Lepsze świecidełka niż dokręcanie śrubek. Dlaczego politycy zajmują się głupotami?
Prawdziwe zmiany to nie droga usłana różami, ale wspinaczka na K2. Na prawdziwych, a nie pozornych reformatorów czekają nie ordery i oklaski, ale pot, krew i łzy. W dodatku śmietankę z najpoważniejszych i najdłużej przygotowywanych zmian często spijają politycy konkurencji.
Nic tak dobrze się nie sprzedaje jak świeżość. Dotyczy to także polityki. Cenione są w niej idee nowe, nie opierzone. Politycy szukają ich ze szczególną energią. Wiedzą, że tego potrzebuje elektorat. Słusznie zakładają, że aby przebić się do debaty to trzeba rzucać pomysły nieszablonowe.
Bo wyborcy darują pomysły chybione, nieefektywne czy nawet wprost głupie, ale nie darują pomysłów nudnych. Nie dlatego, że się nimi nie zgadzają. Dlatego że ich nie słuchają. Dla polityka nie ma gorszej recenzji. W tej branży lepiej być nienawidzonym niż niewidocznym.
Dlatego w programach wyborczych, a przede wszystkim w przekazie kampanijnym mamy konkurs nie na najlepsze rozwiązanie, czyli takie, które realnie rozwiązuje jakiś problemy. Królują pomysły zapadające w pamięć, a nade wszystko uruchamiające nasze emocjonalne struny. A jeśli tak, to trzeba wymyślić coś tak świeżego jak poranne bułeczki z piekarni.
Ubiór nie uzdrowi oświaty
Ostatnim przykładem takiej aktywności jest propozycja Ministerstwa Edukacji o regulowaniu stroju uczniów. W ramach pracy nad prawami i obowiązkami ucznia MEN wprowadza prawo do kształtowania wyglądu jako przysługujące każdemu uczniowi, bez możliwości ograniczania go przez dyrekcję.
Takie działanie to wręcz modelowy przykład reform, jakimi raczą nas politycy. Temat świeży, w dodatku z dużym potencjałem na poniesienie się, bo przecież o tym, jak powinni się ubierać uczniowie, mogą rozmawiać nie tylko eksperci.
Ba! Przeciętny Kowalski nie tylko może mieć w tej kwestii swoje zdanie; prawdopodobnie już je ma. Owszem, wielu będzie na kontrze do Nowackiej, ale to dobrze. Każdy liczący się polityk musi mieć nie tylko swoich zwolenników, ale i przeciwników. A bez tych drugich nie będzie tych pierwszych.
Spytajmy: jak ustawa o obowiązkach ucznia rozwiązuje kluczowe problemy polskiej edukacji? Czy podnosi poziom nauczania? Poprawia warunki pracy nauczycieli? Odpowiada na problem demografii? A może pozwala budować relacje szkolne, adresując problem samotności?
Otóż nie tylko nie odpowiada, ale nawet nie jest blisko odpowiedzi. Dzisiejsza polityka roi się od politycznych „błyskotek” – pomysłów, o których lubimy się pokłócić przy stole, ale będących obok meritum sprawy.
Prawdziwa państwowość jest nudna
Dlaczego te pomysły zdobywają w ostatnich latach popularność wśród polityków? Bo „klasyczna” alternatywa to droga przez mękę. Żeby naprawić systemowe błędy, to trzeba się ciężko napracować, a i to nie gwarantuje sukcesu.
Wielu problemów realnie trapiących Polskę to nie proste decyzje sprowadzone do odsunięcia niewłaściwych ludzi, ale złożone mechanizmy, który niczym supeł trzeba mozolnie rozplątywać sznurek po sznurku.
Czy jest bowiem łatwa odpowiedź na pytanie, jak podnieść poziom polskich uczniów? Czy kluczowe są lepsze wynagrodzenia nauczycieli, aby byli lepiej zmotywowani? A może trzeba podkręcić dyscyplinę, bo czasy dla młodzieży niewymagające? Albo wręcz przeciwnie – tylko brak dyscypliny wyzwala niezbędną kreatywność?
Dobra diagnoza nie może pochodzić od intuicji. Musi wynikać z szerokich badań, wielu rozmów, analizy dotychczasowych działań. To zaś wymaga wysiłku, dobrej organizacji procesu, a przede wszystkim czasu, którego politycy chronicznie nie mają.
Kiedy już uda nam się w gąszczu różnych zależności zdiagnozować problem, okazuje się, że nie ma niego cudownej recepty. Tak jak rozwiązaniem problemów z nadwagą nie jest wspaniała „dieta cud – 5 kg w 5 dni”, tylko „nudna” zmiana życiowych nawyków, na które składają się prawidłowy sen, ruch i dieta, tak reformy, jakich polskie państwo potrzebuje w wielu dziedzinach wymagają podobnego podejścia.
Każdy kto miał choćby w minimalnym stopniu zetknął się z materią państwową, wie, że nie tutaj łatwych dróg na skróty. Nie da się wprowadzić z dnia na dzień radykalnej poprawy jakości nauczycieli. Pewnie od zaraz można podnieść pensje, ale zorganizowanie szkoleń, aktualizacja oceny ich pracy czy poprawa jakości studiów pedagogicznych wymagają ogromnych zmian organizacyjnych.
Wyrywkowe działania często przynoszą wyrywkowe efekty. Prawdziwe reformy to nie droga usłana różami, ale wspinaczka na K2. W dodatku nie tak medialnie nośna jak niedawna zimowa wyprawa nepalskich szerpów. Na prawdziwych, a nie pozornych reformatorów czekają nie ordery i oklaski, ale pot, krew i łzy.
Co do zasady na wiele problemów polskie państwo starało się już w przeszłości zaradzić. I jeśli coś nie działa, to nie dlatego, że nie było rozwiązań, ale dlatego, że nie przyniosły one korzystnych rezultatów. Niekoniecznie jest to dobra informacja.
Nieraz łatwiej coś zbudować od zera niż zmieniać istniejące systemy z ich formalnymi, ale i nieformalnymi regułami. To oznacza, że nieraz z lupą trzeba patrzeć, gdzie postawiony system się zawiesza. Gdzie są jego wąskie gardła i zatory. Dojść do tego, kto jest prawdziwym, często niewidocznym dla opinii publicznej „hamulcowym” procesów.
Kiedy te wszystkie pagórki zostały zdobyte, przychodzi pora na konfrontację z największym wyzwaniem. Jest nim czas. W polityce efekty reform nie są widoczne od razu, a dopiero po latach. Często jest okres wykraczający poza wyborczy horyzont, czyli naturalny czas, w jakim działa polityk.
Trudno mu się dziwić. Rzadko kiedy ktoś otrzymuje stanowisko na dłużej, niż wynosi kadencja parlamentu. Co więcej, rzadko kiedy na realizację reformy ma się pełne cztery lata. Zanim polityk zostanie wybrany w partyjnej układance, zanim wejdzie do ministerstwa, ściągnie ludzi i zapozna się z tym, co leży na biurku oraz jakie ma realne możliwości i ograniczenia, mija realnie rok.
W pracy polityka-ministra wypada często nie tylko pierwszy, ale i ostatni rok. Bo przecież nikt nie będzie wprowadzał reform w gorącym okresie kampanii, kiedy każde słowo i każda decyzja to chodzenie po polu minowym.
Nie dość więc, że polityk się namęczy, żeby problem zrozumieć, wysili się, żeby na niego znaleźć odpowiedź, skonfliktuje z kolegami z partii, aby to rozwiązanie przeforsować, nastawi się na gniew różnych osób w systemie, które na zmianie status quo stracą, nie dostanie owacji od ludu, który systemowych zmian nie śledzi i nie rozumie, to jeszcze na końcu, kiedy pojawi się efekt, śmietankę mogą spijać politycy konkurencyjnych partii po wyborach.
I po co komu? Człowiek się naharuje, a z pomysłami zostanie jak Himilsbach z angielskim. Na prawdziwych reformach rośnie garb na plecach, a nie polityczna kariera. Nietrudno zrozumieć, dlaczego przyszło nam żyć w świecie, w którym zamiast metodycznie dokręcać śrubki, politycy wolą kupić na Temu trochę politycznych świecidełek.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.
