Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Lewica walczy o przetrwanie, nie o władzę. Czarzasty blokuje rozwój, reszta się kłóci

przeczytanie zajmie 15 min
Lewica walczy o przetrwanie, nie o władzę. Czarzasty blokuje rozwój, reszta się kłóci Autor ilustracji: Bruno Dziadkiewicz

Nowa Lewica i Razem funkcjonują dziś w cieniu dominującego duopolu PO–PiS, który skutecznie ogranicza ich pole manewru. Zdaniem Tomasza Markiewki ani przywództwo Włodzimierza Czarzastego, ani strategia obrana przez środowisko Adriana Zandberga nie dają jasnej odpowiedzi na pytanie, jak wyjść z politycznego klinczu. Lewica – zamiast realnie się wzmacniać – balansuje między walką o przetrwanie a ryzykiem utraty własnej tożsamości.

Nowa Lewica mówi, że jest najsilniejsza od dwóch dekad. Cieszysz się?

To bardzo śmiałe stwierdzenie. Paradoksalnie coś w tym jest, bo dwie dekady temu Sojusz Lewicy Demokratycznej oddawał władzę i nigdy później nie miał szerokiego poparcia. Tyle tylko, że dzisiejsza radość przypomina emocje trzecioligowego zespołu, który ledwo co załapał się na awans do drugiej ligi. Ciągle przecież Włodzimierz Czarzasty nie może być pewnym wejścia swojej formacji do Sejmu w kolejnej kadencji.

No ale mają stanowisko drugiej osoby w państwie.

Tylko kogo to właściwie obchodzi? To niemalże tytuł honorowy, który nie wiąże się z żadną realną władzą. Nie sądzę, żeby to stanowisko miało znaczenie dla potencjalnych wyborców. Szymon Hołownia również był marszałkiem Sejmu i okres, w którym sprawował ten urząd, był jednocześnie czasem, gdy poparcie jego ugrupowania szybowało w dół.

Czarzasty zapowiedział stosowanie „marszałkowskiego weta” wobec projektów Karola Nawrockiego. Nowa Lewica uważa, że jest to element sprawczości.

Rola bycia w opozycji do prezydenta jest już dobrze zagospodarowana przez Koalicję Obywatelską. To partia Donalda Tuska najmocniej korzysta na antypisowskiej emocji, bo to wyborcy tej partii najintensywniej ją żywią.

Są badania, z których wynika, że wyborcy Czarzastego nie odstają od elektoratu KO.

To prawda, ale jeśli w wyborach za dwa lata dla danego wyborcy głównym kryterium głosowania będzie potencjał do zatrzymania powrotu prawicy do władzy, to i tak wybierze partię Tuska. Nie sądzę, że fakt blokowania ustaw Nawrockiego przez Czarzastego coś tu zmieni.

Taka taktyka jest zatem ryzykowna, chociaż, prawdę mówiąc, nie ma bezpiecznej alternatywy. Każdy scenariusz, z którego może dziś skorzystać lewica, jest przynajmniej częściowo strzałem w ciemno.

Czyli stawiasz tezę, że Czarzasty nie wzmacnia lewicy?

Jako lider na pewno nie wzmacnia swojej formacji. Jak to jest, że szefem Nowej Lewicy – partii, która jakiś czas temu chciała definiować się jako ugrupowanie młodych kobiet – jest starszy pan? Konfederacja jest pod tym względem spójna – młodzi mężczyźni mówią do młodych mężczyzn.

W polityce taka integralność liczy się bardziej niż programy wyborcze, bo nie oszukujmy się, że wyborcy masowo je czytają. Włodzimierz Czarzasty nie kojarzy się z przekazem kierowanym do młodych jako takich, a do młodych kobiet w szczególności.

Aleksander Kwaśniewski na ostatnim kongresie Nowej Lewicy mówił, że to ugrupowanie powinno zagospodarowywać też post-PRL-owskich nostalgików.

Może przypomniały mu się czasy młodości (śmiech). To mała grupa. Z kolei emeryci jako tacy są już w PiS-ie, wiedzeni 13-stą i 14-stą emeryturą, albo w KO. Starsi wyborcy są co do zasady mniej skłonni do zmiany zdania, więc skoro głosują na duopol, to prawdopodobnie dalej będą to czynić.

Jeśli ma się małe poparcie, to logicznym wydawałoby się zwrócenie do młodych, bo ich najłatwiej namówić do zmiany zdania i przerzucenia głosu z umownego Sławomira Mentzena i na umownego Adriana Zandberga.

W ogóle odczuwam deja vu, gdy widzę ten spór.

Dlaczego?

15 lat temu mieliśmy identyczną dyskusję o zmianie pokoleniowej na lewicy. Wtedy w roli dzisiejszej Agnieszki Dziemianowicz-Bąk występowali Wojciech Olejniczak i Grzegorz Napieralski. Też się wówczas wydawało, że zmiana jest już blisko, że zaraz nastąpi, po czym stara gwardia SLD wracała i następował reset do stanu wyjściowego.

Dziś mamy podobną sytuację. Magdalena Biejat, oficjalnie będąca poza Nową Lewicą, była kandydatką tej partii na prezydenta, Włodzimierz Czarzasty miał już nie kandydować na szefa partii, a jednak okazało się, że wraca, razem z towarzystwem kojarzącym się ze starym SLD jak Marek Siwiec. Zastanawiam się, ile razy można powtarzać taki teatr, bo za każdym razem jest to coraz bardziej niepoważne.

Jaki jest twoim zdaniem mechanizm tych powrotów?

W partii politycznej liczą się struktury i kontakty, a cała partia dziś nazywająca się Nowa Lewica tak naprawdę obudowana jest na pozostałościach po Sojuszu. Gdy przychodzi co do czego, to okazuje się, że to Czarzasty trzyma rękę na pieniądzach i jest w stanie, za pomocą kolegów z dawnych lat, przechylić szalę na swoją korzyść.

Ten mechanizm zresztą widzimy także w innych partiach. Platforma Obywatelska już kilkukrotnie miała być partią post-Tuskową, po czym następował reset. Podobnie w PiS-ie – ileż to już razy rozporządzano schedą po Jarosławie Kaczyńskim, a on wciąż rządzi tym ugrupowaniem. Nowa Lewica jest na tym samym kursie, tyle że ona walczy o wejście do Sejmu, a nie realne rządzenie.

Nie jest tak, że Nowa Lewica i tak do Sejmu wejdzie, bo jeśli nie samodzielnie, to na jednej liście z Tuskiem?

Pewnie taki jest plan, chociaż rzeczywistość zawsze jest bardziej skomplikowana niż takie pisane na papierze scenariusze. Słyszałem o scenariuszu, w którym Donald Tusk celowo zgadza się realizację części postulatów Nowej Lewicy, żeby wywindować sondaże tego ugrupowania, hodując sobie w ten sposób koalicjanta na parlament po wyborach w 2027 roku. Tuskowi byłoby o tyle na rękę, że jest to dużo wygodniejszy partner do współrządzenia niż potencjalnie Konfederacja.

Z perspektywy lewicy to pomysł o tyle niebezpieczny, że jedna lista to scenariusz na wprowadzenie ludzi do Sejmu, ale jednocześnie zwinięcie lewicowego sztandaru. Jak raz się wejdzie na jedną listę, to może się okazać, że nie ma już z niej wyjścia. Obawiam się tego już nawet nie przez wzgląd na lewicę, bo taki wariant zbliża nas do systemu dwupartyjnego.

To źle?

Uważam, że ten system jest destrukcyjny dla demokracji, bo zawęża pole wyboru i powoduje skrajną polaryzację, wynikającą z podziału społeczeństwa na dwie zwalczające się mega-grupy, pomiędzy którymi nie ma przepływów wyborców.

Nie mamy w Polsce funkcjonalnie takiego systemu? Przepływów nie ma, a scena polityczna dzieli się na blok prawicowy i antyprawicowy.

 Tyle że to na razie nieformalny podział. Pójście krok dalej, czyli powiedzenie sobie, że skoro mamy dwie mega-grupy wyborców, to nie udawajmy, że potrzebujemy więcej niż dwie partie, byłby trudny do cofnięcia. Dziś zawsze jest szansa, że pojawi się jakaś trzecia siła, która zaburzy tę logikę. Obecnie mamy z tym do czynienia – nie sądzę, żeby dało się w 2027 roku stworzyć stabilny rząd bez Konfederacji. A i z nią będzie problem, bo to bardzo trudny partner zarówno dla KO, jak i dla PiS.

Zresztą fakt, że w każdym cyklu wyborczym pojawia się „ten trzeci” – Hołownia, Mentzen czy nawet Braun – pokazuje, że jest w narodzie intuicyjny sprzeciw wobec podziału dwupartyjnego.

Chociaż moim zdaniem, żeby na trwałe uniknąć ryzyka osunięcia się naszego systemu w formalną dwupartyjność, musiałaby się zachwiać jedna z potęg duopolu. Kilka razy byliśmy już w takim momencie.

Kiedy?

Na przykład gdy w 2020 roku kandydatką na prezydenta z ramienia PO była Małgorzata Kidawa-Błońska, mająca podobnie jak jej partia fatalne notowania. Gdyby tamtej proces doprowadzono do końca, czyli Kidawa-Błońska faktycznie wystartowałaby w wyborach, to osłabiło PiS, bo w dużej mierze bazuje on na lęku przez Tuskiem.

Sądzę, że wówczas nastąpiłby efekt domina i otworzyłoby się miejsce na wiele różnych partii, także lewicowych. One również są zakładnikami tej dychotomii.

Nie masz poczucia absurdu podziałów na lewicy? Z jednej Partii Razem powstały trzy grupy: Drużyna Poli Matysiak, Wspólne Jutro i Razem.

Lewica zachowuje się jak w tych najbardziej popularnych stereotypach na jej temat, czyli że tam, gdzie dwoje lewicowców, tam trzy partie. I z jednej strony można by spojrzeć na to jako na pozytyw, tj. że Razem stworzyło nowe pokolenie lewicowych liderów, z którymi ci starsi muszą się liczyć. Nieprzypadkowo Nowa Lewica wystawiła Magdalenę Biejat w wyborach prezydenckich.

Pesymistyczny wniosek jest jednak taki, że to środowisko natychmiast się pokłóciło. Na dłuższą metę nie da się tego utrzymać, te siły muszą się zjednoczyć.

Albo dać się wchłonąć przez Czarzastego.

Jego moc do tego, by jednoczyć lewicę jest finalnie już chyba zbyt słaba. Jednocześnie żadna z sił post-razemowych nie ma wystarczającego elektoratu, by samodzielnie brać udział w poważnej rywalizacji, mimo że na Twitterze każdy ma swoich kibiców. Problem polega na tym, że trudno te siły uspójnić.

Cały ten podział wynika bowiem z tego, o czym już rozmawialiśmy – z funkcjonalnej dwublokowości. Trzeba się określić, kto jest mniejszym złem – PiS czy PO. Matysiak uważa, że PiS, Biejatowcy – że PO, a Zandberg – że nikt.

Nikt – łącznie ze mną – nie ma pomysłu na to, jak połączyć te środowiska w taki sposób, by na koniec nie stawać przed tym dylematem.

Nie tylko lewica przed nim staje. Przypomnijmy sobie, jaka krytyka ze strony własnych wyborców spotkała Sławomira Mentzena po tym, gdy poszedł na piwo z Radosławem Sikorskim. Niezależnie, co zrobisz, zostanie to uznane jako poparcie dla jednej ze stron duopolu.

Mentzen dziś próbuje pokazywać się jako ten, który potrafi gadać i z Kaczyńskim, i z Tuskiem.

To prawda, ale gdy przyjdzie do wyborów, to okaże się, że dłużej tak się nie da i trzeba zdecydować, z kim chcemy robić koalicję. Albo wkurzy antypisowców, albo antytuskowców. Pytanie o to, kto jest mniejszym złem, jest ostateczne w naszej polityce. Wszystkie spory sprowadzają się do niego.

Na lewicy trwa wobec tego pewien eksperyment, który sprowadza się do testowania, która logika – pójścia z Tuskiem czy wbrew Tuskowi – działa lepiej.

Jak oceniasz ich skuteczność?

Wydawało się, że wynik wyborów prezydenckich i zdecydowana przewaga Zandberga nad Biejat lub na odwrót powie nam coś więcej. Oba rezultaty były jednak zbliżone, więc trudno jednoznacznie stwierdzić, kto z tych polityków gra sensowniej. Dziś widzimy, że w niektórych sondażach partie lewicowe mają 6 proc., a w niektórych 4 proc.

Eksperyment ma jednak to do siebie, że trzeba go w pewnym momencie zakończyć i wyciągnąć jakieś wnioski. Dzisiejsze podziały na lewicy są nie do utrzymania, bo nie ma w Polsce takiego zapotrzebowania na ugrupowania lewicowe, nie ma tylu socjaldemokratycznych wyborców.

Dlaczego Nowa Lewica i Razem nie żywią się prawicowym zwrotem, którego najjaskrawszym przykładem była prezydencka kampania Rafała Trzaskowskiego?

Poniekąd się żywi, ale wracamy tu do wątku strachu przed PiS-em. Być może lewica stanowiłaby ciekawą alternatywę dla osób, które zawiodły się na Tusku ze względu na brak liberalizacji prawa aborcyjnego czy praw mniejszości.

Tyle tylko, że dokładnie ci sami ludzie zrobią sobie przed wyborami rachunek, kto wedle ich oceny daje wiarygodniejszą gwarancję tego, że prawica nie dojdzie do władzy. W oczywisty sposób okaże się, że tą formacją jest Koalicja Obywatelska. Gdyby kiedyś okazało się, że rzeczywistość się zmieniła i ten wniosek jest nieprawdziwy, być może Nowa Lewica zaczęłaby zyskiwać więcej na puszczaniu przez KO prawego oka do wyborców.

Może game changerem byłaby sytuacja, w której Tusk otwarcie powiedziałby, że chce stworzyć koalicję z libertariańską częścią Konfederacji? Wtedy okazałoby się, że lider KO chce współrządzić z ludźmi, których jego progresywni wyborcy uważają za skrajną prawicę.

Samą deklarację wyborcy jeszcze by przełknęli, chociaż i tak sądzę, że Tusk będzie jej unikał jak ognia do samego końca, zasłaniając się blefem, jakoby Koalicja Obywatelska miała rządzić samodzielnie.

Prawdziwym problemem byłoby faktyczne wejście w tę koalicję. Wówczas okazałoby się, że, mimo bajek o wspólnych poglądach na wolność gospodarczą, Tuska i Mentzena dzieli wiele spraw natury fundamentalnej, choćby stosunek do Unii Europejskiej. Myślę, że po kilku miesiącach takiego sojuszu Koalicja Obywatelska poważnie by osłabła.

Ale dla PiS-u Mentzen też byłby bardzo niewygodny, szczególnie pod względem gospodarczym. Możemy uważać, że PiS jest gotów sprzedać swoje społeczne oblicze, ale z drugiej strony Kaczyński musi utrzymywać poparcie emerytów, więc nie mógłby w zupełności zrezygnować z programów społecznych. Już prostszym koalicjantem dla Tuska byłaby Partia Razem.

Ona może być języczkiem u wagi?

To byłby z pewnością znacznie bardziej przewidywalny koalicjant. Po pierwsze, na polu strategiczno-międzynarodowym panowałaby co do zasady zgoda. Po drugie, wiadomo, jakie Razem stawiałoby warunki. Wbrew wyobrażeniu o roszczeniowości tej formacji, Zandbergowców zadowoliłyby stosunkowo niewielkie ustępstwa. Gdyby zapisano w umowie choćby delikatną progresję podatkową i zwiększenie nakładów na ochronę zdrowia, to dogadanie się z Razem nie byłoby trudne.

Jeszcze niedawno mówiłeś mi, że rolą Razem jest bycie lewicą metapolityczną, a dziś rozważamy wariant, w którym parlamentarzyści tej partii decydują o większości w Sejmie.

To prawda. Pozytywnie zaskoczył mnie wynik Zandberga w maju 2025 roku. Po raz pierwszy uwierzyłem, że Razem może samodzielnie przekroczyć próg i potencjalnie „ważyć”. Oczywiście może się okazać, że potencjalny deal z Koalicją Obywatelską doprowadzi do kolejnego podziału w Razem (śmiech). Z drugiej strony wygrana, choćby niewielka, łagodzi konflikty. A tego dziś lewica jak nigdy potrzebuje.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.