur, jak i w ramach tradycji historycznych.
Współczesnemu człowiekowi co do zasady reguły kojarzą się negatywnie – z ograniczeniami i karami, czyli opresją. Oczywiście istnieją takie, które nas niewolą, ale są też inne, dzięki którym nasze życie staje się łatwiejsze, przyjemniejsze, a niektóre z nich, choć nas uwierają i wydają się trudne, czynią nasze życie pełniejszym i doskonalszym. Naszym zadaniem powinno być odnalezienie i podporządkowanie się tym drugim.
Benedyktyńska Reguła, na której oparł swoje życie św. Wojciech ponad tysiąc lat temu, również dziś może stać się dla nas dobrą regułą, rodzajem drogowskazu i ważnego punktu odniesienia. Wszak została stworzona po to, by nią żyć. Przeprowadźmy myślowy eksperyment i potraktujmy mnicha, do której kieruje Regułę św. Benedykt, jak każdego chrześcijanina mającego zamiar potraktować swoja wiarę na serio.
Ujrzymy wówczas, że to, o czym pisał święty z Nursji w VI wieku, jest zakopanym duchowym skarbem, jak podkreśla współczesny benedyktyn o. Wil Derkse, „starych, a jednak nowych wskazań, które mogą być wcielane od nowa, dotyczących dobrego przewodnictwa, podejmowania decyzji, owocnych relacji, dobrego zarządzania ludźmi, zdrowego rozwiązywania konfliktów”.
W centralnym miejscu Reguły stoi opat pełniący w klasztorze funkcję zastępcy Chrystusa. Przewodzi wspólnocie i jest odpowiedzialny „za własną naukę i za posłuszeństwo swoich uczniów”. Jest liderem, jak podkreślał św. Benedykt, który daje innym przykład własną postawą, a nie słowami. To bardzo ważny punkt w nauce patrona Europy.
Opat nosi miano abbas, czyli ojca. Jak zaznaczał Marcin Matczak w podcaście Pogłębiarka, to właśnie taki rodzaj autorytetu, jaki zaproponował św. Benedykt – opartego nie na wydawaniu rozkazów i podporządkowywaniu sobie innych, ale przede wszystkim na byciu autentycznym przykładem dla otoczenia – może stanowić inspirację zarówno dla współczesnych konserwatystów, jak i każdego zagubionego w chaosie późnej nowoczesności człowieka poszukującego punktów oparcia rzeczywiście godnych zaufania. Prawdziwym ojcem nie jest ten, kto rozkazuje, ale jest nim ten, kogo się naśladuje.
Spełniająca antropologiczne kryteria dobrego przewodnika figura benedyktyńskiego opata znajduje wiele zastosowań w naszej codzienności, nieraz bardzo odmiennej od rzeczywistości klasztornej. Zwracacie waszym dzieciom uwagę, by nie ślęczały tyle w mediach społecznościowych? Świetnie, ale zanim zaczniecie tego od nich wymagać, sami po powrocie z pracy odłóżcie telefon poza zasięg waszego i ich wzroku.
Bycie opatem wymaga prowadzenia innych – motywowania, wskazywania właściwego kierunku podejmowanych działań, odpowiedniego rozdzielania czasu na ciężką pracę, ale także na relaks, dbania o to, by w drodze do celu nie iść po trupach. Starając się być opatami w naszych domach i firmach, sami poszukujmy ich w naszym otoczeniu.
Nie wstydźmy się i nie obawiajmy się poddania dobremu przewodnikowi wystrzegającemu się pośpiechu, strachu, zazdrości, przesadnej podejrzliwości. Kimś takim może być nasz własny ojciec albo matka, przyjaciel, profesor kierujący projektem badawczym, w którym bierzemy udział, albo opat-manager w zatrudniającej nas korporacji.
Idźmy dalej. Cała Reguła to nic innego jak instrukcja dobrego przeżywania codzienności, w której rytm dnia wyznaczają modlitwa, praca i lektura, a okresy koncentracji i odpoczynku są proporcjonalnie wyznaczone i wyraźnie od siebie oddzielone. Przenosząc benedyktyńskie podejście do czasu, dokładnie wypełnimy nasz dzień, a jednocześnie nie będziemy mieli poczucia wiecznej gonitwy.
Kierując się jej wskazaniami, metodą małych kroczków spowolnimy, nauczymy się odpoczywać, a jednocześnie rzetelnie wykonywać obowiązki w pracy i w domu. Co najważniejsze, nauczymy skupiać się na tym, co naprawdę istotne – Bogu, rodzinie i przyjaciołach. Codzienny postęp będzie minimalny, ale po roku zobaczymy owoce. „Taka twarda determinacja to kwestia stabilitas” – zapewnia o. Wil Derkse.
Często znajdujmy czas na modlitwę, która powinna być krótka i czysta – uczy nas św. Benedykt. Oczywiście nie chodzi o to, żeby od teraz każdy z nas jeden do jeden kopiował modlitewny rytm życia zakonu. Warto jednak pomyśleć o tym, by rozpocząć i zakończyć dzień rozmową z Bogiem, a i przy okazji rozmaitych zajęć zwracać się ku Niemu myślami.
W ten sposób modlitwa skutecznie przeprowadzi nas przez wszystkie etapy dnia. Nie doprowadźmy przy tym do sytuacji, w której narzucimy sobie takie modlitewne wymagania, że ich niewypełnienie przełoży się na frustrację i złość. Modlitwa ma ożywiać nasze życie – pozwalać lepiej pracować i odpoczywać, łączyć i ogarniać wszystko, każdej czynności naszej codzienności nadawać sens.
„Bezczynność jest wrogiem duszy”. Pomyślmy o tym, gdy brutalnie przerywający poranną ciszę budzik rozkaże nam wyjść z ciepłego łóżka i skierować się do pracy. Starajmy się odwrócić myślenie o codziennie podejmowanym trudzie. To nie rodzaj nieustannej kary czy utrapienia, ale doświadczenie pozwalające poczuć smak życia. Czy bez pracy wakacje cieszyłyby tak samo? Wypełnianie obowiązków uczciwie, spokojnie i z godnością za każdym razem pozwala nam docenić to, co przychodzi po nich – czas odpoczynku.
Również na ten element składający się na harmonijne życie zwraca uwagę Reguła. Przypomina, jak ważna w naszej codzienności powinna być przerwa, chwila wytchnienia, intelektualny wdech i wydech. To naprawdę istotne, uczy nas św. Benedykt, byśmy tak zaplanowali nasz dzień, aby zawsze znaleźć chwilę na relaks. Kiedy przychodzi ten właśnie moment, nasze pięć minut, odłożyć wszystko inne na bok.
Oczywiście dla człowieka odpowiedzialnego nie jest to łatwe, by zignorować maila, który wpłynął właśnie do skrzynki, dokładnie w tym momencie, gdy miał zamknąć laptopa. Jednak benedyktyńskie życie to nieustanna sztuka zaczynania i przestawania, polegająca na poświęcaniu uwagi zadaniom jeden po drugim, włączając w to rekreację.
Jak podpowiada nam dalej Reguła, obok modlitwy i pracy elementem, o którym nie powinniśmy zapominać w naszej codzienności, jest lektura. Po raz kolejny spróbujmy tę myśl przełożyć na to, co tu i teraz. Czy czytanie jest nam dzisiaj w ogóle do czegokolwiek potrzebne? Tak, ponieważ to wysiłek intelektualny wymagający koncentracji, umiejętności rozumienia złożonych, logicznych konstrukcji, uczący myślenia przyczynowo skutkowego, a więc tego wszystkiego, z czym, jak zauważał Jacek Dukaj w Po piśmie, coraz większy problem mają współcześni ludzie.
Czytanie, choć wymagające, to także źródło wielkiej przyjemności, bo, jak pisał Michel Houellebecq w eseju Literatura jest najważniejsza, pozwala zetknąć się z innymi egzystencjami, wniknąć w odmienny sposób patrzenia na świat, zrozumieć realia całkiem odległe od tych, w którym przyszło nam żyć. To też sposób na konfrontowanie się z odmiennymi poglądami, możliwość zadania sobie najtrudniejszych pytań, skarbnica wiedzy o ideach, o których – gdyby nie książki – najprawdopodobniej nie mielibyśmy pojęcia.
*
Życie zgodne z Regułą, trzymanie się jej zasad bywa trudne. Wymaga pracy, konsekwencji, a i to nie gwarantuje oczekiwanego efektu. Św. Benedykt nie stworzył jednak tych ponadczasowych zasad dla świętych i wielkich duchowych mistrzów, lecz dla zakonnych nowicjuszy, którzy mieli „jedynie” uczyć się autentycznie wprowadzać naukę Chrystusa w swoją codzienność.
Po przemianie duchowej, która nastąpiła w chwili dramatycznej śmierci biskupa Thietmara, takie pragnienie – autentycznego życia Jezusowym przesłaniem – towarzyszyło również Wojciechowi. Sławnikowic na różne sposoby – najpierw poprzez ascezę, a później przez duchową pielgrzymkę – starał się wypełniać własną egzystencję Ewangelią. Konsekwentnie poszukiwał odpowiedniej dla siebie duchowej ścieżki, by w końcu odnaleźć ją via ascetica et contemplativa w klasztorze na Awentynie.
Zasadom opartym na benedyktyńskiej Regule podporządkował swoje dalsze życie. W ten sposób odpowiedział na chaos otaczającego go świata pełnego przemocy, intryg, bólu i lęku. Choć dzisiejsze są zasadniczo różne od X-wiecznej Europy, to na poziomie meta można znaleźć pomiędzy czasami Wojciecha a naszymi pewne analogie.
Współczesna Europa również przepełniona jest społecznymi i politycznymi napięciami, cierpieniem, niepewnością jutra i – co ważne – aksjologicznym chaosem. Reguła to sprawdzone lekarstwo pozwalające w chaotycznych czasach zaprowadzić w życiu stabilny porządek. Co więcej, jest to świetna recepta, by uczynić nasze życie integralnym, a naszą codzienność o wiele bardziej sensowną, niż wskazywałby na to jej materialny wymiar.
Wskazówka trzecia: zacznij od siebie i nie bądź hipokrytą
Choć rządząca dynastia Przemyślidów przyjęła chrześcijaństwo, Czesi czasów Wojciecha wciąż byli społeczeństwem na wskroś pogańskim. Na co dzień obowiązywały w nim brutalne zasady, według których, jak wskazywał filozof i historyk religii, Zbigniew Mikołejko, można było „wszystko czynić jawnie i bez skrępowania, zgodnie z dyskursem siły i mamony”.
W Pradze masowo handlowano słowiańskimi, nierzadko chrześcijańskimi niewolnikami wysyłanymi do Niemiec i krajów arabskich. Czesi oddawali cześć dawnym bogom, nie zachowywali postów, nie święcili niedziel, powszechnie praktykowali wielożeństwo i cudzołóstwo, uznawali monogamię bardziej za powód do wstydu niż dumy.
Wojciech, który po śmierci Thietmara przeżył osobiste nawrócenie, wbrew swojemu otoczeniu rozumiał doniosłość chrześcijańskiego przesłania. Zdawał sobie sprawę, że wraz ze świadomym przyjęciem Chrystusowej nauki człowiek przestaje być niewolnikiem „żywiołów świata” (Kol 2, 8) z ich cyklem narodzin, wzrostu, rywalizacji, walki, zadawania sobie ran i zabijania.
Rozumiał, że coś, co wiele lat później Monteskiusz nazwał ogólnym duchem narodu, oparte dotąd na pogańskich prawach, przyzwyczajeniach i moralności musi ustąpić nowemu porządkowi, którego fundamentami są przebaczenie, poświęcenie, altruizm, nadzieja, a przede wszystkim miłość wobec drugiego człowieka, niezależnie od tego, kim ów jest.
„Wszyscy bowiem jesteście kimś jednym w Chrystusie Jezusie” (Ga 3, 28). Sławnikowic pragnął, by także inni dostrzegli w tym egalitarnym i uniwersalistycznym przesłaniu szansę i tak jak on sam przeszli – używając pojęcia Chantal Delsol – normatywną inwersję, radykalnie odcinając się od dotychczas obowiązujących norm.
Chcąc wstrząsnąć rodakami, Wojciech rzucił im moralne wyzwanie, uczestniczył we własnym ingresie na bosaka. W ten sposób, przywołajmy raz jeszcze Zbigniewa Mikołejko, „demonstrował nowy styl i wzór, radykalnie odległy, radykalnie różny od stylu oraz wzoru dotychczasowej władzy świeckiej, od jej autorytetu wyrażającego się w dyskursie siły”.
Co więcej, nie poprzestał na symbolicznych gestach. Wymagał od rodaków, ale zmianę zaczął od samego siebie. Zrezygnował z wygodnego łóżka, spał na gołej ziemi. Pościł. Samodzielnie wykonywał prace domowe. Pole obsiewał własnymi rękami. Wieczory poświęcał na czytanie.
*
W naszych mózgach – jak opisywali to chociażby Daniel Kahneman czy Jonathan Haidt – nieustannie działają dwa odrębne od siebie mechanizmy. Pierwszy to system emocjonalny, który kieruje się instynktem, odczuwa ból i przyjemność. Drugi to system racjonalny, określany także świadomym lub refleksyjnym, dzięki któremu analizujemy, dzielimy włos na czworo, roztrząsamy i spoglądamy w przyszłość. Platon, opisując te dwa porządki w Fajdrosie, zaproponował metaforę woźnicy i dwóch koni.
Powożący rydwanem uosabia rozum i rozsądek. Biały koń (thumos) – „zapał szlachetny i serce” – symbolizuje śmiałość, odwagę, dążenie do doskonałości. Czarny (eros) to alegoria zmysłowych pożądliwości, rozkoszy i popędów. Zadaniem woźnicy, czyli każdego człowieka, jest poskromienie czarnego konia w nas samych.
Wtedy dopiero, jak uważał Platon, odniesiemy zwycięstwo rozumu nad żądzą i ujarzmimy naszą nierozumną stronę. Woźnica Wojciech nauczył się panować nad rumakiem popędów i pokierował swój rydwan do świata chrześcijańskich idei. Planował ze swoich rodaków uczynić równie sprawnych jeźdźców. Nim jednak zaczął reformować swoje otoczenie, zaczął od siebie, własnego autentycznego nawrócenia i dawania przykładu.
Chcąc zmienić otoczenie, w którym dostrzegamy rozmaite dysfunkcje, metamorfozę powinniśmy zacząć właśnie od samych siebie. Wojciech nie pouczał mieszkańców Pragi z wysokości ambony o chrześcijańskich cnotach, samemu prowadząc niemoralne życie. Nie poprzestawał też na spektakularnych, choć pustych gestach. Chrystusową naukę poświadczał codziennym przykładem. Jego postawa pozostawała integralna z wyznawanymi poglądami.
Jeśli nie chcemy zaszkodzić przyjętemu systemowi wartości, nie powinniśmy publicznie głosić sądów, które z naszym codziennym zachowaniem mają niewiele wspólnego. Tak jak Wojciech nie był, tak i my nie bądźmy hipokrytami. Bez względu na to, czy zmiana, której potrzebę wprowadzenia dostrzegamy, dotyczy naszej rodziny, miejsca pracy, parafii, diecezji lub całego społeczeństwa, możemy jej dokonać przede wszystkim przez osobistą przemianę. Wówczas nie zatrzymamy się na bezproduktywnej krytyce, ale staniemy się częścią procesu przemieniającego otaczającą nas rzeczywistość od wewnątrz.
Wskazówka czwarta: wyjdź ze swojej bańki
Pewnie każdy z nas przekonał się na własnej skórze, jak nieprzyjemne bywa opuszczenie bańki, czyli naszej społecznej strefy komfortu. Wygodnie jest otoczyć się tym, co oswojone: ideami, ludźmi, poglądami, które przekonują nas o słuszności tego, co robimy i jak się zachowujemy. Lubimy siedzieć w bańce, która chroni nas przed brutalną weryfikacją tego, czy rzeczywiście potrafimy wobec innych uzasadnić nasz styl życia i nasze przekonania.
Istnieje jednak jeszcze jedno zagrożenie. Niejednokrotnie, gdy nasze przekonania rozjeżdżają się z tym, co wyznaje środowisko, do którego należymy, wolimy się dostosować. Byleby nie narazić się na nieprzyjemności, konflikt czy odrzucenie. Mamy skłonność do konformizmu – niezależnie, czy dotyczy to naszych postaw wewnątrz grupy, do której należymy, czy też konieczności opuszczenia naszej bańki i wyjścia do innych.
Św. Wojciech zmierzył się w swoim życiu z obydwoma zarysowanymi wyżej wyzwaniami. Gdy został wybrany na biskupa, nie spełniał podstawowego kanonicznego wymogu – nie miał ukończonych 30 lat. Mógł jednak rozpocząć sprawowanie urzędu, ponieważ otrzymał polityczne wsparcie Bolesława II Pobożnego.
Ówczesny władca Czech z całkowicie pragmatycznych powodów wolał na prestiżowym biskupstwie praskim syna Sławnika niż własnego brata – Krzyżana. Pobożny liczył, że uda mu się podporządkować niedoświadczonego jeszcze Wojciecha i poprzez niego będzie z łatwością realizował interesy Przemyślidów.
Wojciech mógł zająć miejsce w orkiestrze, które przygotował mu Pobożny. Mógł się nie wychylać, nie narażać i w spokoju sprawować swój urząd, jednak wbrew oczekiwaniom czeskiego władcy od momentu przyjęcia biskupiej sakry postanowił działać inaczej. Odważnie rzucił wyzwanie wciąż dominującej wśród czeskiej elity pogańskiej wizji świata, publicznie sprzeciwiał się wielożeństwu Czechów oraz handlowaniu przez możnowładców niewolnikami.
Pilnował, by Praga święciła niedziele i przestrzegała postów. Prawnie stwierdzał nieważność małżeństw zawartych między członkami tej samej rodziny, co budziło wściekłość niemal wszystkich najważniejszych plemiennych dynastii. Jednocześnie głośno protestował przeciwko nadużyciom ludzi Kościoła. Walczył z symonią, czyli kupczeniem przez księży posługami duszpasterskimi, oraz pilnował, by podległe mu niższe duchowieństwo przestrzegało celibatu.
Postawa Sławnikowica kłuła w oczy wielu. Duchowni z najbliższego otoczenia Wojciecha pozostawali głusi na głoszone przez niego nauki. Pożądając bogactw, wpływów, kariery i „innych marności tego świata, nie stroniąc od rozpusty i pijaństwa”, spiskowali przeciwko swojemu biskupowi u czeskich możnowładców. Wojciech to widział. Nie zamierzał jednak dostosować się do zasad, z którymi się nie zgadzał.
Po ludzku łatwiej było odpuścić, nie występować przesadnie głośno przeciwko poglądom i postawom powszechnie wyznawanym w środowisku, którego był częścią. On jednak twardo sprzeciwiał się otaczającej go hipokryzji, co ostatecznie doprowadziło do konfliktu z rządzącą Czechami dynastią Przemyślidów oraz ich sojusznikami – wielkim rodem Wrszowców, którzy utrudniali Wojciechowi budowanie nowych kościołów, codzienną pracę duszpasterską, pobieranie dziesięciny, a ostatecznie brutalnie wymordowali większość członków jego rodziny. Sam Wojciech po raz kolejny został zmuszony do opuszczenia Pragi.
Traumatyczne doświadczenia nie złamały go. Biskup-tułacz zaczął poszukiwać nowych dróg głoszenia Ewangelii. Będąc w Rzymie, spotkał nietypowego młodzieńca – króla Niemiec, a od 996 roku także cesarza rzymskiego Ottona III, który podobnie jak Wojciech zafascynowany był chrześcijańskim życiem opartym na pokorze, modlitwie kontemplacyjnej i ascezie.
Pod wpływem rozmów z Ottonem praski biskup poprosił papieża o przyznanie mu statusu misjonarza. W ten sposób postanowił zmierzyć się z drugim wyzwaniem – nie tylko sprzeciwić się swojemu środowisku, ale także odważnie wyjść do obcych, którzy wyznawali inny światopogląd. Św. Wojciech przeszedł od wewnętrznej ascezy i pobożności „wprost ku zewnętrznej misji”, czyli chrystianizacji pogan. Postanowił „odrzeć się z insygniów władzy książęcej i biskupiej na rzecz laski wędrowca i odkupiającego słowa”.
Za zgodą cesarza i w porozumieniu z księciem Bolesławem Chrobrym Wojciech przybył do jednego z najmłodszych chrześcijańskich państw w Europie – ówczesnej Polski. Dla zachodniego świata była to ziemia wciąż nieco dzika, niezrozumiała, niebezpiecznie granicząca „z „pogańskim morzem”, czyli plemionami Prusów. Podstawą wiary „pruskich czcicieli bałwanów”, jak nazywali ich ówcześni kronikarze, był kult przyrody – wiara w działanie tajemniczych nadprzyrodzonych sił, od których zależało ich życie.
Wojciech znów opuścił bezpieczną bańkę – odprawił przydzieloną przez polskiego księcia eskortę, odziany w pontyfikalne szaty z pastorałem w ręce i włochatą mitrą na głowie wyruszył opowiadać Prusom o Jezusie. Chociaż w ówczesnym Kościele w misjach chrystianizacyjnych największym powodzeniem cieszyła się doktryna compelle intrare oznaczająca zmuszenie siłą drugiego człowieka „do wejścia na ucztę Pana”, Wojciech wybrał benedyktyńską metodę osobistego przykładu.
*
W jaki sposób dzisiaj możemy naśladować odwagę i nonkonformizm Wojciecha? Do odpowiedzi podprowadzi nas jeszcze jeden przykład, tym razem z niedalekiej przeszłości. W 1947 roku niedawno wyświęcony 27-letni ksiądz Karol Wojtyła udał się w podróż do Belgii, Holandii i Francji.
W ostatnim z krajów zetknął się z „duszpasterzami portowych robotników w Marsylii” i „apostołami paryskich przedmieść”, a więc księżmi-robotnikami, którzy opuścili oswojoną rzeczywistość, prowadzili pracę ewangelizacyjną w środowiskach wielkoprzemysłowych. Nie nosili sutann i dzielili z robotnikami trudy codzienności – mieszkali w dzielnicach robotniczych, podejmowali ciężką pracę fizyczną oraz jedli wspólne posiłki z robotnikami.
Wyraźnie zafascynowany ks. Wojtyła opisał wewnętrzny ruch misyjny prowadzony we Francji przez księży-robotników dwa lata później na łamach „Tygodnika Powszechnego”. I chociaż, jak z biegiem lat uznał Watykan, idee stojące za Mission de France zostały w znacznym stopniu wypaczone (z czasem księża-robotnicy pod wpływem francuskich komunistów zaczęli angażować się w działalność związkową, a nawet polityczną), francuskie doświadczenie Wojtyły zadecydowało o przyjętej przez niego koncepcji pracy duszpasterskiej.
Idea prowadzenia wewnętrznych misji – ewangelizowania najbliższego otoczenia – pozostaje aktualna. Powiedzmy to głośno: dzisiejsza Polska, podobnie jak nominalnie katolickie Czechy za czasów św. Wojciecha czy Francja w 1947 roku, jest terenem misyjnym.
Jak wynika z raportu Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego, procent osób uczestniczących regularnie w niedzielnych mszach św. w 2023 roku w Polsce wyniósł 29%. Był to drugi najniższy wskaźnik od transformacyjnego przełomu. Jeszcze w 2019 roku, czyli przed pandemią COVID-19, wskaźnik ten wynosił 36,9%.
Według badań prowadzonych przez CBOS grupą, w ramach której proces sekularyzacji gwałtownie przyspieszył, są ludzie młodzi. W kategorii wiekowej 18–24 lata odsetek wierzących z 93% w roku 1992 spadł do 71% w pierwszych ośmiu miesiącach 2021 roku. Równolegle znacząco wzrósł odsetek osób niewierzących z 6,7% do 28,6%.
Tendencję tę potwierdza inny raport – Kościół w Polsce 2023 – z którego wynika, że „młodzież znacznie rzadziej niż dorośli Polacy deklaruje się jako katolicy”, a głównymi przyczynami ich niewiary i obojętności religijnej są osobiste przekonania i przemyślenia, zniechęcenie do Kościoła jako instytucji, wiedza o negatywnych postawach moralnych księży oraz negatywny odbiór postaw osób wierzących i praktykujących.
Co ciekawe, gdy zapytano młodzież, czego przede wszystkim oczekuje od Kościoła, wśród trzech najczęstszych odpowiedzi aż dwie odnosiły się do elementu religijnego, który odpowiada na potrzeby osobistej i pogłębionej relacji z Bogiem. 32,5% respondentów udzieliło odpowiedzi: „doświadczenia Boga”, a 27% badanych: „argumentów za prawdziwością wiary”.
Ogólny, a przez to nieco uproszczony, wniosek płynący z przywoływanych badań i raportów jest moim zdaniem następujący: młodzi Polacy – przedstawiciele pokolenia Z i millenialsi, którzy masowo opuszczają Kościół – wciąż odczuwają głęboką potrzebę transcendencji.
Jednak Kościół instytucjonalny z biskupami na czele, a także wierzący świeccy z ich najbliższego otoczenia nie tylko nie zachęcają do tego, by do chrześcijaństwa się przybliżyć, lecz wręcz przeciwnie – skutecznie do tego zniechęcają. Co więc można zrobić, by ten trend odwrócić?
Przykładem sensownej ewangelizacji i odważnego wychodzenia z własnej bańki ku współczesnym niewierzącym może być amerykański biskup, Robert Barron, założyciel katolickiej organizacji medialnej Word on Fire. Hierarcha swojego czasu zasłynął wystąpieniami w ramach cyklu Jak spierać się o wiarę oraz Religia a otwieranie się umysłu, wygłoszonymi dla pracowników Doliny Krzemowej, przede wszystkim z Google’a i Facebooka.
Pokazał on w ten sposób, że wchodząc z nauką Chrystusa w niechętne albo obojętne nam przestrzenie, choć nie od razu, z pewnością coś po sobie pozostawimy. Jakąś myśl, ideę, która może nie natychmiast, ale z czasem, zakiełkuje w głowie choćby jednej osoby. To już bardzo dużo. By jednak tak się stało, musimy być dobrze przygotowani. Powtarzając za bp. Barronem, można stwierdzić, że chrześcijanie na nowo muszą nauczyć się publicznie spierać o wiarę.
Wychodząc z przesłaniem Ewangelii z dobrze nam znanej, wygodnej rzeczywistości na zewnątrz, warto wrócić do pierwszej Wojciechowej wskazówki. Chrześcijanin, by spełnić potrzebę osoby niewierzącej/wątpiącej/poszukującej pogłębionej rozmowy o wierze i Bogu, powinien na serio traktować to, w co sam wierzy.
Tymczasem niemało chrześcijan wciąż mówi o swojej religijności z zakłopotaniem, nieraz wstydem, trochę tak, jakby przyznawali się w towarzystwie, że ich światopogląd rzeczywiście jest czymś gorszym od ateizmu, agnostycyzmu czy jakiejkolwiek innej formy zdystansowania się od religii.
Przekonać innych do wartości płynących z nauczania Chrystusa będziemy w stanie dopiero wtedy, gdy sami docenimy wartość sakramentów i codziennej modlitwy, dostrzeżemy w chrześcijaństwie religię niesprzeciwiającą się rozumowi oraz spójny i atrakcyjny projekt antropologiczny obejmujący wszystkie sfery naszego życia. Upraszczanie katolicyzmu – znowu przywołuję myśl bp. Barrona – jest katastrofą duszpasterską pierwszej rangi.
Powinniśmy traktować odbiorców Chrystusowej nauki poważnie. Jeśli sami redukujemy chrześcijaństwo wyłącznie do emocji, odczuć oraz osobistego doświadczenia i nie opieramy naszych rozmów o wierze na racjonalnych przesłankach, na poważnie i systematycznie uprawianej apologetyce, już na starcie skazujemy się na porażkę.
W misji ewangelizacyjnej oprócz wejścia do obcych społecznie i kulturowo baniek (wskazówka czwarta) z pogłębionym przekazem na temat chrześcijaństwa (podpowiedź pierwsza) niezbędne są również dwie pozostałe Wojciechowe rady.
W VI wieku po załamaniu się rzymskiego porządku wspólnoty monastyczne oparte o benedyktyńską Regułę z ascezą, ubóstwem, określonym rytmem dnia i codziennych obowiązków, umiłowaniem modlitwy, pracy i lektury, z figurą opata (kochającego, sprawiedliwego, a jednocześnie wymagającego ojca-przewodnika) przyczyniły się do odnowienia zachodniej cywilizacji, przywrócenia chrześcijaństwu społecznego zaufania, a tym samym stopniowej ewangelizacji Europy.
W 2025 roku – w dobie głębokiego kryzysu Kościoła spowodowanego przede wszystkim skandalami nadużyć seksualnych jego przedstawicieli i brakiem odpowiedniej reakcji hierarchii na krzywdę ofiar – obowiązkiem duchownych i świeckich chrześcijan jest przywrócenie Kościołowi moralnej i duchowej autentyczności.
Chcąc zmienić otoczenie, powinniśmy w pierwszej kolejności zacząć od samych siebie. Jak pisze bp Barron, „powrót do radykalnej formy życia chrześcijańskiego ma zasadnicze znaczenie dla dzieła ewangelizacji”. Za drogowskaz niech posłuży nam benedyktyńska Reguła. Ta, która stała się wzorcem i treścią życia dla św. Wojciecha.
***
W 1000-lecie koronacji Bolesława Chrobrego – pierwszego króla Polski, tego właśnie, który wyprawił Wojciecha na Prusy – i 1025 lat po kluczowym dla kształtowania naszej państwowości zjeździe gnieźnieńskim warto na nowo odkryć postać księcia z rodu Sławnikowiców. Warto zrobić to nie tylko przez pryzmat jego męczeństwa, ale o wiele bardziej zwrócić uwagę na przykład integralnego, opartego na racjonalności i wierze życia.
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych.
Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o zachowanie informacji o finansowaniu artykułu oraz podanie linku do naszej strony.
