Wieś za Polexitem? To bzdura. Rolnikom Unia Europejska się opłaca
Wieś nie jest antyunijna. Jest sfrustrowana, krytyczna i coraz bardziej zmęczona politycznymi sporami. Polexit to dla większości rolników absurd – realnym problemem jest brak państwowej strategii dla wsi i rolnictwa.
Mieszkańcy wsi lubią Unię bardziej niż miasta
Nie tak dawno polską opinię publiczną zelektryzowały wyniki sondażu zleconego przez francuską gazetę Le Grand Continent, badającą poparcie dla członkostwa w Unii Europejskiej wśród społeczeństw poszczególnych państw wspólnoty. Polska była krajem o drugim najwyższym udziale osób popierających wyjście z UE – 25% (wobec 69% popierających pozostanie).
Jednocześnie często kręcony jest spin, jakoby to przede wszystkim mieszkańcy wsi – i rzekomo zaczadzeni prawicową propagandą rolnicy – byli najgorętszymi zwolennikami Polexitu, w przeciwieństwie do proeuropejskich miast. Tyle tylko, że jest dokładnie odwrotnie, a głoszący takie tezy sami sobie wystawiają laurkę.
W ramach przeprowadzonego na zlecenie Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi badania „Polska Wieś i Rolnictwo 2024” ankietowanym (metoda CAPI) zadano pytanie, jak przedstawiciele tej grupy zagłosowaliby, gdyby dzisiaj odbyło się referendum za dołączeniem do Unii Europejskiej.
Wyniki? 59% za akcesją, 18% przeciw akcesji, 13% niezdecydowanych. Są to badania sprzed roku, ale wyniki są zbliżone do tych bardziej aktualnych. A po tak długiej i polaryzującej kampanii prezydenckiej, która w wielu miejscach ogniskowała się wokół Zielonego Ładu, migracji, „Fur Deustchland” i straszenia Polexitem z drugiej strony, o kilka pp. większy procent zarówno zwolenników, jak i przeciwników członkostwa Polski w UE, raczej nie powinien być dla nikogo zaskoczeniem. W 2003 r. „przeciw” zagłosowało 22,5%.
Idąc za wyborczą intuicją i partyjnymi spinami, opinia publiczna często – w myśl logiki polaryzacyjnej – utożsamia wyniki wyborów prezydenckich czy parlamentarnych ze stosunkiem danych grup społecznych do UE. Stąd już tylko krok do tezy o zacofanym ciemnogrodzie z prowincji, dążącym do Polexitu, czy vice versa – lewactwie z dużych miast. Taka hiperbolizacja nie byłaby niczym nadzwyczajnym, gdyby nie fakt, że dane mówią coś dokładnie odwrotnego.
Zgodnie z w/w badaniami na zlecenie MRiRW, więcej zwolenników Polexitu znajdziemy w miastach aniżeli na wsi. Ba – to samo ma zastosowanie do miast dużych, tj. powyżej 300 tysięcy mieszkańców. Analogicznie, mieszkańcy wsi są statystycznie bardziej euroentuzjastyczni.

Źródło: Raport „Polska wieś i rolnictwo 2024”
Co istotne – w omawianym badaniu pod pozycją „mieszkańcy wsi ogółem” rolnicy stanowią ponad połowę ankietowanych. W poprzednich edycjach badania analizowano również wyniki wyłącznie dla rolników i utrzymywały się one na poziomie zbliżonym do ogółu mieszkańców wsi.
Tezy o „eurosceptycznej wsi” czy „rolnikach żyjących z Unii, a będących przeciwko niej” są po prostu wyssane z palca. Choć zwolennicy Polexitu starają się bardzo wyraźnie zaznaczyć swoją obecność w środowiskach rolniczych i na protestach, to na koniec dnia są oni w wyraźnej mniejszości.
Polexit byłby dla polskich rolników gospodarczym samobójstwem
Ten pragmatyzm nie powinien być zresztą zaskoczeniem – jest on niejako wpisany w chłopskie DNA polskiej wsi. Prawdą jest, że krytycyzm wobec Unii Europejskiej jest dość powszechny i uzasadniony. Wielu gospodarzy pamięta kwoty mleczne czy ogromne różnice w wysokości dopłat względem rolników z Europy Zachodniej.
Krytyka części rozwiązań Europejskiego Zielonego Ładu, potencjalnej umowy z Mercosur, liberalizacji handlu z Ukrainą czy nadmiernej biurokracji jest jak najbardziej zrozumiała. Nie oznacza to jednak poparcia dla wychodzenia z Unii Europejskiej.
Ta bowiem jest najlepszym, co spotkało polskie rolnictwo od lat 40. ubiegłego wieku. Po dekadach nieudolnych prób kolektywizacji rolnictwa i dzikich latach 90., gdy byliśmy importerem żywności netto, to właśnie dostęp do jednolitego rynku w połączeniu z przyjęciem Wspólnej Polityki Rolnej były tymi czynnikami, które pozwoliły polskiej spożywce na tak imponujący rozwój.
W ciągu ostatnich dwóch dekad zbudowaliśmy w Polsce sektor w modelu drapieżnie wręcz eksportowym. W momencie akcesji do UE, eksport żywności był wart kilkanaście miliardów złotych. Dziś jest to ok 230 miliardów złotych – kilkunastokrotnie więcej. Polska jest w top 10 eksporterów żywności na świecie. Jesteśmy 3. globalnym eksporterem drobiu. Co więcej, mamy duży potencjał, żeby te wartości poprawić. Gdzie to wszystko sprzedajemy? W ponad 70%, właśnie do krajów Unii Europejskiej.
Odcięcie się od jednolitego rynku, czy jakiekolwiek igranie z dostępem do niego, byłoby pozbyciem się kury znoszącej złote jaja.
Paradoksalnie, bardzo istotna część polityków będąca w mniejszym lub większym stopniu orędownikami Polexitu prezentuje jednocześnie poglądy gospodarczo liberalne, wolnorynkowe, co siłą rzeczy oznacza focus na gospodarstwa duże, konkurencyjne na rynku, towarowe.
A to właśnie one w największym stopniu żyją z eksportu do UE. Dlatego też próżno szukać pośród organizacji rolniczych takich, które faktycznie nawoływałyby do wyjścia z UE. Z perspektywy producentów żywności, byłoby to po prostu pozbawione sensu.
Eurosceptyczny zwrot? Nie ten adres.
Oczywiście członkostwo w Unii Europejskiej ma swoje koszty. Swobodny przepływ kapitału istotnie ułatwia wywieranie presji na polskich rolnikach przez międzynarodowe koncerny spożywcze, co sezon dokładając kolejne cegiełki do procesu pełzającej korporatyzacji produkcji żywności.
Ze względu na prawo wspólnotowe Polska ma bardzo ograniczone możliwości chronienia rynku wewnętrznego. Do tego dochodzi wskazana wcześniej niekorzystna z naszego punktu widzenia polityka handlowa Komisji Europejskiej. Są to zjawiska budzące dużą frustrację wśród rolników, co część polityków prawej strony sceny politycznej zdaje się widzieć jako potencjalną okazję do zbicia paru punktów politycznych.
Tyle że jest to taktyka na dłuższą metę chybiona. Żadna partia polityczna nie zbuduje większości na wsi na antyeuropejskich hasłach z tego prostego powodu, że na wsi – w tym wśród rolników – zdecydowanie przeważają zwolennicy członkostwa Polski w Unii Europejskiej. Świadomi, krytyczni, sfrustrowani, ale realnie patrzący na rachunek zysków i strat. Na horyzoncie nie ma żadnej sensownej alternatywy, więc trzeba budować na tym co mamy.
Polska wieś i rolnictwo potrzebują realnego programu i długofalowej strategii rozwoju. 20 lat temu de facto oddelegowaliśmy naszą politykę rolną do Brukseli, własne działania w sporej mierze ograniczyliśmy do bieżącego zarządzania sektorem i reagowaniem na kryzysy. W obecnych uwarunkowaniach geopolitycznych jest to sytuacja niedopuszczalna.
Problem polega na tym, że duża część co bardziej rozochoconych polityków prawicy, tak chętnie żonglująca uniosceptyzycmem w swojej retoryce, nie ma do zaproponowania nic w zamian, działając w myśl zasady „jakoś to będzie”. Sęk w tym, że nie będzie.
Ta koncepcyjna pustka rodzi na wsi ogromną frustrację i staje się źródłem potencjalnego wzrostu popularności ugrupowań protestu. Nie chodzi jednak o dążenie do wyjścia z UE, lecz o chęć wywrócenia stolika na krajowym podwórku — ponieważ nikt dotąd nie potrafił zaprezentować polskiej wsi spójnego i sensownego planu.
Nie mają racji ani liberałowie widzący na wsi prapoczątek Polexitu, ani część prawicy oczekująca, że ta emocja da im zwycięstwo wyborcze. Odpowiedzią na radykalizację nastrojów nie powinna być radykalizacja przekazu, tylko sumienna praca intelektualna, wypracowanie rozwiązań i umiejętność dowiezienia rezultatów. A to zadanie znacznie trudniejsze, niż zrzucenie całej winy na Brukselę.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.