Ani „warszawka”, ani „ciemny lud”. Jak ułożyć relacje między centrum a peryferiami?
Centrum kontra peryferie. Globalna Północ kontra Globalne Południe. Polska A kontra Polska B. Napięcie pomiędzy wielkimi bogatymi ośrodkami a biedniejszą prowincją jest matrycą, przez którą często tłumaczymy sobie występujące w różnych miejscach świata – również w Polsce – napięcia polityczne. W tym kontekście popadamy w skrajności. Albo demonizujemy przysłowiową „warszawkę” i hołubimy „podkarpacie”, albo na odwrót – gardzimy „ciemnym, leniwym ludem”, a wychwalamy „młodych, wykształconych i pracowitych z wielkich ośrodków”. Obie narracje są szkodliwe i zwyczajnie fałszywe. Jak więc powinna wyglądać właściwa relacja pomiędzy rdzeniem a peryferiami?
Plamy na słońcu, upał na ulicy Przyjechali z interioru ludzie do stolicy
Tu są możliwości i tu jest kariera
Tutaj musisz wspiąć się, bo zaczynasz od zera.
Powyższy fragment pochodzi z utworu Plamy na słońcu autorstwa Kazika Staszewskiego – rodowitego warszawiaka. Powstał on w czasach transformacji, kiedy to masy ludzi z prowincji, mniejszych miast oraz wsi, z „interioru”, jak określił to piosenkarz, przybywały do dużych miast – w tym wypadku Warszawy. To właśnie tam, w miejscach zasilanych zagranicznym kapitałem, szukano pracy i sposobów wyrwania się z biedy.
Utwór jest pisany z punktu widzenia mieszkańca „centrum”, w którego oczach jest ono miejscem, gdzie dzieją się ważne rzeczy i gdzie można osiągnąć sukces, jeżeli będzie się odpowiednio starać.
Nie jest to jednak jedyne spojrzenie.
I wtedy zrozumiałem wreszcie
Że z mojego miasta moje sny
Budują Twoje ulice
Że Ciebie nie zachwyca tu nic
Ale smuci mnie, że nadal nie krzyczę.
Ten fragment pochodzi z kolei z utworu Małomiasteczkowy autorstwa Dawida Podsiadły – artysty, który przybył do stolicy z zewnątrz, z tak zwanej „Polski powiatowej”.
Jego postrzeganie jest już nieco inne – choć miasto wciąż pozostaje miejscem, gdzie robi się karierę, to „karmi” się ono aspiracjami ludzi z prowincji, jednocześnie będąc miejscem pełnym sztuczności i obojętności.
Oba utwory na pewnym poziomie dotyczą tego samego – zderzenia się dwóch światów – centrum i peryferiów. Mamy w nich dwie perspektywy, z których każda ma swoje racje, ale żadna nie jest obiektywnie prawdziwa, a przyjęcie jednej albo drugiej jako jedynej właściwej zależy od miejsca pochodzenia.
Jest to podział znacznie starszy i szerszy, głęboko wpisany w każdą ludzką cywilizację i odtwarzany na wielu poziomach. Przejawia się zarówno na poziomie lokalnym, jak i globalnym; odnajdziemy go zarówno w starożytnych mitach, jak i w obecnych stosunkach międzynarodowych. W punkcie starcia obu stron rodzi się masa emocji, uprzedzeń i fantazji, którym warto się przyjrzeć.
Pomiędzy „warszawką” a „podkarpaciem”
Słowo interior, które pojawiło się w przytoczonym fragmencie utworu Plamy na słońcu, jest dość rzadko używane w języku polskim. Oznacza ono obszar położony w głębi państwa lub kontynentu, trudno dostępny, oddalony od szlaków morskich i komunikacyjnych. Często znajdujący się w miejscach, które ze względu na położenie geograficzne i ukształtowanie terenu trudniej rozwijać.
Jego przeciwieństwem jest eksterior obejmujący obszary „zewnętrzne”, posiadające okno na świat. Są to najczęściej wybrzeża, na których znajdują się porty, ale też miasta położone blisko głównych szlaków komunikacyjnych czy spławnych rzek – miejsca sprzyjające wymianie handlowej i intelektualnej.
Klasyczny przykład podziału na eksterior i interior widać w Stanach Zjednoczonych. Dwa wybrzeża – East Coast na czele z Nowym Jorkiem oraz West Coast z Kalifornią – tworzą eksterior, generujący lwią część PKB, będący ośrodkiem innowacji i władzy.
Natomiast to, co jest między nimi, pełni rolę interioru. Są to przepastne połacie ziemi, góry i wielkie równiny, słabo zaludnione, o których rzadko się myśli, mówiąc o Stanach Zjednoczonych, mimo iż mieszka tam spora część obywateli USA.
Nie ma tam wielkich ośrodków gospodarczych, kulturowych czy politycznych. Jeżeli ktoś z interioru chce robić karierę, to musi się przenieść do eksterioru, bowiem – tak jak w piosence Kazika – tam są możliwości i tam jest kariera.
Co ciekawe, bliźniaczy podział funkcjonuje w Chinach. Chińskie wybrzeże, pokryte wielkimi miastami portowymi, odpowiada za znaczną część chińskiej gospodarki, podczas gdy prowincje Syczuan, Gansu, Qinghai czy Tybet leżą w głębi kraju i są znacznie gorzej rozwinięte.
W czasie, gdy Chiny chwalą się nowoczesnymi miastami przyszłości rozświetlonymi neonami, w głębi lądu wciąż są miejscowości, gdzie ludzie żyją w prymitywnych warunkach. Jednak sukcesu rozwojowego takich miast jak Szanghaj czy Szenczen nie byłoby, gdyby nie migracje wewnętrzne – zasilanie wybrzeży masami tanich pracowników z głębi kontynentalnych Chin.
Podobny, nierówny podział można dostrzec w innych krajach. W silnie scentralizowanej Francji Paryż narzuca swój rytm reszcie kraju nazywanej „prowincją”. Również w sfederalizowanych Niemczech większość dużego biznesu koncentruje się w dorzeczu Renu.
W Turcji z kolei błyszczą wybrzeża Morza Śródziemnego i Egejskiego, podczas gdy Anatolia pozostaje słabiej rozwinięta. Nie mówiąc już o Wielkiej Brytanii, w której Londyn swoją masą wręcz „przygniata” resztę wyspy.
W Polsce klasyczny podział interior–eksterior nie istnieje, bo jak na ironię nasze wybrzeża, poza kilkoma ośrodkami, są jednymi z najmniej zaludnionych obszarów w kraju. Ponieważ jesteśmy krajem lądowym, to bogactwo koncentruje się w obszarach skomunikowanych za pomocą dróg, kolei czy lotnisk.
Stąd wynika siła Warszawy, Śląska czy Krakowa. Dobrze było widać tę zależność w latach 90., kiedy to szybciej bogaciła się zachodnia część kraju, mająca łatwy dostęp do zasobnego rynku niemieckiego, a przysłowiowe Podlasie stało się czarną dziurą komunikacyjną.
Wzajemne powiązanie rdzenia i peryferii nie ogranicza się jedynie do poziomu państw. Można je obserwować również na wyższym poziomie kontynentalnym, jak i niższym – regionalnym. Co więcej, to samo miejsce może być jednocześnie lokalnym centrum, jak i globalnymi peryferiami.
Warszawa może być centrum Polski, ale dla Unii Europejskiej stanowi obrzeża Wspólnoty. Z kolei z perspektywy Waszyngtonu to sama Europa jest obszarem peryferyjnym ich globalnego imperium.
Na poziomie światowej gospodarki rdzeniem jest tak zwana Globalna Północ, czyli głównie Stany Zjednoczone, Europa Zachodnia, Japonia czy też od niedawna Chiny, w kontraście do krajów rozwijających się Ameryki Południowej, Afryki, Bliskiego Wschodu czy azjatyckiego interioru.
Centrum wyzyskuje peryferie, a następnie dzieli się z nimi „zyskami”
Niezależnie od tego, na jakim poziomie odbywa się ta współzależność, mechanizm działa według podobnej dynamiki. Centrum „zasysa” z obrzeży zasoby – nie tylko surowce naturalne, ale i pracę oraz talent ludzi, których sprowadza do siebie. Korzystając z tej koncentracji dóbr, generuje innowacje, wzrost gospodarczy i nowe idee, które następnie eksportuje na zewnątrz, z powrotem do peryferii.
Żeby zobaczyć te nierówności – na przykład kraje UE konsumują dwa razy więcej ropy niż trzy razy ludniejsze od nich Indie. Dodatkowo oba obszary importują większość paliwa z zewnątrz, głównie z Bliskiego Wschodu czy Rosji. Europa Zachodnia jako część globalnego centrum wciąż też sprowadza do siebie pracowników z biedniejszych krajów, głównie Bliskiego Wschodu. Co ciekawe, Polska przez długi czas także była peryferiami, z których ludzie emigrowali, i dopiero stosunkowo niedawno awansowała do „rdzenia”, stając się punktem docelowym dla migracji zarobkowej.
Lepszym przykładem globalnego centrum są Stany Zjednoczone. Choć USA przeżywa obecnie pewne trudności, to wciąż przyciąga zdolnych ludzi z całego świata (także z Europy), którzy jadą tam z nadzieją zrobienia kariery niemożliwej nigdzie indziej. Kluczowe technologie, idee czy wytwory kulturowe są wytwarzane właśnie tam.
Jeśli ktoś chce opracowywać rozwiązania technologiczne, które zmienią świat, to najszybciej osiągnie to w Dolinie Krzemowej. Amerykańskim uczelniom trudno byłoby tworzyć innowacje bez zagranicznych naukowców, którzy na niektórych wydziałach stanowią nawet 50–70% kadry wyższego szczebla.
Także globalna kultura – filmy, seriale, muzyka, książki czy gry komputerowe – w dużej mierze są wytwarzane w USA, a nawet jeżeli powstają na peryferiach, to są dystrybuowane na światową skalę za pośrednictwem instytucji będących w rękach „rdzenia” (np. platform streamingowych).
Najjaskrawiej jednak ten przepływ było widać w czasach imperiów kolonialnych, które w czasach swojej globalnej dominacji ściągały z kolonii wszelkiego rodzaju towary i owoce pracy ludzkiej, dzięki czemu wytwarzały nadwyżki pozwalające im na opracowanie przełomowych technologii, które doprowadziły do rewolucji przemysłowej i rozwoju nauki. Na kolejnym etapie te zdobycze technologiczne były eksportowane do „wyssanych” z zasobów kolonii, ostatecznie przyczyniając się także do ich rozwoju, choć okupionego dekadami wyzysku.
Na poziomie lokalnym możemy zauważyć te przepływy na przykładzie Warszawy. Siłą napędową tego miasta są tak zwane „słoiki”, czyli ludzie mieszkający tam tymczasowo.
Szacunkowo nawet 400 tys. osób pracujących w stolicy Polski nie pochodzi z tego miasta, a wliczając do tego ludność napływową, okaże się, że Warszawa, odcięta od dopływu ludzi z zewnątrz, przestałaby być głównym ośrodkiem kraju, zwłaszcza że często są to osoby utalentowane i o wysokiej efektywności pracy.
To dzięki nim w stolicy Polski powstaje spora część kultury audiowizualnej eksportowanej potem do reszty kraju. W niej skoncentrowane są też główne ośrodki opiniotwórcze i władzy politycznej.
Dajcie nam pracowników i rynek zbytu, my wam damy kasę na rozwój
Centrum może wytwarzać unikatowe produkty, które potem są przesyłane na peryferie, dzięki akumulacji kapitału napływającego do niego z zewnątrz. Mimo iż dla całości układu jest to korzystne, bo kapitał trafia tam, gdzie ma największe perspektywy wzrostu, to z czasem zaczyna się tworzyć problem.
Rdzeń zaczyna się bogacić nieproporcjonalnie szybciej względem peryferyjnych regionów znajdujących się w jego strefie wpływów. Nie znaczy to, że wszystkim w centrum żyje się lekko, ale generalnie to na peryferiach tworzą się nierówności mogące ostatecznie zachwiać systemem.
Dlatego też co rozsądniejsi przywódcy ośrodków władzy, będąc świadomi, że sukces ich regionu jest zależny od peryferii, wytwarzają szereg programów, które mają te różnice zmniejszać i łagodzić związane z nimi napięcia.
Przykładem mogą być amerykańskie programy pomocowe, takie jak USAID, przekazujące miliardowe dotacje do krajów rozwijających się, prowadzone w geście pomocy charytatywnej, lecz przy okazji też stabilizujące państwa znajdujące się w strefie wpływów USA, z których amerykańskie korporacje czerpią surowce i siłę roboczą.
Podobny system powstał po rozszerzeniu się Unii Europejskiej. Zachodni „rdzeń” Europy wciągnął wówczas w swoją orbitę kraje będące wcześniej bazą dla imperium radzieckiego.
Czerpał z naszego regionu pracowników, którzy masowo wyjeżdżali do niego do pracy, zyskiwał też wpływy polityczne oraz możliwość bezcłowej sprzedaży nam swoich produktów i usług. Aby wynagrodzić nam ten „drenaż” powstały fundusze strukturalne i rozmaite dotacje, wyrównujące bilans zysków i strat.
Fakt, że dziś transfery unijne do Polski stopniowo słabną, a Stany Zjednoczone likwidują USAID, może świadczyć o następującej właśnie zmianie układu sił i przesunięciu punktu ciężkości w relacji między dotychczasowym centrum i peryferiami.
Centrum, choć gardzi peryferiami, to żyje z ich łaski
Ta nierównowaga ekonomiczna przekłada się też na wymiar kulturowy. Każdy region, niezależnie od swojego położenia w globalnej hierarchii, wytwarza własną kulturę i tożsamość, osnutą wokół miejsca, jakie zajmuje w tym układzie. Powstają narracje, zwyczaje, poglądy i mity, które są odbiciem tej wzajemnej zależności ekonomicznej i politycznej.
Metropolia, będąc w pozycji uprzywilejowanej, ma naturalną tendencję do popadania w narcyzm. Dysponując większymi zasobami, szerszymi kontaktami w świecie i rozwiniętą kulturą, często uznaje je nie za wynik przewag systemowych, lecz za skutek własnej wewnętrznej, przyrodzonej „lepszości” – rzekomej wyższej pracowitości, inteligencji czy moralności. Tego typu przekonania mają też taką funkcję, że pozwalają uzasadnić uprzywilejowaną pozycję rdzenia w systemie, wynikającą jakoby z „naturalnego porządku rzeczy”.
Choć w centrum faktycznie wszystko jest większe, lepsze i ładniejsze, to jednak nie wynika to ze szczególnej cnoty jego mieszkańców, ale z lepszej pozycji w danym układzie, pozwalającej się bogacić kosztem peryferiów.
Niebotyczne zyski, jakie generują korporacje z USA, nie tyle wynikają z tego, że tamtejsi przedsiębiorcy są wielokrotnie lepsi od tych z innych części świata, ale z przewag systemowych – między innymi z globalnej dominacji amerykańskiego sektora finansowego i dostępu do taniego kapitału wynikającego z uprzywilejowanej pozycji dolara, na straży której stoi amerykańska marynarka wojenna. Z kolei w Warszawie nie byłoby w tylu przedstawicielstw zagranicznych korporacji, ośrodków medialnych i politycznych, gdyby nie została kiedyś wyznaczona na stolicę Polski.
Pomimo że sukces rdzenia wynika z kontroli nad obrzeżami, to często pojawia się w nim przekonanie o własnej samowystarczalności lub nawet poczucie bycia drenowanym przez prowincję.
Wówczas powstaje mit złotego miasta, otoczonego przez barbarzyńców, którzy zjeżdżają do niego, by żerować na jego bogactwach. Pojawia się przekonanie, że prowincja „żyje na nasz koszt” i niszczy naszą kulturę.
To wszystko przejawia się chociażby w niechęci białych Amerykanów do osób czarnoskórych (które zostały tam sprowadzone siłą i zmuszane do niewolniczej pracy na rzecz USA), w pogardzie warszawskich elit do biedoty z Polski B czy u starożytnych Rzymian narzekających na spływających do miasta ludzi z dalekich zakątków imperium.
Czasem prowadzi to do fantazji o odcięciu się centrum od rzekomego balastu, jakim są prowincje. Na przykład co jakiś czas pojawiają się głosy o Kalifornii, która ze swoją progresywną agendą i gigantycznym PKB miałaby odłączyć się od reszty Stanów Zjednoczonych, pełnych zaściankowych „rednecków”.
Gdyby to się jednak stało, to szybko by się okazało, że tamtejsze koncerny, pozbawione waszyngtońskiego protektoratu, musiałyby same uzyskiwać dostęp do globalnych rynków i zapewne za ten dostęp słono płacić, tracąc przy okazji swoje dotychczasowe przewagi.
Rdzeń nie jest w stanie łatwo wyrwać się z układu, w którym przez dekady zajmował się zarządzaniem kapitałem i produkowaniem kultury, a niezbędne do życia produkty sprowadzał sobie z zewnątrz, zapominając z czasem jak je wytwarzać. Przykładem tego może być dezindustrializacja zachodnich gospodarek, które stały się częściowo uzależnione od produktów przemysłowych sprowadzanych z Chin.
Gorzko przekonały się o tym w przeszłości imperia kolonialne, jak choćby Wielka Brytania, która w drugiej połowie XX wieku stopniowo odcinała się od kosztownych kolonii. W efekcie pozostała z rozbudowaną administracją i przerośniętym systemem bankowym, który za bardzo nie miał czym zarządzać w tym stosunkowo niewielkim kraju, stając się jedną z przyczyn jego obecnych problemów ekonomicznych.
Od narcyzmu wielkich miast do paranoicznego lęku prowincji
Pewne echa narcyzmu centrum możemy znaleźć już w najstarszym spisanym tekście ludzkości, jakim jest Epos o Gilgameszu. Zaczyna się on od zderzenia mieszkańców miasta, „wiecznego Uruk”, z dzikim pół-zwierzęciem, Enkidu.
Mityczny stwór pojawia się na obrzeżach miasta, przerażając jego mieszkańców swoją siłą i chaotycznym sposobem bycia. Jednak ostatecznie zostaje skuszony urokami miasta i (częściowo siłą) włączony w jego obręb, wiernie potem służąc władcy Uruk – Gilgameszowi – i stając się podwaliną jego kolejnych sukcesów.
Jest to więc w pewnym sensie opowieść o asymilowaniu zasobów prowincji przez centrum, zaprzęgające jej potencjał na własny użytek. O stolicy, przekonanej o własnej wyższości, postrzegającej ludność ze swoich obrzeży jako prymitywną, ale jednocześnie będącej zafascynowanej jej pierwotną siłą.
Także interior nie jest wolny od uprzedzeń i mitów. Rzadziej towarzyszy mu narcyzm i pogarda wobec centrum, za to częściej pojawia się niechęć i strach, który czasem wręcz nabiera cech paranoi.
Objawia się to najczęściej brakiem zaufania wobec wszystkiego, co przychodzi z metropolii. Nawet wtedy, gdy intencje tych z zewnątrz są dobre. Widzimy to, gdy na prowincję przyjeżdża ktoś z centrum, by pomóc zbudować studnię, szczepić dzieci czy rozwinąć infrastrukturę i zamiast uznania spotyka się z wręcz odruchową niechęcią i podejrzliwością.
Tego typu postawa nierzadko ma swoje podstawy. Mieszkańcy peryferii bowiem regularnie doświadczają sytuacji, w których rdzeń stara się na nich zarobić, korzystając ze swojej przewagi kapitału.
Nierzadko narzuca im niekorzystne prawa, kupuje za bezcen surowce czy zabiera – pośrednio lub bezpośrednio – ich młodzież. Obecnie odbywa się to najczęściej poprzez zachęcanie do migracji zarobkowej, nierzadko wymuszonej warunkami ekonomicznymi. W historii jednak zdarzały się też brutalniejsze przykłady tego zjawiska – dosłowne porywanie ludzi i robienie z nich niewolników czy też przymusowy werbunek do imperialnej armii.
Po tym, jak hiszpańscy koloniści bezceremonialnie okradali ludność Ameryki Południowej i zmuszali ją do pracy na plantacjach, zrozumiałe było pojawienie się tam opowieści o „białych diabłach”. Gdy później pojawiali się misjonarze oferujący pomoc i leki, trudno było im wyrównywać doznane krzywdy i zmienić nastawienie miejscowych mieszkańców.
Kompleks peryferii, czyli dlaczego Niemki są brzydkie, a Polki piękne
Trudno jest dokładnie zrekonstruować mity interioru. Eksterior, jako bardziej zasobny i rozwinięty, łatwiej tworzy wielkie opowieści o świecie i narzuca je innym. Jednak należy pamiętać, że każde centrum było kiedyś prowincją.
W czasach, gdy Ateny były miastem znajdującym się w orbicie innego hegemona, Krety, powstał mit o Minotaurze. Wspomina on o tym, jak Ateńczycy musieli co roku wysyłać swoich młodych rodaków do Knossos, gdzie trafiali oni do labiryntu, w którym znikali, pożerani przez mitycznego potwora.
Z perspektywy niewielkich wówczas Aten Kreta stanowiła centrum świata, była miejscem obcym, zawiłym i bezdusznym, w którym trudno było się odnaleźć i które, aby funkcjonować, domagało się ciągłych ofiar w postaci kwiatu ich młodzieży. Co ciekawe, zarówno Enkidu – metafora dzikiej prowincji, jak i Minotaur – syn władców stolicy, są przedstawieni jako istoty na wpół zwierzęce, jakby obie strony nie postrzegały siebie nawzajem jako pełnoprawnych ludzi.
Innym zjawiskiem charakterystycznym dla interioru jest tworzenie iluzorycznych wartości – tego, co Nietzsche nazwałby „resentymentem”. Ponieważ eksterior nie może konkurować z interiorem bogactwem i wpływami, to szuka innych, choćby iluzorycznych przewag, aby jakoś wyrównać swoją pozycję, przynajmniej na poziomie symbolicznym.
Przykładem tego mogą być nasze rodzime opowieści z lat 90. o tym, że Niemki są brzydsze, a Polki ładniejsze. Jest to mocno subiektywne, a więc trudne do zweryfikowania przekonanie, dające jednocześnie poczucie jakiejś rekompensaty za upośledzoną pozycję w tamtym systemie.
Także lokalna kultura peryferii jest dowartościowana przez nie same czasem wręcz w sposób metafizyczny, aby równać się z centralą. Lokalne potrawy, tańce czy przyroda są traktowane jako lepsze z samego faktu, że są własne.
Oczywiście prowincja ma autentyczne zalety i przewagi nad centrum. Jednak chodzi tutaj o pewne wyolbrzymione przekonania, które stają się kompensacyjnym mitem. To mechanizm obronny wobec nierówności: im trudniejsza rzeczywistość, tym silniejsza potrzeba dowartościowania się i nadania sensu własnemu położeniu.
Co ciekawe, interior jest też miejscem, które generuje pewną stabilną tożsamość i punkt odniesienia dla całego układu. Bowiem eksterior, ze względu na swoje kontakty ze światem zewnętrznym, ma tendencję do przejmowania obcych wzorców kulturowych, co jest obarczone ryzykiem rozpuszczenia się w nich i utraty swojej własnej tożsamości.
Jeśli bowiem chcielibyśmy zobaczyć prawdziwą „amerykańską kulturę”, to prędzej znajdziemy ją gdzieś w głębokim Midweście niż w Nowym Jorku, który, stając się tyglem kulturowym ludzi z całego globu, przestaje być reprezentatywny dla reszty USA.
Centrum nie może istnieć bez peryferii, a peryferie bez centrum
Tak więc zarówno centrum, jak i peryferie mają tendencję do zakrzywiania rzeczywistości. Dzieje się tak ze względu na potrzebę mentalnego przetworzenia systemowej nierównowagi między oboma obszarami. Rdzeń będzie tworzył mity tłumaczące jego uprzywilejowaną pozycję, natomiast peryferie będą się sztucznie dowartościowywać, aby wynagrodzić sobie swoje braki.
Ponieważ ten układ generuje tak wiele napięć, to można się zastanowić, czy warto w nim trwać. Skoro zarówno prowincja ma do centrum pretensje o to, że jest wykorzystywana, jak i centrum uważa, że musi utrzymywać resztę, to może powinni się rozejść.
Pomijając już opisane wcześniej problemy związane z takim bolesnym rozstaniem, wydaje się, że przed mechanizmem tym nie ma za bardzo ucieczki i jest on niejako wpisany w same relacje międzyludzkie.
Gdy bowiem rdzeń odcina się od peryferii, to w jego ramach zaczyna się tworzyć nowy rdzeń i nowe peryferie. Analogicznie jest w drugim przypadku. Na przykład wschód Cesarstwa Rzymskiego był prowincją podległą Wiecznemu Miastu. Gdy jednak doszło do podziału, to w ramach wschodniego cesarstwa wytworzyło się nowe centrum w Konstantynopolu ze swoimi własnymi prowincjami w postaci Egiptu czy Syrii.
Wydaje się, że taki nierówny podział, w którym spora część wspólnych zasobów trafia do jednego punktu, gdzie może najlepiej procentować, jest opłacalny dla obu stron; pod warunkiem, że potem dochodzi do sprawiedliwej redystrybucji na prowincję wytworzonego wspólnie bogactwa.
Dopóki obie strony wywiązują się ze swojego zobowiązania, taki układ może trwać. Jednak jeżeli te zasady są łamane lub nierównowaga jest zbyt duża, to wówczas zaczyna się rozpad, z którego rodzi się nowy podział i nowy kontrakt pomiędzy nowym centrum i jego obrzeżami.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.