Przekroczyć lewicowy i prawicowy liberalizm. Donald Trump to taran, obalający porządek
J.D Vance w jednym ze swoich pierwszych wywiadów politycznych powiedział, że wojna kulturowa stała się również wojną klasową. Z tej diagnozy dotyczącej ostatnich dekad historii Stanów Zjednoczonych można wyciągnąć podstawowe założenia filozofii politycznej, którą podziela większość pro-trumpowskich intelektualistów z obozu narodowo-konserwatywnego.
Artykuł w pierwotnej formie ukazał się w czeskim tygodniku Echo. Tytuł i lead pochodzą od redakcji klubjagiellonski.pl.
Filozofia polityczna amerykańskiej nowej prawicy
Narodowa Strategia Bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych wywołała burzę w całej Europie przede wszystkim z uwagi na fragmenty dotyczące polityki USA wobec naszego kontynentu. Dla wielu z tych, którzy MAGA kojarzą głównie z „rednekami z Alabamy” zaskoczeniem może być także filozoficzna spójność wiodącej narracji ruchu, która przebija się również z tego dokumentu, zwłaszcza z jego początkowych rozdziałów.
Dlaczego tak wiele miejsca w Narodowej Strategii Bezpieczeństwa zajmują dywagacje na temat „odbudowy potencjału przemysłowego”, „wsparcia dla amerykańskiego robotnika” i nacisk na „odrodzenie amerykańskiej tożsamości duchowej i kulturowej”?
Jak już kilka lat temu napisał w UnHerd James Billot, wbrew pozorom w MAGA znajdziemy wiele środowisk, w których jest „więcej mózgów, a mniej botoksu”. O ile próby wyjaśnienia fenomenu Trumpa przez liberalny mainstream kończą się najczęściej wycieczkami do sfery psychologii czy psychiatrii, James Pogue już w 2022 roku zwracał uwagę na „rozproszoną rodzinę dysydentów”, którzy tworzą wspólnie „laboratorium intelektualnych eksperymentów”, której trudno by szukać odpowiednika po drugiej stronie amerykańskiej barykady.
Na krawędzi katastrofy
Narodowa Strategia Bezpieczeństwa unaocznia podstawowe założenie filozofii polityki MAGA: polityka zagraniczna pozostaje wyłącznie pobocznym instrumentem dla osiągnięcia najważniejszego celu, którym jest wewnętrzna rekonstrukcja i powstrzymanie upadku amerykańskiej Republiki. To ratowaniu Stanów Zjednoczonych, które stoją na krawędzi cywilizacyjnej katastrofy, podporządkowane mają być wszystkie sfery działania nowe administracji.
Rozpad, Wyobcowana Ameryka, Złamana Republika, Ostatnie dni, Nowa Wojna Domowa – to przypadkowo wybrane spośród dziesiątków tytułów książki z ostatnich lat, które łączy przekonanie, że największa potęga świata znajduje się w punkcie zwrotnym.
Ta teza poparta jest socjologicznymi danymi. Dotyczą one gwałtownego wzrostu różnic między najbogatszymi a resztą społeczeństwa, zaniku klasy średniej, zastoju, a nawet spadku realnych wynagrodzeń większości społeczeństwa (w sytuacji rakietowego wzrostu bogactwa kilku promili najbogatszych), wzrostu liczby tzw. „zgonów z rozpaczy”, rozpadu więzi rodzinnych czy wreszcie faktu, że od lat dziewięćdziesiątych w „dolnej połowie” amerykańskiego społeczeństwa zaczęła zasadniczo spadać średnia długość życia.
Literacki obraz upadku amerykańskiej niższej klasy średniej przedstawił w swojej Elegii dla bidoków nieznany wówczas jeszcze J.D. Vance, dziś polityczny patron całego tego intelektualnego zgiełku.
Warianty narracji o upadku będą różne. Konserwatyści będą bardziej podkreślać załamanie spójności kulturowej – rozpadające się rodziny, wzrost patologii społecznych lub uzależnień od narkotyków. Lewica zaś mówi raczej o „pompie bogactwa” – systemie gospodarczym, który „daje bogatym jeszcze więcej, a biednym odbiera nawet to niewiele, co mają”.
Umiarkowani będą z kolei zwracać uwagę na zjawiska towarzyszące tym zmianom – rosnącą polaryzację polityczną, wzmacnianie się skrajności i „rozrzedzanie centrum”.
Patrick Deneen w wydanej w 2023 pod symbolicznym tytułem Regime Change (Zmiana Systemu), summie narodowo-konserwatywnej wersji narratywu upadku, podkreśla, że istotą rewolty jest całkowite odrzucenie sedna liberalnego projektu, jakim jest realizowana poprzez serię emancypacji idea postępu.
Jednostka ma zostać wyzwolona spod ograniczeń społecznych, jakie nakłada rodzina, Kościół, lokalna społeczność, oraz od ograniczeń ekonomicznych, aby zmaksymalizować jej możliwości wyboru. Rządy Demokratów i Republikanów przez dziesięciolecia różniły się jedynie tym, którą część emancypacyjnego równania traktowały priorytetowo. Deneen bez wahania wrzuca je do jednego worka i nazywa po prostu „lewicowymi i prawicowymi liberałami”.
Podczas gdy u źródeł liberalnego projektu jego wrogiem były uprzywilejowane warstwy społeczne, arystokracja i duchowieństwo, obecnie jest nim demos, którego „uprzedzenia i instynktowny konserwatyzm” blokują nieustanny proces wyzwalania jednostki i burzenia wszelkich granic – zarówno ekonomicznych, jak i społecznych.
Lekarstwem na strach i dezorientację „zwykłego Amerykanina”, które nieuchronnie musiało wywołać burzenie poszczególnych barier starego świata, miał być niekończący się wzrost dobrobytu – rekompensata za utracone pewniki. Jednak w momencie, gdy machina niekończącego się wzrostu gospodarczego zacięła się, jak opisuje to na przykładzie Middleton w stanie Ohio Vance w swojej Elegii, zwykli Amerykanie zostali pozostawieni własnemu losowi – jako przegrani nowego świata.
Liberalizm nie zna innego lekarstwa na własne bolączki niż jeszcze więcej liberalizmu – twierdzi Deneen. Aby realizować niekończącą się walkę o „pełną suwerenność jednostki”, musi paradoksalnie wzmacniać swoją kontrolę nad społeczeństwem i ograniczać możliwość demokratycznego wyboru. Jednocześnie, burząc wszelkie bariery ekonomiczne, oddaje losy jednostek i społeczności w ręce bezosobowych i ponadnarodowych sił globalnego kapitalizmu.
Konserwatywna opowieść o rozpadzie struktur rodzinnych i społecznych oraz lewicowa opowieść o globalizacji, która wymknęła się spod kontroli, niszcząc amerykański przemysł i pogłębiając przepaść między bogatymi a resztą społeczeństwa, połączyły się. Jak stwierdził Vance w jednym ze swoich pierwszych wywiadów politycznych – wojna kulturowa stała się również wojną klasową.
Czas na ofensywę
Z tej diagnozy dotyczącej ostatnich dekad historii Stanów Zjednoczonych można wyciągnąć podstawowe założenia filozofii politycznej, którą podziela większość pro-trumpowskich intelektualistów z obozu narodowo-konserwatywnego.
Po pierwsze, pilność chwili. „Jesteśmy jak pasażerowie lotu nr 93” – pisał już w 2016 roku znany autor MAGA Michael Anton. Nawiązuje on do historii czwartego porwanego samolotu z 11 września 2001 r., którego pasażerowie postanowili stawić czoła arabskim terrorystom i w desperackiej szarży doprowadzili do upadku maszyny daleko od planowanego celu.
„Jeśli zaatakujemy, być może zginiemy, ale mamy niewielką szansę na zwycięstwo. Jeśli nic nie zrobimy, śmierć jest pewna” – tak Anton wyraził swój dylemat w 2016 r. Platforma, którą kilka lat później założył Charlie Kirk, nosiła nazwę „Turning Point” („Punkt Zwrotny”).
Po drugie, Republikanie muszą zmienić swoją tożsamość i zamiast interesów „białych kołnierzyków” skupić się na „pracujących Amerykanach: zapomnianych mężczyznach i kobietach z hut, farm i platform wiertniczych”. W taki sposób przyszłość partii scharakteryzował Kevin Roberts, szef wpływowej Heritage Foundation w przemówieniu pod tytułem „Nowy Złoty Wiek Ameryki” wygłoszonym w czerwcu tego roku.
Przez dziesięciolecia byli „partią kapitału”, która na pierwszym miejscu stawiała gospodarkę i wzrost gospodarczy. Tuż przed wejściem do polityki Vance zadał retoryczne pytanie: „Czy naprawdę naszą najwyższą wartością jest wolny handel? Czy naprawdę chcemy poświęcić wspólne dobro dla logiki rynku?”.
Po trzecie, polem bitwy jest szeroko pojęta kultura. Konserwatyści muszą wziąć przykład z lewicy i przeprowadzić własny „długi marsz przez instytucje”. W przeciwieństwie do poprzednich pokoleń konserwatystów, sednem ruchu MAGA jest przekonanie o pierwszorzędnym znaczeniu „odzyskania” pola kulturowego.
„Prowadzimy wojnę informacyjną przeciwko lewicy. Jest to wojna partyzancka prowadzona od dołu”, w której „potrzebujemy blogerów, autorów memów, trolli na Twitterze, artystów ulicznych, teologów, dramaturgów, eseistów, pisarzy, intelektualistów” – pisał kilka lat temu Michael Anton.
Po czwarte, konserwatyzm nie jest równoznaczny z fatalizmem. Niewiele jest sentymentów, które autorzy MAGA podzielają tak silnie, jak pogardę dla „starych konserwatystów”, którzy byli albo fałszywi, albo bezsilni w swojej obronie wartości. Skupiali się tylko na obronie i krok po kroku ustępowali liberalnej fali.
Jak napisał Josh Hammer, głos MAGA w amerykańskim „Newsweeku“, zaraz po objęciu urzędu przez Trumpa: „W 2008 roku Obama wypowiedział nam zimną wojnę domową, mówiąc, że celem jego rządów jest radykalna transformacja tego kraju. Było to wypowiedzenie wojny. I ostatecznie tę wojnę wygraliśmy”.
Kevin Roberts we wspomnianym już przemówieniu na temat nadchodzącej „złotej ery” Ameryki podsumował obecną sytuację w następujący sposób: „Czas gry w defensywie się skończył. Teraz nadszedł czas, aby przejść do ofensywy – w szkolnictwie, mediach, ustawodawstwie i polityce”.
Ameryka potrzebuje „zmiany reżimu”. Ostatnia książka opublikowana w zeszłym roku przez Charliego Kirka nosi podtytuł: Jak pokonać Woke i ocalić Zachód.
Nagiąć system według woli ludu
Odwiecznym problemem wszystkich rewolucjonistów jest jednak pytanie: jak to zrobić? Tutaj dochodzimy do kolejnej kluczowej diagnozy stanu liberalnej demokracji.
Chodzi o krytykę bezsilności władzy wykonawczej, unieruchomionej przez biurokratyczne sieci „państwa administracyjnego”, prerogatywy upolitycznionej władzy sądowniczej lub zobowiązania międzynarodowych. Prawdziwa zmiana nie jest możliwa, bo nawet jeśli wygrasz wybory, to „system” ci na nią nie pozwoli.
I tu pojawia się miejsce dla Trumpa. Kiedy patrzymy na hołdy składane prezydentowi przez jego podwładnych, łatwo możemy przeoczyć fakt, że relacja między autorami MAGA a Trumpem jest w dużej mierze pragmatycznym sojuszem. To amerykańska głowa państwa umożliwia im zmianę rzeczywistości. Najlepiej wyraził to Kevin Roberts, nazywając Trumpa „taranem, którym burzymy fortecę klasy rządzącej”.
Między pierwszą a drugą kadencją Trumpa zawarto na nowej prawicy konsens, że najpilniejszą sprawą po objęciu władzy musi być uporządkowanie administracji państwowej i wzmocnienie pozycji prezydenta w ramach systemu. Najważniejszy rozdział dokumentu programowego Project 2025 autorstwa Heritage Foundation, od którego Trump zdystansował się w kampanii, a następnie umieścił część autorów na kluczowych stanowiskach w administracji, dotyczy uprawnień wykonawczych lokatora Białego Domu.
Przypomina on „doktrynę jednolitej władzy wykonawczej”, która dosłownie interpretuje art. 2 Konstytucji USA, powierzający prezydentowi całą władzę wykonawczą. Rzeczywistość jest jednak, zdaniem twórców raportu, daleka od ducha konstytucji: nowy prezydent napotyka „federalną biurokrację, która zbyt często realizuje nie jego plany i preferencje, ale swoje własne”.
Zadaniem Trumpa jest „przekształcenie, nagięcie całej struktury wykonawczej zgodnie z wolą ludu”. Autor tego rozdziału, Russel Vought, jest obecnie szefem Biura Zarządzania i Budżetu Białego Domu.
Realizacja doktryny jednolitej władzy wykonawczej trwa od pierwszego dnia drugiej kadencji Trumpa, która rozpoczęła się od przygotowania serii rozporządzeń wykonawczych, z których znaczna część miała na celu przejęcie pełnej kontroli nad polityką i składem personalnym agencji rządowych.
Działania na granicy konstytucyjności i częste odwoływanie się do różnych nadzwyczajnych uprawnień kryzysowych, jak w przypadku deportacji nielegalnych imigrantów, nieuchronnie generują kolejne konflikty z wymiarem sprawiedliwości, który w roli „ostatniej linii obrony” systemu zastąpił osłabionych Demokratów.
Na długo przed wyborami Vance w wywiadzie dla „Politico” zwrócił uwagę, że taki ostry konflikt może być konieczny. Jak mówił, jest to mniej poważny kryzys konstytucyjny niż sytuacja, w której wybrany prezydent nie może wykonywać swoich uprawnień, ponieważ nie kontroluje biurokracji. To drugie jest bowiem – stwierdził – zaprzeczeniem demokracji.
„Ten, kto ratuje naród, nie narusza prawa” – napisał kilka miesięcy temu na platformie X Donald Trump. „Sędziowie nie mają prawa ograniczać uzasadnionych kompetencji władzy wykonawczej” – dodał Vance. Trump zacytował Napoleona, a w wypowiedziach obu zabrzmiały echa innego kluczowego autora – teoretyka prawa Adriana Vermuelle’a.
To właśnie on zaproponował w ostatnich latach nowe (choć w rzeczywistości bardzo stare) spojrzenie na prawo, które ponad chaosem prawa pozytywnego i orzeczeń sądowych stawia ducha konstytucji i koncepcję dobra wspólnego, do której musi odnosić się każda decyzja rządu.
Vermuele wskazuje, że to władza wykonawcza jest odpowiedzialna za dbanie o dobro wspólne, a system prawny musi pozostawić prezydentowi „wystarczającą swobodę działania, aby mógł działać i to działać szybko”.
Cezar i Oktawian
Intelektualni sojusznicy Trumpa, na czele z wiceprezydentem Vance’m, są bez wątpienia częścią szerszego trendu konfliktu między demokratyczną legitymacją ludową a liberalizmem, który opiera się na biurokratycznej machinie, mechanizmach państwa prawa oraz globalnym porządku gospodarczym i politycznym. Są więc przejawem procesów, które dotyczą całego Zachodu, ale są też w tym procesie głównymi trendsetterami.
Nie ma wątpliwości, że MAGA jest ruchem rewolucyjnym. „Liberalizm opróżnił demokrację od wewnątrz, pozostawiając jedynie fasadę, której potrzebuje do swojej legitymizacji. Jest jak osioł z bajki, który ubrał się w lwią skórę” – pisze Vermuele.
Trzy lata temu w „Politico” J.D. Vance wskazał Charlesa De Gaulle’a jako swój wzór polityczny. Nie ze względu na ocalenie honoru Francji podczas II wojny światowej, ale z powodu demontażu Czwartej i budowy Piątej Republiki – głębokich zmian systemu konstytucyjnego w imię ocalenia istoty państwa i narodu.
Ulubionym dla wielu intelektualistów MAGA historycznym porównaniem jest starożytna późna republika rzymska, okres chaosu i wewnętrznych napięć, dojrzewający do zasadniczych zmian.
„Potrzebujemy Cezara” – powtarzali w ostatnich latach. Czy Trump jest Juliuszem Cezarem, który jak taran zaczął obalanie starego porządku, wywołując gwałtowną reakcję? To umożliwiło jego następcy, Oktawianowi, aby naprawdę uczynił Rzym znów wielkim – i za fasadą odnowy dawnej wielkości ukrył zasadniczą transformację całego państwa. W każdym razie patrząc na chaos współczesnej Ameryki i narastające wewnętrzne napięcie w samym obozie MAGA można powiedzieć, że znajdujemy się nadal we wczesnych fazach tego procesu…