Potrzebujemy scalić pokawałkowaną rzeczywistość w jedną opowieść. Nadzieją katolicyzm
Potrzebujemy ponownego zaczarowania świata. Scalenia naszej pokawałkowanej rzeczywistości w jedną sensowną opowieść. Połączenia małych prywatnych snów w jeden wielki sen zbiorowy. Człowiek wbrew profanującej rzeczywistości jest zwierzęciem metafizycznym. Potrzebuje mitu. Potrzebuje sacrum. Ale dlaczego właśnie katolickiego?
Esej pochodzi z najnowszego numeru Pressji zatytułowanego „Zaczarowany katolicyzm”. Cały numer w wersji elektronicznej pobierzesz tutaj.
Życie jest snem
Pamiętacie wzruszający film Roberta Benigniego pt. Życie jest piękne? Główny bohater, Guido Orefice, trafia wraz z żoną, wujem i synem do obozu koncentracyjnego. Guido próbuje zrobić wszystko, by nie pozwolić swojemu synowi doświadczyć brutalnej, nagiej rzeczywistości, w której się znaleźli. Ukrywa więc kilkuletniego Giosué w baraku przed niemieckimi żołnierzami oraz snuje przed nim następującą opowieść.
Otóż to, co dzieje się w obozie, jest tak naprawdę częścią wielkiej gry, której mieszkańcy obozu są uczestnikami. Do wygrania jest czołg. Niemieccy strażnicy tak naprawdę nikogo nie krzywdzą, lecz jedynie udają okrutnych. Wszystko jest zatem zainscenizowaną zabawą.
Obóz to nie miejsce, gdzie ludzka godność sprowadzana jest do zwierzęcej walki o przetrwanie i główną rolę odgrywają najgorsze ludzkie instynkty skutecznie dotąd trzymane w ryzach przez kulturę. W ten sposób Guido zaczarowuje brutalną rzeczywistość, ratuje umysł i duszę swego syna.
Przytaczam ten film nie bez przyczyny. Choć opisuje on ekstremalną rzeczywistość obozu koncentracyjnego, to oddaje też pewną uniwersalnie ważną zasadę: człowiek jest zwierzęciem metafizycznym. Potrzebuje opowieści, która nada mu sens wyższy aniżeli ten sprowadzony do materii, konsumpcji czy walki o przetrwanie.
Potrzebuje metafizycznego snu. Obrazowo ukazali to XX-wieczni psychoanalitycy, tacy jak Jacques Lacan czy jego przyjaciel Pierre Legendre. „Z psychoanalizy Lacana wynika w sposób oczywisty, że człowiek jest zwierzęciem metafizycznym. Żyje wśród wyobrażeniowych zjaw, otaczają go symboliczne widma. Dla Legendre’a sen i marzenia są podstawowym pokładem naszego istnienia społecznego” – pisze Wawrzyniec Rymkiewicz we wstępie do polskiego wydania Zbrodni kaprala Lortiego autorstwa Legendre’a.
Człowiek potrzebuje Symbolicznego, rzeczywistości, która niejako przykryje Realne. Symboliczne jest jak grany przez Begniniego Guido. Zarysowuje przed nami świat społecznej gry, snuje opowieść, która wskazuje wartości i cele. W końcu odpowiada na najbardziej fundamentalny z perspektywy egzystencji człowieka problem – jego śmiertelności.
Z kolei Realne nie jest tym, co brzmienie tego słowa mogłoby nam sugerować. Nie oznacza rzeczywistości potocznie rozumianej. W lacanowskiej terminologii bliżej mu do greckiego chaosu, materii pierwszej, pierwotnego niezróżnicowania, hobbesowskiego stanu natury. Jest jak obóz koncentracyjny z La vita è bella.
To sytuacja, gdy ludzka kultura nie funkcjonuje, lecz rządzą nią pozbawione jakichkolwiek hamulców popędy. Rzeczywistość rozumiana potocznie jest dopiero sumą porządków Realnego, Wyobrażeniowego – tego jaki obraz siebie, innych i świata nosimy w sobie – oraz porządku Symbolicznego.
Powiem więcej – to Symboliczne stanowi właściwą rzeczywistość, uporządkowany kosmos. Człowiek bowiem nie jest z natury dobry. Rodzi się jako kłębek popędów. Stan natury to stan chaosu – twierdzi Lacan. Człowiek potrzebuje kultury, zasad, wartości i mitu. Potrzebujemy Guida, który oderwie nas, „Giosuów”, z piekła Realnego. Potrzebujemy opowieści, która scali nas w całość i zaczaruje świat.
Genealogia sekularyzacji
Żyjemy w świecie odczarowanym. Teza ta wydaje się tak oczywista, że wręcz niewymagająca argumentacji. Kiedy właściwie zaczął się ów proces odczarowania? Kto jest winien? Niektórzy widzą jego przyczynę w zaszczepionym nam przez greckich filozofów – z Platonem i Arystotelesem na czele – racjonalizmie.
To oni jako jedni z pierwszych poszukiwali pewności opartej o dociekający prawdy rozum, nie zaś bezkrytyczne przyjmowanie odziedziczonych po przodkach mitów. Chcieli poszukiwać wiedzy pewnej. Nie prawdopodobnej i nie przekonującej retorycznymi sztuczkami. Szukali pewności. Logicznej konieczności.
Choć sami przy pomocy rozumu dosięgali Pierwszej Przyczyny rzeczywistości – Absolutu, który jest Umysłem i Logosem nadającym temu światu porządek i cel – to ich dalecy następcy mieli z tym poważny problem. Kartezjusz, Malebranche, Leibniz – oni wszyscy próbowali za pomocą samego tylko rozumu, bez odwoływania się do objawienia, a nawet empirii świata zewnętrznego, dosięgnąć Boga.
W ramach jednej wielkiej racjonalistycznej syntezy zamknąć w teorii zaprojektowany przez Niego mechanizm, jakim jest wszechświat. Problem w tym, że używali podobnych metod rzekomo mających gwarantować pewność i formułowali sprzeczne ze sobą tezy. Nieudane próby nowożytnych racjonalistów doprowadziły Immanuela Kanta do wniosku, że nie da się dosięgnąć Boga za pomocą rozumu.
Jego następcy, XIX-wieczni pozytywistyczni filozofowie, doprowadzili tę obsesję pewności do ostatecznych skutków. Stwierdzili, że racjonalnym jest tylko to, co można empirycznie zweryfikować, logicznie wydedukować bądź zmierzyć za pomocą matematycznych narzędzi.
Metafizyka to zdanie bez znaczenia, czcze gadanie, sen na jawie. Bóg został wygnany z przestrzeni wiedzy, zepchnięty do prywatnej sfery indywidualnego uczucia bądź przekonania. Skoro zaś jest kwestią prywatną, nie może być podstawą tego, co publiczne i wspólne.
Jak pisał Max Horkheimera, autor książki Krytyka rozumu instrumentalnego, równolegle do zmian w nauce i filozofii dokonywała się rewolucja w sferze społecznej. Rewolucja protestancka, wojny religijne w Europie, odkrycie nowego kontynentu.
Jedna zrozumiała i wspólna dla wszystkich wizja rzeczywistości zaczęła chwiać się w posadach. Jeżeli nie na religijnym micie, bo nie mamy zgody co do wspólnej teologii, to na czym oprzeć porządek „rzeczy wspólnych”?
Jak twierdzi Horkheimer, nowym religio, a więc tym, co wiąże, stały się zasady handlu. Rodzący się kapitalizm. Dlatego właśnie wylądowaliśmy w świecie, gdzie dziedzinę tego, co pewne i obiektywne, wyznacza to, co orzekają nauka i zasady rynku.
W jeszcze innej wersji winą za odczarowanie zostało obarczone samo chrześcijaństwo. Jak pokazuje na łamach niniejszej teki Piotr Kaszczyszyn, to właśnie wyznawcy Jezusa Chrystusa dokonali swoistej czystki w panteonie starożytnych bóstw. To chrześcijaństwo, jak pisze Tomasz Stawiszyński w Powrocie fatum, wyemancypowało człowieka spod władzy ruchu gwiazd i kaprysu bóstw.
Człowiek od momentu pojawienia się chrześcijaństwa nie musiał już więcej dusić się w klaustrofobicznym, zdeterminowanym przez moce niebieskie i duchy świecie. Suwerenem stał się transcendentny i jedyny Bóg. Człowiek odtąd miał podlegać tylko Jemu. W starożytny ciasny i zamknięty kosmos wpuszczono powietrze.
Jednocześnie chrześcijaństwo przechowało w swoim doktrynalnym łonie grecki racjonalizm. Prawo naturalne, arystotelesowską sylogistykę, przekonanie o możliwościach dociekań ludzkiego rozumu.
Zdaniem Johna Milbanka, jednego z najsłynniejszych teologów naszych czasów, dopóki sojusz wiary i rozumu był spajany przez chrześcijański platonizm, ten racjonalistyczny grecki komponent działał. Nie naruszał zaczarowanego obrazu świata poruszanego i podtrzymywanego w istnieniu przez miłującą świat Pierwszą Przyczynę.
W świetle chrześcijańskiego platonizmu – o czym szerzej pisze w niniejszym numerze Piotr Popiołek – natura jest ściśle powiązana ze swym stwórcą. Przyroda i człowiek partycypują w boskim bycie – źródle wszelkiego bytu. Zatem świat zgodnie z arystotelesowską zasadą głoszącą, że poznać istotę rzeczy oznacza poznać jej przyczynę, może być zrozumiany tylko poprzez odniesienie do swego Stwórcy.
Według Milbanka ten obraz świata został naruszony przez filozofię bł. Jana Dunsa Szkota. Jego teoria jednoznaczności bytu sprawiła, że Bóg zaczął być traktowany jako jeden spośród wielu bytów. Skoro być bytem oznacza dla każdej istoty – czy to Boga, czy człowieka – to samo, to jak na gruncie metafizyki opisać zależność stworzenia od Stwórcy?
Do tej pory bytem we właściwym sensie był tylko Absolut. Wszystko inne, co istniało, swoje bycie zawdzięczało partycypacji w źródle istnienia. Ta metafizyczna więź została więc (przez skądinąd pobożnego franciszkanina) naruszona.
Gwoździem do trumny – zdaniem Milbanka – była wypracowana w XVI w. teoria natura pura (czystej natury). Głosiła ona (w pewnym uproszczeniu), że istnieją dwa rozdzielne porządki – naturalny i nadprzyrodzony. W tym ujęciu działanie Boga zaczęto traktować jako coś nadzwyczajnego, zaś świat natury stał się przestrzenią rządzącą się autonomicznymi względem świata niebiańskiego prawami.
To właśnie koncepcja natura pura miała stać się podstawą całkowicie świeckich nauk badających rzeczywistość bez odniesienia do Boga. Jeżeli te dwa porządki są rozdzielne, nie ma już potrzeby odnoszenia świata do transcendencji. I tak znaleźliśmy się w momencie, w którym hipoteza Boga nie jest nauce do niczego potrzebna.
Tymczasem – zdaniem Milbanka – chrześcijańska ortodoksja doby ojców Kościoła twierdziła, że już samo stworzenie jest łaską. Świat ze swej natury kierunkuje się na łaskę i zjednoczenie z Bogiem. Łaska i natura przenikają się wzajemnie. Nie są tym samym, ale nie są też względem siebie autonomiczne.
Jeszcze gdzie indziej źródeł sekularyzacji upatruje Pierre Legendre. Francuski psychoanalityk, który równocześnie był znakomitym znawcą historii prawa rzymskiego i kanonicznego, twierdził, że źródło odczarowania tkwi w późnośredniowiecznej „rewolucji interpretatorów”. Był to czas intensywnej recepcji prawa rzymskiego do prawa kanonicznego i świeckiego, podczas którego uzasadnienie praw oderwało się od teologiczno-mitycznego podłoża wyobraźni ówczesnych społeczeństw.
„Umieszczenie poza prawem magii i innych praktyk sprzecznych z chrześcijańskim Rozumem, pojawienie się pojęć faktu i dowodu opartego na faktach, ale także powstała na podwalinach rzymskiego racjonalizmu koncepcja uniwersalnej jurysdykcji – wszystko to prowadziło do przesunięcia problematyki Trzeciego-gwaranta poza teologię, w strefę prawa coraz bardziej autonomizującego, to znaczy w stronę obiektywistycznego i stechnicyzowanego dyskursu, który dokonuje instrumentalizacji normatywności.
Napór mechanicystycznych doktryn regulacji społecznej, z jakim mamy do czynienia w XX wieku, lokujących się ponad hermeneutyką Tekstu i walczących o meta-naukę, jest ostatnim awatarem historii, która zaczęła się w XII wieku” – pisze Legendre.
Tymczasem według Legendre’a szukanie uzasadnień dla porządku prawnego bez odniesienia do mitycznej opowieści to błąd. Psychoanaliza dobitnie wykazała, że człowiek nie jest istotą racjonalną w nowożytnym sensie tego słowa.
Klucz do zrozumienia jego natury tkwi w półmroku nieświadomości. Prawdę o sensie prawa, uzasadnienie kształtu porządku społecznego i w końcu odpowiedź na problem ludzkiej śmiertelności można wyrazić tylko za pomocą mitów, teatralnych sztuczek i religijnych rytuałów.
Normatywny self-service nie działa
Według Legendre’a żyjemy w świecie bez wspólnego mitu, w którym każdy z nas uprawia normatywny self-service. Tworzymy swoje własne opowieści o świecie, które mają odpowiadać – jak pisze Byung-Chul Han – ideałowi autentycznego życia i samorealizacji. Czy to źle? Czy gdy możemy w zgodzie z sercem kształtować swą własną opowieść, nie jesteśmy szczęśliwsi?
Zdaniem Byung-Chul Hana jest zupełnie na odwrót. Świat odczarowany doprowadził do skarlenia ludzkiej egzystencji. Wszystko jest podporządkowane reżimowi pracy. Nieustannie się produkujemy – czy to w korporacji, w której pracujemy, czy to wrzucając relację na Instagrama, czy to odpoczywając w niedzielę, by w poniedziałek być wystarczająco wydajnym w pracy.
Profanacja zdaniem Hana to przede wszystkim życie w logice użyteczności. Wszystko musi być po coś, tj. mieć przełożenie na wymierne, policzalne efekty. W takim świecie działania autoteliczne, takie jak kontemplacja, zabawa i gra, są podejrzane. Medytacje Zen i wyjazdy z pracy na gry terenowe mają sens, o ile służą większej wydajności w pracy.
A co z ideałem autentyczności i samorealizacji? Wszakże to umożliwienie człowiekowi bycia panem i twórcą własnego życia miało być największym bonusem profanacji rzeczywistości. „Autentyczność jest neoliberalną formą produkcji. Człowiek dobrowolnie wyzyskuje samego siebie w przekonaniu, że się realizuje. Za pomocą kultu autentyczności neoliberalny reżim przywłaszcza sobie osobę i czyni z niej miejsce coraz wydajniejszej produkcji” – pisze Han w tekście Przymus autentyczności.
Samorealizacja jest narzędziem wyzysku? „Podmiot osiągnięć jest wolny od zewnętrznej instancji władzy, która zmuszałaby go do pracy czy wyzyskiwania. Jest panem i władcą samego siebie. W tym sensie nie jest podporządkowany nikomu lub też nikomu poza sobą […].
Zniknięcie instancji władzy nie prowadzi jednak do wolności, powoduje raczej stopienie się wolności i przymusu. Tak podmiot osiągnięć ulega wolności przymuszającej lub też wolnemu przymusowi maksymalizacji osiągnięć. Nadmiar pracy i osiągnięć przeradza się w samowyzysk. […]
Podmiot osiągnięć jest w stanie wojny z samym sobą. Chory na depresję to inwalida tej wewnętrznej wojny. Depresja jest chorobą społeczeństwa cierpiącego na nadmiar pozytywności. Jest lustrzanym odbiciem ludzkości, która toczy wojnę sama ze sobą” – pisze Byung-Chul Han w tekście Społeczeństwo osiągnięć.
Normatywny self-service nie działa. Społeczeństwa się atomizują. Poziom samotności wzrasta. Wspólnoty erodują. Mit samorealizacji jest wykorzystywany przez rządzące naszą wyobraźnią za pomocą algorytmów sztucznej inteligencji korporacje do modelowania naszych pragnień na obraz i podobieństwo potrzeb rynku.
Mieliśmy być wolni, a jesteśmy wypaleni. Nasze życie kręci się wokół pracy. Co najważniejsze, nasze mitotwórcze majsterkowanie nie jest w stanie poradzić sobie z najistotniejszym dla naszego życia faktem, jakim jest horyzont nieuchronnej śmierci.
„Społeczeństwo produkcji zdominowane jest przez strach przed śmiercią. […] Życie, które podporządkowuje się dyktatowi zdrowia, optymalizacji i wydajności, upodabnia się do przetrwania. Brak mu wszelkiego blasku, wszelkiej suwerenności, wszelkiej intensywności. Bardzo trafnie ujął to rzymski satyryk Juwenalis: «Et propter vitam vivendi perdere causas: Porzucić sens życia, aby pozostać przy życiu»” – pisze Han w tekście Gra o życie i śmierć.
„Nowoczesny racjonalizm uznający, że źródłem prawa jest tu i teraz obecna jednostka, odcinający człowieka od Tradycji i odzierający go z Rytuałów – okaże się, ukrytym pod maską rozumności, obłędem, Główna obietnica Nowoczesności, uzyskanie absolutnej władzy nad Logosem, jest – w perspektywie psychoanalitycznej – próbą przejścia na stronę Innego absolutnego.
Sensem Nowoczesności jest zatem rezygnacja z kondycji syna, to zaś w sposób konieczny musi prowadzić do szaleństwa. Europa, taka jest diagnoza Legendre’a, pogrąża się w psychozie” – pisze z kolei Wawrzyniec Rymkiewicz we wstępie do Zbrodni kaprala Lortiego. Jest to, jak sądzę, najlepsze podsumowanie procesu odczarowania świata.
Chrześcijaństwo wróci do gry?
We współczesnej kulturze gdzieniegdzie zaczynają pojawiać się tezy o potrzebie ponownego zaczarowania świata. Najlepszym tego przykładem jest twórczość przywoływanego już Byung-Chul Hana.
„Rytuały i ceremonie to prawdziwie ludzkie działania, które sprawiają, że życie wydaje się odświętne i pełne czaru. Ich zniknięcie bezcześci, profanuje życie w przeżycie, czyste przetrwanie. Można by zatem oczekiwać, że od ponownego zaczarowania świata wyszłaby uzdrawiająca moc, remedium przeciwko zbiorowemu narcyzmowi” – pisze Han w zbiorze Duch nadziei i inne eseje.
„Praca, która należy do sfery profanum, izoluje i odosabnia ludzi, podczas gdy święto ich gromadzi i jednoczy” – dodaje w tekście Święto i religia. Filozof wzywa nas, byśmy we współczesnym świecie szukali miejsca dla wspólnototwórczego sacrum.
Miejsca dla opowieści, która jednoczy i wyrywa nas ze skupionej na pracy i dbaniu o zdrowie codzienności, prowadzi ku działaniom bezużytecznym z perspektywy potrzeb rynku. Tylko zatapiając się we wspólnej opowieści o charakterze metafizycznym, możemy poczuć się znów wolni.
Widać więc, że w odczarowanym świecie powstała pewna wyrwa. Postmodernistyczny filozofowie dokonali i ciągle dokonują „odczarowania odczarowania”. Zdaniem Milbanka postmodernizm jest wielką szansą dla narracji religijnej, w tym chrześcijaństwa. Podważył on bowiem pretensję oświeceniowego i pozytywistycznego racjonalizmu do posiadania monopolu na prawdę.
„Dzięki pracy postmodernistów, którzy dekonstruowali poszczególne opowieści i zestawiali je z innymi sposobami postrzegania świata, wiemy, że oświeceniowa narracja o świecie jest jedynie interpretacją rzeczywistości, a nie nią samą. Oświeceniowy mit postępu, jest, no właśnie – jedynie mitem, jednym spośród wielu mitów. Jego przyjęcie jest tak naprawdę kwestią wiary, a nie obiektywną koniecznością dziejową” – pisał Mateusz Kukla na łamach portalu Klubu Jagiellońskiego.
Zdaniem Milbanka chrześcijaństwo w postmodernistycznym królestwie narracji ma potencjał stać się metanarracją. Opowieścią, która jednoczy w sobie wszystkie inne opowieści – naukową, psychologiczną, rynkową itd.
Dlaczego to jednak chrześcijaństwo miałoby być tą opowieścią? Czemu nie islam, prawa człowieka, buddyzm, dyskurs postkolonialny albo ideologia woke? Co takiego wyróżnia chrześcijaństwo, czego nie mają inne narracje?
„Polityczna elastyczność Kościoła katolickiego jest rzeczywiście zadziwiająca” – pisał Carl Schmitt w eseju Rzymski katolicyzm i polityczna forma. „Kościół z jednej strony dbał o to, by w europejskich monarchiach zachowano związek między tronem i ołtarzem, a jednocześnie potrafił z przekonaniem stanąć w obronie demokracji w chłopskich kantonach Szwajcarii i w Północnej Ameryce” – tak na gruncie polityki słynny niemiecki jurysta opisuje zadziwiającą zdolność katolicyzmu do godzenia pozornie sprzecznych ze sobą narracji.
Zdaniem Schmitta katolicyzm stanowi complexio oppositorum. Jedność przeciwieństw. Nie ma drugiej takiej idei na świecie, takiej organizacji, która z równą skutecznością zachowywałaby w sobie rzeczy na pozór wykluczające się i sprzeczne.
Nie jest to jednak jedność heglowskiej dialektyki, gdzie teza ściera się z antytezą i tworzy syntezę, a jednocześnie znosi to, z czego powstała. Nie, katolicyzm nie znosi poszczególnych narracji. On je harmonizuje.
„Trudno pojąć, jak to możliwe, że pobożnym katolikiem mógł być zarówno surowy filozof autorytarnej dyktatury, hiszpański dyplomata Donoso Cortes, jak i Padraic Pearse, buntownik, który w swej franciszkańskiej, bezgranicznej dobroci poświęcił się dla biednego irlandzkiego narodu, i któremu nieobce były kontakty z syndykalistami.
Również z teologicznego z punktu widzenia katolicyzm stanowi complexio oppositorum. Stary i Nowy Testament są w takim samym stopniu ważne. «Albo-albo» Marciona znajduje tutaj odpowiedź w «zarówno-jak i».
W nauce o Trójcy Świętej żydowski monoteizm oraz absolutna transcendencja zostają wzbogacone o tak liczne przykłady boskiej immanencji, że niektóre formy pośrednictwa stają się w katolicyzmie dopuszczalne. Kult, jakim Kościół katolicki otaczał Świętych, spotkał się z uznaniem francuskich ateistów i niemieckich metafizyków, którzy w XIX wieku ponownie odkryli politeizm […].
Godzenie przeciwieństw sięga najgłębszych społecznych i psychologicznych motywów i wyobrażenia człowieka. Papież nosi imię ojca, Kościół jest matką wiernych i zarazem oblubienicą Chrystusa – jest to wspaniałe powiązanie patriarchalizmu z matriarchalizmem” – pisał Schmitt.
Do podobnych wniosków dochodzą również współcześni myśliciele. Tomasz Stawiszyński w Powrocie Fatum pisze tak: „Chrześcijaństwo jawi się jako najbardziej kompletna, najbardziej rozbudowana spośród dostępnych dzisiaj odpowiedź na nieodłączny tragizm ludzkiego życia […], jest odpowiedzią na tragizm, ale odpowiedzią, która tragizmu nie pudruje, nie odkształca, nie obiecuje, że się tu i teraz uda go zniwelować. Jest odpowiedzią, która nie tylko nie unieważnia pytania, lecz przeciwnie – podkreśla jego adekwatność”.
Balans między nauką i wiarą, mitem a racjonalizmem, pewnością a tajemnicą, boskością a stworzeniem znajduje w rezerwuarze katolickiej doktryny ostateczną realizację. „Natura oznacza dziś dla nas jaskrawe przeciwieństwo mechanicznego świata wielkich miast, które przez swoje żelbetowe i szklane konstrukcje upodabnia się do fantastycznych wizji kubistów. Antytezę dla świata techniki stanowi dzika, nieskażona przez żadną cywilizację, barbarzyńska natura – rezerwat, do którego «człowiek ze swym cierpieniem nie ma wstępu».
Rzymskokatolickiemu pojęciu natury obce jest takie rozdzielenie na racjonalistyczny, owładnięty techniką świat ludzkiej pracy i na romantyczną nieskażoną naturę […]. Natura nie stanowi dla nich [tj. katolików – przyp. C.B.] przeciwieństwo sztuki czy, ludzkiej działalności ani też rozumu uczucia czy serca, lecz uosabia ludzką pracę i organiczny wzrost” – czyż ten fragment Rzymskiego katolicyzmu i politycznej formy nie jest szczególnie aktualny w kontekście dyskusji o katastrofie klimatycznej i zielonej transformacji?
Potrzebujemy zaczarowanego katolicyzmu
Potrzebujemy dziś zaczarowanego katolicyzmu. Opowieści, która pojedna naturę z techniką, mit z racjonalnością, teologię z nauką. Takiego spojrzenia na rzeczywistość, w którym przyroda nie jest ani Gają, Matką-Ziemią, która chce nas ukarać za wykroczenia nowożytności, ani przedmiotem użycia, wyzysku i konsumpcji.
Potrzebujemy katolicyzmu, który widzi naturę jako żywą ikonę odbijającą w sobie doskonałość jej Stwórcy. Takiego, w którym człowiek pamięta, że jest za tę naturę odpowiedzialny i prowadzi ją niejako – jak dobry pasterz – ku przebóstwieniu w Dniu Ostatecznym.
Potrzebujemy katolicyzmu rytualnego, niedopowiedzianego, niewykładającego wprost zasobów swej tajemnicy. Katolicyzmu, który idzie pod prąd pornograficznej w swej istocie kulturze transparencji i autentyczności.
W końcu potrzebujemy katolicyzmu neoplatońskiego, takiego, w którym wszystko jest zależne w istnieniu od swego Stwórcy. Katolicyzmu, który przedstawia świat, w którym pomiędzy nami a naszym Bogiem istnieje cały łańcuch łączących nas z nim bytów – Tronów, Zwierzchności i Panowań. Potrzebujemy katolicyzmu kontemplacji oraz bezinteresownego i niezawłaszczającego patrzenia.
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych.
Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o zachowanie informacji o finansowaniu artykułu oraz podanie linku do naszej strony.
