Donald Trump naśladuje Theodore’a Roosevelta. Imperium to amerykański sposób na życie
Żeby zrozumieć to, co USA zapisały w nowej strategii bezpieczeństwa, warto cofnąć się do amerykańskich dyskusji z przełomu XIX i XX wieku. To wówczas bowiem powstały koncepcje Ameryki nie jako hegemona a zewnętrznego balancer’a.
„Imperium jako styl życia” – taki tytuł nosi ostatni rozdział w jednym z tomów oksfordzkiej historii Stanów Zjednoczonych. Książka, z której zostało zaczerpnięte to wyrażenie, obejmuje czas od końca XIX do początku XX wieku. To właśnie temu okresowi, tak zwanemu Pozłacanemu Wiekowi (ang. Gilded Age) i Erze Progresywizmu, powinniśmy się przyglądać, szukając (ostrożnych) analogii wobec współczesnej postawy Stanów Zjednoczonych na świecie.
W końcu William McKinley i Theodore Roosevelt to dwójka czołowych prezydentów z tego okresu, których Donald Trump wymienił w swoim przemówieniu na otwarcie drugiej kadencji.
Ameryka jako (tylko) jedna z potęg pod słońcem
W tamtym czasie – tak jak obecnie – Stany Zjednoczone nie były światowym hegemonem, a jednym z kilku mocarstw o globalnym zasięgu. Ameryka zakończyła okres narodowej i kontynentalnej konsolidacji (wojna secesyjna była w istocie odpowiednikiem włoskiej czy niemieckiej wojny zjednoczeniowej).
Trzeba jasno powiedzieć, że już w tej fazie lądowego ekspansjonizmu Stany Zjednoczone od samego początku działały według logiki imperialnej. Ekspansjonistyczne ambicje zajmują centralne miejsce w rozwoju Ameryki, jak zaznaczają Fred Anderson i Andrew Cayton w książce pod tytułem Dominium wojny.
Wówczas jednak następowała zmiana jakościowa – wzrok Waszyngtonu zwracał się w stronę reszty świata, a droga naprzód wiodła przez oceany. William Seward, sekretarz stanu w administracji Abrahama Lincolna, a potem Andrew Johnsona stwierdził: „Imperium morza – oto prawdziwe imperium”. Kierunek zostaje wytyczony, a dwadzieścia lat później następuje seria ekspansywnych kroków w morski otoczeniu USA, z wojną hiszpańsko-amerykańską na czele (1898).
Pod koniec tego konfliktu gazeta „Chicago Tribune” oznajmia: „W te kilka tygodni Stany Zjednoczone zajęły miejsce jako jeden z narodów z silną marynarką wojenną i wojskową potęgą, które od teraz muszą być brane pod uwagę w światowych sprawach. Kraj wkroczył na ścieżkę imperialnej kariery”.
W ten sposób spełniała się wizja Alexandra Hamiltona, twórcy fundamentów państwowości amerykańskiej, jak sam siebie określał „pierwszego ministra” w administracji Jerzego Waszyngtona. Zgodnie z nią, Stany Zjednoczone miały być oceaniczno-handlowym imperium równym Francji czy Wielkiej Brytanii.
Równowaga między Oceanami
W ostatniej dekadzie XIX wieku kapitan Alflred Mahan, jeden z klasyków geopolityki, stworzył teorię o znaczeniu „potęgi morskiej” (ang. sea power) dla dobrobytu Stanów Zjednoczonych. Z kolei w przemówieniu przed Kongresem z 1901 roku, prezydent Theodore Roosevelt zaznaczył, że żadna inna sprawa niż odpowiednia siła na morzu „z zakresu polityki krajowej lub zagranicznej, nie jest ważniejsza […] dla naszego Narodu i jego przyszłości”.
W książce zatytułowanej Interes amerykański w potędze morskiej, teraźniejszość i przyszłość Mahan opisuje podobieństwa między sytuacją Wielkiej Brytanii oraz USA. Wskazywał, że geograficzna izolacja lądowej bazy obu krajów dawała im bezpieczeństwo. Po takich słowach skojarzenie z tradycyjną angielską doktryną równoważenia kontynentu z zewnątrz przez Royal Navy nasuwa się samo.
Zresztą w innym dziele pt. Problem Azji Mahan pisze o niej wprost. Jak zaznacza, „z dużym prawdopodobieństwem już nigdy nie będziemy mogli biernie przyglądać się […] zmianie w tamtejszej [europejskiej – wyj. wł.] równowadze sił”.
W 1910 roku Theodore Roosevelt już po zakończeniu kadencji prezydenckiej, w rozmowie z niemieckim ambasadorem w Anglii, wskazywał, że jeśli Londyn nie utrzyma równowagi w Europie, to wtedy „Stany Zjednoczone będą w obowiązku wkroczyć, przynajmniej tymczasowo, w celu przywrócenia równowagi sił w Europie, nieważne przeciwko jakiemu krajowi lub grupie państw”.
Chodzi jednak nie tylko o Europę. Mahan, i podzielający jego poglądy Roosevelt, odnoszą politykę równowagi sił także do innych miejsc na świecie, w tym Azji.
Podobne nuty pobrzmiewają już w początkowych ustępach nowej amerykańskiej strategii bezpieczeństwa narodowego z roku 2025. W rozdziale poświęconych zasadom przyświecającym USA wprost znajdujemy wskazanie na „równowagę sił”. „Stany Zjednoczone nie mogą pozwolić żadnemu narodowi na osiągnięcie tak dominującej pozycji aby mógł on zagrozić [ich] interesom” – czytamy.
W przypadku Europy zostaje to dodatkowo wyrażone jako konieczność – co ciekawe – współpracy z Europejczykami, aby „żaden [amerykański przeciwnik] nie zdominował Europy”.
W obu wypadkach – w przeszłości i obecnie – amerykańskie sięgnięcie do polityki równowagi sił wynika z tego samego powodu. Jest nim przekonanie o znaczeniu otoczenia międzynarodowego dla interesów narodowych USA, łączące się z poczuciem, że Stany nie mają się dość zasobów i siły (wtedy: jeszcze, obecnie: już) do jednostronnego narzucenia warunków innym mocarstwom.
Dodatki do Doktryny Monroe – 1904 i 2025
Doktryna Monroe, ogłoszona w 1823 w reakcji na list rosyjskiego cara do Waszyngtonu, porządkowała amerykańską politykę zagraniczną w najbliższym otoczeniu kontynentu. Sprowadzała się do zakazu ingerencji ze strony Europy w sprawy USA i rozszerzania swoich kolonii. Taki sposób myślenia oparty był na prostej logice: jeśli mamy silnych sąsiadów (w postaci posiadłości mocarstw europejskich), to istnieje potencjalne pole do konfliktów.
Co więcej, ów sposób myślenia kreślił bezpośrednią amerykańską strefę wpływów, mającą gwarantować bezpieczeństwo kontynentalnej bazy i tworzyć jej ekonomiczne otoczenie. Pisałem o tym więcej w innym tekście dla Klubu Jagiellońskiego pod tytułem: „Idealistyczno-realistyczne mocarstwo. Filozofia polityczna USA”. Oczywiście, w praktyce Ameryka mogła pozwolić sobie na „zakazywanie” czegokolwiek wobec europejskich potęg, bo dystans dawał jej ochronę.
Jednak już w 1895 roku Stany Zjednoczone nabrały więcejsiły. Przy okazji sporu między Wenezuelą a Anglią, sekretarz stanu w administracji prezydenta Grovera Clevelanda, Richard Olney, stanowczo zakomunikował: „Dzisiaj Stany Zjednoczone są praktycznie suwerenem na tym kontynencie [chodziło o obie Ameryki – wyj. wł. KG], a ich nakaz jest prawem”.
Mimo asertywnego tonu, Olney jednocześnie wskazywał, że USA nie ma prawa ingerencji w wewnętrzne sprawy innych krajów na Zachodniej Półkuli. Amerykańska praktyka nie była wcale taka jednoznaczna, gdyż konsekwentnie interweniowano w obronie swoich interesów ekonomicznych (biznesowych). Niespełna dziesięć lat później doktryna Monroe doczekała się już wprost uzupełnienia o amerykańskie prawo prowadzenia własnych operacji na obszarze od Kanady po Ziemię Ognistą.
To tzw. „dodatek Roosevelta” do doktryny Monroe, który pierwszy raz został odczytany z listu Roosevelta na bankiecie 20 maja 1904, przez Elihu Root’a, sekretarza wojny. W Europie jedna z paryskich gazet („Paris Temps”) celnie zaobserwowała, że oto Doktryna Monroe – formalnie do tej pory nastawiona na obronę – otrzymała ofensywny pazur.
W 2025 r. dokument nowej amerykańskiej strategii bezpieczeństwa zapowiada przypomnienie doktryny Monroe i traktuje to jako „dodatek Trumpa” (ang. Trump collorary). I faktycznie, pewna nowa treść się pojawia: wskazanie wprost, że doktryna Monroe będzie używana do promowania interesów amerykańskiego biznesu na Zachodniej Półkuli i tworzenia rynków zbytu dla USA.
Owoce imperium
Stany Zjednoczone od początku swojej historii nie były – w sensie prądów intelektualnych – wyizolowaną wyspą, ale zawsze podlegały nastrojowi epoki. Przez większą część XIX wieku konflikt klasowy w USA – między bogatymi posiadaczami kapitału a warstwami pracującymi – był rozładowywany przez zachodnią ekspansję.
Nie kto inny niż prezydent Lincoln roztaczał przed masami pracującymi ze wschodniego wybrzeża wizję, w myśl której w jednym roku człowiek pracuje na siebie, w drugim oszczędza na wyposażenie pioniera, w trzecim zaś – rusza na Zachód. Ryzyko zamknięcia owego „zaworu bezpieczeństwa” dla zindustrializowanej Północny, poprzez ekspansję niewolnictwa na Zachód, było główną przyczyną wojny secesyjnej. Tam, gdzie pojawiał się niewolnik, tam nie było pracy dla białego człowieka.
Wejście przez Stany w fazę imperialną (światową) ciągnęło za sobą oczekiwanie bardzo konkretnych korzyści, które miały podnosić standard życia Amerykanów. Jak wskazuje amerykański historyk Howard Zinn, departament stanu w 1898 wyjaśniał, że Ameryka potrzebuje zagranicznych rynków dla swoich nadwyżek i utrzymania pełnego zatrudnienia.
Senator Herbert Cabot Lodge, czołowy ekspansjonista (a po I wojnie światowej jedna z osób odpowiedzialnych za brak wejścia USA do Ligii Narodów) zachęcał na łamach prasy do imperializmu w „interesie handlowym” i przestrzegał: „jako jeden z wielkich narodów świata, Stany Zjednoczone nie mogą wypaść z marszu”.
Te rynki zbytu leżały nie tylko w Ameryce Południowej. Amerykanie rozpychali się też w Europie. Angielski dziennikarz z tego okresu, W. T. Stead, narzekał w 1902 roku, że Anglicy budzą się w amerykańskiej pościeli, golą jankeskimi żyletkami, a żony ubierają odzież uszytą za Atlantykiem.
Wiemy już, że Stany Zjednoczone łakomie spoglądały na Azję oczyma popularnego kapitana Mahana. W 1899 roku, John Hay, sekretarz stanu USA rozesłał do europejskich stolic notę, w której domagał się „otwartych drzwi” w Chinach – niezakłóconego dostępu dla tamtejszego rynku.
Jednocześnie w sferze wewnętrznej polityki ekonomicznej w tym czasie w Stanach Zjednoczonych królował protekcjonizm, przede wszystkim w postaci stosowania ceł. Zazdrośnie strzeżono również rodzimego rynku pracy, choćby przed imigrantami z Chin (w 1882 r. uchwalony został zakaz ich wjazdu na lat dziesięć).
Dostawało się też Europejczykom. Dokumenty programowe Partii Demokratycznej z tego okresu opowiadały się „za wszystkimi […] staraniami, które uchronią Stany Zjednoczone przed staniem się wysypiskiem dla znanych kryminalistów i zawodowych biedaków z Europy”.
Kiedy w 2025 roku nowa strategia bezpieczeństwa USA wskazuje, że region Indo-Pacyfiku musi pozostać „otwarty i wolny” dla przepływów handlowych, to w pekińscy decydenci zapewne mają deja vu i dostają gęsiej skórki. Taka sama propozycja pada pod adresem Europy, która ma znieść swoje bariery i otworzyć się jako rynek zbyt na towary i usługi zza oceanu.
W tym samym czasie Amerykanie zapowiadają wykorzystanie ceł oraz ograniczenie migracji. Domagają się uszanowania wiodącej roli amerykańskiego sektora finansowego, przemysłu energetycznego oraz technologicznego. Protekcjonizm dla Ameryki, wolny handel dla reszty świata.
Tęsknota za byciem fabryką świata i baronowie kapitalizmu
Trzeba pamiętać o tym, że porównanie współczesnej Ameryki i Stanów Zjednoczonych z przełomu XIX i XX wieku nie jest idealne. Historia się powtarza, ale nigdy dokładnie tak samo. Przykładowo, w tamtym czasie to USA pełniły rolę fabryki świata (choć trzeba przyznać, że już wtedy kapitan Mahan obawiał się wytwórczej siły Azji). Dzisiaj administracja prezydenta Trumpa domaga się reindustrializacji Stanów Zjednoczonych.
Okres Ery Progresywizmu to też czas postępu w kwestii praw pracowniczych, sprawach społecznych (prawa wyborcze kobiet) czy środowiskowych, jak również – mimo wszystko – okres zaangażowania Stanów Zjednoczonych w pierwsze próby budowy ładu międzynarodowego opartego na regułach.
Co więcej, Ameryka podjęła się łamania monopoli ze strony swoich ówczesnych „baronów kapitalizmu”, w obszarach takich jak chociażby produkcja stali czy wydobycie ropy naftowej. Dziś tymczasem brak widoków na poważną antymonopolową akcję przeciwko współczesnych firmom-gigantom z amerykańskiego sektora technologicznego.
Przy świadomości tych różnic analogia między współczesną Ameryką a USA pod koniec XIX i na początku XX wieku pozwala nam zobaczyć, jak może zachowywać się Waszyngton, nie będąc dominującym mocarstwem, a elementem większej międzynarodowej układanki w nowej „erze imperiów”.
Ameryka będzie asertywnie bronić swoich interesów; tam gdzie trzeba, wykorzysta swoją imperialną pozycję do osiągnięcia ekonomicznych korzyści. Ze słynnego bon motu Theodore Roosevelta – „przemawiaj łagodnie, ale noś ze sobą pałkę” – zostanie nam jednak tylko druga część.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.
