W roku 2025 skończył się liberalny progresywizm. 6 migawek z Polski, Europy i USA
W 2025 roku liberalny progresywizm stał się wydmuszką. W Polsce i na całym Zachodzie jego obrońcy porzucili dawne pryncypia, zaczynając naśladować populistów. Gdy w spolaryzowanym świecie obozy coraz mniej różnią się wartościami, konflikt staje się brutalniejszy i opiera się już nie na ideach, lecz na nienawiści „naszych” do „tamtych”.
1. Nowe szaty liberała
Najważniejszym wydarzeniem 2025 roku w krajowej polityce były oczywiście wybory prezydenckie. Główna partia rządząca wystawiła w nich, kolejny raz, uchodzącego za najbardziej progresywnego ze swych topowych polityków.
Rafał Trzaskowski próbował w kampanii odmienić swój wizerunek. Zmienił kurs o 180 stopni. Czerpał garściami z agendy lokalistycznej: patriotyzm gospodarczy, wsparcie prowincji i średnich miast, troska o wykluczonych młodych mężczyzn. „Unieważniał” Pakt Migracyjny i Europejski Zielony Ład. Pląsał do śpiewów kół gospodyń wiejskich. Zaprosił Stanowskiego, wypił piwo z Mentzenem.
Mnie na swój sposób Trzaskowski zaimponował. Porzucił wygodne, wielkomiejskie buty. Od lat sam powtarzałem, że liberałowie, by znów wygrywać, muszą wpierw zaakceptować poglądy polskiego centrum, a w Polsce centrum leży na centroprawicy.
Pałac Prezydencki AD 2025 zdał się liberałom – bodaj pierwszy raz w historii – wart mszy. Tymczasem bardziej konserwatywni Polacy, widząc nowe szaty prezydenta Warszawy, zakrzyknęli, że jest nagi. I zagłosowali na Karola Nawrockiego.
Czy inny, mniej progresywny kandydat, który nie musiałby korygować wizerunku w tak wielkim stopniu, podołałby wyzwaniu? Wykorzystałby szansę? Okazałby się bardziej wiarygodny? Nie wiem. Wiem, że Rafał Trzaskowski, a wraz z nim całe jego polityczne zaplecze, liberalną cnotę stracił, a rubelka władzy – nie zarobił.
2. Donald Musk z mieczykiem Chrobrego
To nie tylko strategia pojedynczego lidera walczącego o prezydenturę. Wszak premier Donald Tusk skonserwatywniał razem z Rafałem Trzaskowskim – choć być może z nieco większym autentyzmem.
Czegóż to w 2025 roku nie przeżyliśmy! Była reakcja na pierwsze tygodnie administracji Trumpa: Tusk niczym Elon Musk ogłosił priorytetem swego rządu deregulację. Jej wykonanie, również amerykańskim wzorcem, symbolicznie outsourcował na popularnego przedsiębiorcę. Było ogłoszenie epoki nacjonalizmu gospodarczego. Były biało-czerwone korony i dwukrotne proklamowanie Koalicji Obywatelskiej spadkobiercami Bolesława Chrobrego.
„Wybory prezydenckie w 2025 r. wygrał Roman Dmowski” – skomentował smsem mój znajomy rządowe uroczystości z okazji odzyskania Ziem Zachodnich. Mnie do pełni obrazu zabrakło jednak jednej sceny. Tej, w którem niczym Javier Milei czy Elon Musk polski premier zapowiadałby cięcie niepotrzebnych przepisów i nadmiernej biurokracji, ale zamiast wtórnej piły elektrycznej – machałby przed publiką swojskim, piastowskim Szczerbcem.
W wykonaniu premiera Tuska miniony rok to nie tylko podmiana symboli i punktów odniesienia na te z nurtu narodowo-libertariańskiego. Było też trochę poważnych krajowych i międzynarodowych deklaracji.
A to wspólny list liderów, w większości konserwatywnych, w sprawie zatrzymania europejskiej zielonej polityki uznawanej za „antysamochodową”. Wśród sygnatariuszy nie było nikogo na „lewo” od Tuska; znaleźli się za to Meloni, Fico i Orbán.
A to deklaracja dystansu względem decyzji Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej ws. uznania homoseksualnych paramałżeństw. A to, wreszcie, wywiad w brytyjskiej gazecie o „całkiem rozsądnym” scenariuszu wypowiedzenia Europejskiej Konwencji Praw Człowieka…
3. Prawa człowieka do poprawki
No właśnie, skoro już jesteśmy przy listach przywódców i Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, to pamiętajmy, że w Europie nikt Donalda Tuska nie ogra. Polski premier jak ryba w wodzie odnajduje się on w europejskim głównym nurcie, a czasem wręcz wyznacza mu kierunek. Inni przywódcy w mijającym roku podążali podobnymi do polskiego premiera ścieżkami.
Dziewięcioro z nich już w maju wystosowało list otwarty, w którym krytykowali nadmiernie rozszerzającą interpretację europejskiej konwencji i wzywali Europejski Trybunał Praw Człowieka do zmian w orzecznictwie, które w sprawie polityki azylowej odpowiedzą na oczekiwania państw członkowskich i narodowych demosów.
Choć list podpisali także przywódcy naszego regionu – obok Tuska byli to przedstawiciele Czech, Litwy, Łotwy, Estonii, Austrii i Belgii – to kluczowy był fakt, że zainicjowały go dwie zachodnioeuropejskie panie premier: prawicowa Giorgia Meloni z Włoch i lewicowa Mette Frederiksen z Danii.
Na marginesie odnotujmy, że przez Europę nie przetoczyła się wówczas fala oburzenia, że polityczni liderzy mają czelność naciskać na niezależny, międzynarodowy sąd i sugerować mu, w jaki sposób powinien interpretować międzynarodowe prawo.
Apel dziewięciorga nie odniósł z krótkiej perspektywie sukcesu, więc pod koniec roku dwoje przywódców postawiło „kropkę nad i”. Tym razem skład był już ideowo zharmonizowany: rzeczona już socjademokratka z Danii, premier Frederiksen, i jej lewicowy kolega, lider Partii Pracy, premier Wielkiej Brytanii Keir Stermer. We wspólnym artykule wezwali, by po prostu Europejską Konwencją Praw Człowieka zmienić.
Pod ostrzałem obojga premierów znalazły się dwa jej fragmenty: ten, który ogranicza możliwość deportacji i ten, który wiąże się z zakazem nieludzkiego traktowania. W opinii lewicowych szefów rządów – te prawa człowieka idą za daleko.
I tak po cichu zakończyła się powojenna epoka liberalnego prawnonaturalizmu. Opierała się ona na fundamentalnym założeniu. Otóż, prawa człowieka, niczym demokratyczne objawienie, odkryte zostały przez wstrząśnięte traumą totalitaryzmów zachodnie narody jako prawa niezbywalne, nienegocjowalne i przyrodzone. Dziś – okazują się nowelizowalnym prawem międzynarodowym, jak każde inne podlegające politycznym targom i dostosowaniu do okoliczności.
4. Od Merkel do Trumpa
Nic chyba nie oddaje lepiej kondycji starego kontynentu i nastrojów brukselskich elit, niż zerknięcie na doroczne zestawienia najpotężniejszych ludzi w Europie publikowane przez tutejszą ekspozyturę serwisu Politico. Tytuł przyznano po raz szósty i patrząc na nazwiska zwycięzców corocznej zabawy – doskonale widać w nim trend:
2021: Angela Merkel
2022: Mario Draghi
2023: Wołodymyr Zełeński
2024: Donald Tusk
2025: Giorgia Meloni
2026: Donald Trump
Wiele tu chyba nie trzeba dodawać.
5. Dostatek? W najlepszym razie po „republikańsku”
Bodaj najgłośniejszą książką polityczną roku po drugiej stronie Atlantyku było Abundance autorstwa prawdziwych gwiazd liberalnych mediów, Ezry Kleina i Dereka Thompsona. Zaczyna się jak typowa progresywna utopia: wizją zielonego, sprawiedliwego rozwoju. Ten fragment mógłby powstać równie dobrze dekadę czy dwie temu.
Wypełniałby nadzieje zachodnich elit wiązane z sukcesem Obamy lub pojawieniem się przywódców takich jak Macron czy Trudeau, postrzeganych na początku karier jako skuteczna odpowiedź na narastającą falę populizmu. Dalsza lektura książki dziennikarzy „The Atlantic” i „New York Timesa” uświadamia jednak, że w tej opowieści jest znacznie więcej z późnego Tuska.
Jaka droga wiedzie bowiem do ekologicznego postępu i tryumfu społecznej sprawiedliwości? Otóż ta wyznaczona, w wersji light, przez amerykańskim republikanów, a w wersji hard – przez azjatyckich nie-demokratów.
Głównym przesłaniem książki jest bowiem to, że zdobycze zielonej, zachodniej demokracji – od prośrodowiskowych regulacji, przez ochronę zagrożonych gatunków przy planowaniu inwestycji po litygację strategiczną i konsultacje z obywatelami – utrudniają postęp, w tym ten ekologiczny. Ba, autorzy uczciwie odnotowują, że nawet w wynalezieniu szczepionki na COVID kluczowa rola przypadła administracji Trumpa.
Aby osiągnąć tytułowy „dostatek”, a więc zrealizować upragnioną przez zachodnią lewicę utopię, nie ma innej drogi, niż podążać ścieżkami prawicy: deregulować prawo budowlane i procesy inwestycyjne, a co za tym idzie ignorować wszelkie traszki tego świata i stających w ich obronie lewackich oszołomów dla niepoznaki nazywających się lokalnymi aktywistami.
Na marginesie odnotujmy, że w Polsce książkę wydało wydawnictwo „Krytyki Politycznej” w serii sygnowanej we współpracy z ImpactCEE, poznańską imprezą polityczno-gospodarczą. Tyleż obecnie najbardziej postępową w Polsce, co i najskuteczniejszą w odczytywaniu „ducha czasów”.
6. Demokratyczne wybory, czyli pada ostatni bastion
Mało kto jeszcze chce pamiętać, że destrukcyjna narracja „ukradzionych wyborów”, która zaprowadziła 6 stycznia 2021 na Kapitol armię Człowieka-Bizona, miała swój liberalny pierwowzór. Wcześniej to właśnie Trump miał de facto „ukraść” wybory – przez ingerencje w proces wyborczy zarówno Rosjan, jak i niesławnej Cambridge Analytica. I tutaj, jak się zdaje, liberalni progresywiści pozazdrościli tzw. populistom wyobrażonej skuteczności.
Choć wybory prezydenckie w Rumunii unieważniono jeszcze w 2024 roku, to już w 2025 wykluczono z udziału w ich kolejnej odsłonie zwycięzcę pierwszego głosowania. Z dziennikarskiego śledztwa portalu snoop.ro dowiedzieliśmy się zaś, że proces lansowania w mediach społecznościowych groteskowego, prorosyjskiego Călina Georgescu zainicjowała i finansowała, w ramach taktycznej kalkulacji, centrowa rumuńska partia rządząca zrzeszona wpierw w liberalno-demokratycznej ALDE, a od 2014 – we frakcji Europejskiej Partii Ludowej.
Biorąc pod uwagę również tegoroczne wykluczenie z procesu wyborczego kandydatki do francuskiej prezydentury Marine Le Pen wydaje się, że mimo amerykańskich niepowodzeń w zakresie uniemożliwienia reelekcji Donalda Trumpa próby eliminowania drogą sądową niewygodnych konkurentów staje się nową, liberalną normalnością. Podobnie jak zewnętrzne ingerencje w procesu wyborcze.
W Polsce na szczęście nikt jeszcze nie próbował skutecznie odmówić Karolowi Nawrockiemu biernego prawa wyborczego. Ograniczono się do decyzji o odebraniu finansowania – wbrew decyzjom Sądu Najwyższego i Państwowej Komisji Wyborczej – stojącej za nim głównej partii opozycyjnej.
W samej kampanii prezydenckiej obserwowaliśmy zaś nielegalne, zagraniczne zaangażowanie na rzecz Rafała Trzaskowskiego w mediach społecznościowych. Znów nie byli to Rosjanie, ale jak informowały portale Wirtualnej Polski i Oko.press tropy wiodły do… amerykańskich firm wspierających Partię Demokratyczną, dawnych sztabowców Baracka Obamy, zaangażowanych w ostatnich latach choćby we wspieranie węgierskiej „demokratycznej opozycji” względem Viktora Orbana. Ot, każde z globalnych plemion ma dziś swoją Cambridge Analitycę.
To nie prawicowe schadenfreude
Migawki możnaby mnożyć: od krajowego podwórka (zapomniana agenda proaborcyjnej zmiany prawa; „zgniły” z perspektywy lewicy kompromis ws. statusu osoby najbliższej etc.) po przykłady najbardziej globalistyczne: zawieszenie przez międzynarodowe korporacje doktryny Diversity, Equity, Inclusion; symboliczna „Cannosa” Marka Zuckerberga; wezwanie przez Billa Gatesa COP30 do klimatycznego „strategicznego zwrotu”; wreszcie symboliczna kolejka niedawnych progresywistów z Doliny Krzemowej do złożenia hołdu Trumpowi.
Sądzę jednak, że powyższa lista wystarczy, by oddać ducha mijającego roku. Liberalny progresywizm się skończył. Dotychczasowi obrońcy tzw. postępowych wartości i demokratycznego ładu porzucili dawne pryncypia i zaczęli naśladować swoich najzacieklejszych wrogów – populistów.
Ktoś mógłby uznać, że na konserwatywnych łamach ta ewolucja zachodniego mainstreamu wywoła radość: z odrzucenia niszczących Europę radykalizmów polityki ekologicznej i migracyjnej czy z tytułu obnażenia liberalnej hipokryzji.
Niestety, przestrzec muszę przed prawicowym schadenfreude. Obserwowana zmiana to nie ideowa korekta kursu na bardziej racjonalny, ale mroczny tryumf postpolityki. Jakkolwiek z liberalnym progresywizmem należało polemizować, to zastąpienie dotychczasowych pryncypiów aksjologicznych wyborczą kalkulacją w duchu „ratujmy co się da” musi niepokoić. Zmienia politykę w konfrontację wydmuszek. Ta postmodernistyczna maskarada zmienia na gorsze także prawicę.
Ostatecznie deklaratywny gospodarczy liberał ogłaszający epokę nacjonalizmu gospodarczego niespecjalnie różni się od polityka witającego publikę swojskim „Szczęść Boże”, by za moment przytulić do piersi – bynajmniej nie z chrześcijańskich pobudek – pato-streamerów deklarujących „s*anie na Biblię, bo jest żydowskim g*wnem”.
Porzucanie odwiecznych wartości to choroba dzisiejszej polityki. Dotyka w podobnym stopniu nową, alternatywną prawicę, co dotychczasowy liberalny mainstream odrzucający swe oświeceniowe pryncypia w imię „zdrowego rozsądku”.
Gdy zaś w spolaryzowanym świecie wrogie obozy stają się coraz trudniejsze do rozróżnienia, to walka pomiędzy nimi będzie stawać się jeszcze bardziej brutalna. Skoro przestają odróżniać nas wartości, politycy za wszelką cenę będą chcieli rysować linie podziału inaczej: nienawiścią „naszych” do „tamtych”.
Republikańska agora, na której mogliśmy się spierać o idee i pryncypia, ustępować będzie coraz szybciej miejsca konfrontacjom rodem z gali freak-fightowej, na której konkurentowi należy obić mordę, ale przede wszystkim – maksymalizować oglądalność i toksyczne zaangażowanie w mediach społecznościowych.
Bez przywrócenia w polityce prymatu wartościom, ideom konsekwencji, a wypowiadanym słowom znaczenia – nie zatrzymamy tego szaleństwa, lecz sami staniemy się wcześniej czy później jego ofiarami.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.