Samotny jak polski 30-latek. O kulturze indywidualizmu
Dziś wśród Polaków przed 30. rokiem życia 44 proc. jest singlami, a kolejne 21 proc. pozostaje w związku z osobą, z którą nie mieszka; w 2024 r. 38 proc. młodych mężczyzn i 28 proc. młodych kobiet nie współżyło z nikim od co najmniej roku. Samotność młodych dorosłych nie jest jednak prostym skutkiem indywidualnych wyborów, lecz efektem kultury indywidualizmu, która pod hasłem autonomii i samorealizacji podważyła sens trwałych więzi.
Tekst został pierwotnie opublikowany w obszerniejszej wersji na łamach „Gościa Niedzielnego”. Dziękujemy redakcji za możliwość przedruku!
Kiedy ślub?
Wanda jest 30-letnią absolwentką psychologii. Niedawno zaczęła pracę w jednej z warszawskich korporacji na stanowisku HR-owca. Ma dbać o dobre relacje w dużej firmie i dobrostan pracowników. Sama jednak nie jest w dobrej kondycji psychicznej.
Tosiek jest 30-letnim, świeżo upieczonym aktorem. Dorabia jako opiekun do dzieci, grywa w reklamach, chodzi na castingi i wypatruje okazji, by zadebiutować w filmie pełnometrażowym. Pod aktorskim uśmiechem ukrywa kryzys egzystencjalny.
Wanda i Tosiek od liceum są parą. Szybko ze sobą zamieszkali i wchodzili w dorosłość już w związku. Teraz postanowili się rozstać. Czują dojmującą samotność. Nie chcą już ze sobą być (albo tak im się wydaje), nie potrafią jednak żyć bez siebie.
To nie jest prawdziwa historia, lecz zarys fabuły serialu Kiedy ślub w reżyserii Piotra Domalewskiego i Łukasza Ostalskiego. Choć opowieść jest fikcyjna, dość przekonująco pokazuje problemy współczesnych trzydziestolatków, którzy często nie są dziś w stanie tworzyć dojrzałych i trwałych związków.
Samotność w badaniach
Esej Anny Gromady, socjolożki z PAN, opublikowany na łamach portalu Polityka Insight, otwiera oczy na skalę problemu. Dziś wśród Polaków przed 30. rokiem życia 44 proc. jest singlami, a kolejne 21 proc. pozostaje w związku z osobą, z którą nie mieszka.
W 1900 r. 92 proc. dorosłych żyjących na terenach dzisiejszej Polski było w związkach.
W 2024 r. 38 proc. młodych mężczyzn i 28 proc. młodych kobiet nie współżyło z nikim od co najmniej roku. W ciągu ostatniej dekady Polska straciła 1,5 miliona mieszkańców, a jednocześnie liczba jednoosobowych gospodarstw wzrosła o milion. Przywykliśmy do myśli, że ludzie mieszkają sami po śmierci męża lub żony. Dziś jednak jednoosobowe gospodarstwa tworzą przede wszystkim single, a nie wdowy i wdowcy.
Anna Gromada stwierdza, że polskie społeczeństwo przypomina zbiór „intymnych złomowisk”. Nie jesteśmy przy tym szczególnie wyjątkowym przypadkiem na tle innych społeczeństw Zachodu.
Heteropesymizm i kac po patriarchacie
Tomasz Szlendak, socjolog z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, w książce o prowokacyjnym tytule Miłość nie istnieje bada przyczyny tego zjawiska.
Przedstawia kilka konkurencyjnych wyjaśnień. Skupmy się na dwóch. Pierwszym jest kryzys ideału miłości romantycznej i wpisany w ten ideał paradoks. Z jednej strony kultura obiecuje nam miłość na całe życie, z drugiej – podpowiada, że prawdziwy związek musi być dobrowolny, przełamywać różnice materialne i kulturowe oraz być źródłem osobistego spełnienia.
W świecie wyemancypowanych kobiet oba te elementy mitu romantycznego zaczynają wchodzić ze sobą w kolizję. Albo samospełnienie, samorozwój i samorealizacja, albo związek, który zawsze oznacza kompromis i – a więc – rezygnację z co najmniej cząstki siebie.
Szlendak twierdzi, że współczesne kobiety są heteropesymistyczne. „Potencjalni partnerzy mają być męscy i nieprzemocowi, wykształceni i sympatyczni, na wysokim stanowisku i opiekuńczy. Mają dobrze zarabiać, chcieć mieć dzieci, umieć komunikować emocje i traktować partnerkę jak równą sobie. Mężczyznom z kolei związki z tak wymagającymi kobietami nie dają już statusu ani takich korzyści, jakie przynosiły małżeństwa ich ojcom i dziadkom. Po co więc trwałe związki, skoro nie trzeba w nie wchodzić, by uzyskać dostęp do seksu i władzy?” – pyta Szlendak z nutą ironii i cynizmu.
Tinder i urynkowienie relacji
Kluczową melodią tego fragmentu są wzajemne oczekiwania charakterystyczne dla relacji typowo rynkowych. Wchodzę do sklepu, przebieram w ofertach, wybieram najlepszą opcję, płacę i cieszę się produktem. Problem polega na tym, że nie mówimy tu o zakupach, lecz o utowarowieniu relacji.
Szlendak cytuje również swoich kolegów po fachu. Moją uwagę zwrócił wywód socjologa Marka Krajewskiego. „Od najmłodszych lat ludzie są intensywnie przyuczani do roli konsumenta. Klient jest panem, ma prawo żądać, a wszystko wokół podpowiada mu, że świat istnieje po to, by spełniać jego potrzeby. Od innych oczekujemy więc, że będą realizować nasze oczekiwania. Gdy tak się nie dzieje – bo mają inne zdanie, zachowują się inaczej lub wierzą w coś innego – reagujemy złością, która łatwo przechodzi w nienawiść”.
Nie dziwi więc ogromny sukces Tindera, najpopularniejszej aplikacji randkowej na świecie. Już 70 proc. młodych Polaków randkuje online, a zdecydowana większość z nich korzysta właśnie z Tindera. Aplikacja daje wrażenie dostępu do nieskończonej liczby opcji: zawsze może pojawić się ktoś bardziej atrakcyjny, lepiej odpowiadający wyobrażeniu o idealnej partnerce czy partnerze. Co ciekawe, tylko 9 proc. związków Polaków do 45. roku życia poznało się przez aplikacje.
Dlaczego tak niewiele? Ponieważ algorytmy rządzące aplikacją są skonstruowane tak, by jak najdłużej utrzymać uwagę użytkowników. Ich właścicielom zwyczajnie opłaca się, aby jak najwięcej osób szukało drugiej połówki, a nie ją znajdowało. Dlatego – jak zauważa Szlendak – poszukiwanie „tego jedynego” lub „tej jedynej” przybiera dziś formę shoppingu.
To nie ideologia singlizmu?
Człowiek pozostaje wolny, jednak jego wybory są dziś silnie warunkowane przez kulturę indywidualizmu. Od dzieciństwa, często nieświadomie, jesteśmy wychowywani w jej duchu. Mechanizmy, które pogłębiają ten problem, wpisane są w nasze konsumenckie nawyki, a nawet w działanie internetowych aplikacji.
Praźródłem nadmiernego indywidualizmu współczesnych młodych ludzi jest nie tyle ich odejście od Kościoła, ile zwątpienie w wizję człowieka przyjmowaną przez chrześcijaństwo.
W tej wizji człowiek jest istotą relacyjną, która w pełni konstytuuje się dopiero poprzez służbę drugiemu. Kultura zagłuszająca to naturalne pragnienie przekonuje nas, że dar z siebie jest czymś niebezpiecznym, a nawet przemocowym.
Nie jest to jedynie mój wniosek. Małgorzata Jacyno w książce Kultura indywidualizmu już niemal dwadzieścia lat temu zwróciła uwagę, że chrześcijański model kultury ustąpił miejsca radykalnemu urynkowieniu człowieka.
Książkę kończy następującą refleksją: „Abraham umiera syty życia, nowoczesny człowiek umiera nim zmęczony. Wraz z wygasaniem religijnego motywu uporządkowanego i zdyscyplinowanego życia, krótka pielgrzymka, jaką jest ludzkie istnienie, zmieniła się w interes. A przedsiębiorca może być jedynie zmęczony robieniem interesów”.
Nie ma „ja”, jesteśmy „my”
W oficjalnym podcaście promującym serial „Kiedy Ślub” dowiadujemy się, że Wanda i Tosiek tworzą typowy „związek symbiotyczny”. Marta Niedźwiecka, psycholog i sex coach (cokolwiek to dokładnie znaczy), wyjaśnia, że jest to rodzaj niezdrowej relacji, w której partnerzy są tak ze sobą zżyci, że postrzegają siebie jak jedno ciało. Bohaterowie serialu przekroczyli granicę własnej tożsamości, dlatego nie byli szczęśliwi – zawsze myśleli w kategoriach „my”, nigdy „ja”.
Kilka lat temu, gdy razem z żoną (wówczas jeszcze narzeczoną) uczestniczyliśmy w naukach przedślubnych w jednym z krakowskich kościołów, usłyszeliśmy od prowadzącego księdza, że sakrament małżeństwa jest momentem, w którym tracimy dotychczasowe życie i rodzimy się do nowego.
Ideałem miłości chrześcijańskiej jest oddawanie siebie dla drugiego. Ten obowiązek dotyczy w najwyższym i najintensywniejszym stopniu właśnie małżeństwa – odtąd mamy myśleć o sobie jak o jednym, a nie jak o dwóch niezależnych jednostkach.
Okazuje się więc, że ideał małżeństwa przedstawiany przez Kościół we współczesnej psychologii jest uznawany za jednostkę chorobową. Chrześcijaństwo staje się dla psychologów siedliskiem relacyjnych patologii.
Pojawia się jednak pytanie: co tu jest naprawdę patologią? Może nie chrześcijaństwo, lecz sposób, w jaki psychologia interpretuje relacje? Zdaniem Marty Niedźwieckiej dobry związek to nie tyle związek, co luźny kontrakt, w którym obie strony zachowują przede wszystkim autonomię, a tylko część życia projektują wspólnie.
Patrząc na współczesne „relacyjne złomowiska”, to właśnie takie indywidualistyczne podejście potrzebuje terapii – najlepiej chrześcijańskiej.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.
