Tomasz Stawiszyński zna lekarstwo na pseudonaukę i pychę naukowców
Filozof i publicysta Tomasz Stawiszyński w swoim najnowszym eseju Ćwiczenia z dysonansu zaprasza wszystkich do wspólnego treningu. Tylko w jaki sposób powinniśmy ćwiczyć, by nie nabawić się kontuzji? Szczególnie wtedy, gdy sprawa dotyczy nauki albo pseudonauki.
W skrócie: chcąc uchronić nas przed dewastującą jakość życia społecznego polaryzacją Stawiszyński – w ramach autorskiego planu treningowego – proponuje, by nie zapisywać się do podzielonych na zwalczające się i konkurujące ze sobą frakcje, być nieustannie otwartym na rozmowy z osobami myślącymi inaczej, nawet wtedy, gdy ci jedynie słuszni i poprawni uznają to za występek przeciwko publicznej moralności.
Zaleca, by nie demonizować ludzi o odmiennym od naszego światopoglądu, nie celebrować poczucia wyższości w hermetycznych gronach, nie zamykać się w bańkach, gdzie dominują wzajemna adoracja i niechęć wobec innych wrażliwości. Nie przyłączać się do wirtualnych linczów i nie zasilać chóru facebookowych czekistów tropiących odstępstwa od tej czy innej poprawnościowej ortodoksji.
Jednym słowem – zachęca filozof – nie bójmy się dysonansu. Ćwiczenia te – jak dodaje – są skrojone dla każdego. A mnie tymczasem zaczęło coś strzykać już przy pierwszym treningu, jaki wykonałem, stojąc na polu nauki.
Żurnalista testuje Stawiszyńskiego
U Żurnalisty – w najpopularniejszym podcaście w Polsce, ginekolog-położnik dr n. med. Tadeusz Oleszczuk sugeruje, że kurkuminą można wyleczyć boreliozę, a przy innej okazji głosi tezę, że depresja „zaczyna się w stanie zapalnym przewodu pokarmowego”.
Gościem innego chętnie odwiedzanego kanału prowadzonego przez Cypriana Majchera jest wieloletni wykładowca Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego prof. Andrzej Frydrychowski. Naukowiec przekonuje słuchaczy, że „przyczyną chorób nowotworowych na pewno są pasożyty”, które można „rozbić niczym kryształ” przy pomocy terapii biorezonansem.
Na innym kanale, skądinąd znanego ze swojej rzetelności dziennikarza politycznego Bogdana Rymanowskiego, głos otrzymuje prof. Grażyna Cichosz. W czasie trwającej blisko 1,5 godziny technolog żywności i specjalistka od bezpieczeństwa żywienia, autorka licznych publikacji i opracowań naukowych, wskazuje że szczepienia są powodem autyzmu, soja może prowadzić do samobójstw i chorób psychicznych, a oleje roślinne są rakotwórcze.
Rymanowski niedługo później daje przestrzeń wypowiedzi dr. n. med. Norbertowi Szalusiowi, który w leczeniu chorób nowotworowych proponuje terapię z użyciem wlewów z witaminy C.
W tych i podobnych rozmowach, obok wielu skądinąd słusznych spostrzeżeń i wniosków, formułowane są tezy sprzeczne z obowiązującym konsensusem naukowym, niezmącone większymi wątpliwościami, trudnymi pytaniami czy stanowczym sprzeciwem ze strony prowadzących.
Głoszą je ludzie legitymujący się stopniami naukowymi, na co dzień – wydawałoby się – odwołujący się do empirii, logiki i rozumu. W ten sposób – jako laicy – zostajemy wprowadzeni w stan dysonansu. Trening Stawiszyńskiego moglibyśmy więc uznać za wykonany. Czy jednak o taki rodzaj ćwiczeń chodzi filozofowi?
Wolność słowa vs konsensus naukowy
Publiczne wypowiedzi przedstawicieli świata nauki sprzeczne z aktualnym stanem akademickiej wiedzy, biją rekordy popularności. Napędza ją spór jaki wywołują w dyskursie publicznym. Jedni nazywają głoszących kontrowersyjne tezy szarlatanami, którzy żerują na desperacji przewlekle chorych pacjentów. Równocześnie zarzucają gospodarzom podcastów nieetyczną pogoń za (monetyzowanymi) popularnością i wyświetlaniami.
Druga strona broni zarówno gości, jak i prowadzących, odwołując się do kategorii „wolności słowa”, oznaczającej w tym wypadku możliwość nieskrępowanej prezentacji każdego, nawet najbardziej kontrowersyjnego i szkodliwego poglądu.
Jednym słowem – zgodnie z mechanizmem opisanym w Ćwiczeniach z dysonansu – spór o granice między nauką a pseudonauką oraz prawo do komunikowania się bez cenzury, zostaje wchłonięty przez spolaryzowane pola, uniemożliwiając merytoryczną dyskusję. Może więc proponowany przez Stawiszyńskiego plan treningowy zwyczajnie nie sprawdza się na naukowym polu?
Zatkajmy na moment uszy, wyciszając kakofonię okrzyków oburzenia (jednej i drugiej strony) i postawmy pytanie: czy w tej historii jest „coś pośrodku”; czy istnieje „trzecia droga”, którą warto podążyć?
Co zrobić, by w świecie pełnym fake newsów i teorii spiskowych nie osłabiać naukowego paradygmatu, nie podważać znaczenia metody naukowej, nie deprecjonować rozumu, a jednocześnie nie zapominać, że nauka ostatecznie jest tylko (i aż) niczym golem z mitologii żydowskiej.
Bywa potężna, zazwyczaj słucha naszych rozkazów, wykonuje za nas rozmaite zadania, ale potrafi być też niezdarna i niebezpieczna. A kiedy wymknie się spod kontroli, może nawet zniszczyć swojego pana.
Nauka jak golem – jest głupia
Metaforą nauki jako golema posłużyli się socjolodzy Harry Collins i Trevor Pinch. W swoim wywodzie zaprezentowanym w książce The Golem: What You Should Know about Science przypominali, że zgodnie ze średniowieczną tradycją potwora stworzonego przez człowieka z gliny i wody ożywiało wypisane na jego czole hebrajskie słowo emeth, oznaczające prawdę. „To prawda go poruszała. Nie znaczy to wszakże, że rozumiał on prawdę – przeciwnie, daleko mu było do tego”.
Collins i Pinch udowadniali, że golem-nauka, nie jest istotą złą, lecz tylko trochę głupią. Nie należy więc stwora oskarżać za jego błędy – wynikają one bowiem z nas samych, naszych decyzji i przekonań. „Nie powinniśmy wszakże oczekiwać od niego zbyt wiele. Golem, jakkolwiek potężny, jest wytworem naszej sztuki, naszego rzemiosła”.
Posługując się przykładami eksperymentów oraz naukowych teorii brytyjscy socjolodzy przekonywali, że – nierzadko wbrew opinii samego środowiska uczonych – nauka zawsze była i będzie uwikłana w analizy filozoficzne, samozadowolenie, przesądy, mity i hagiografię.
Współcześni badacze – wobec otaczającej nas zewsząd pseudonauki (chętnie ubierającej się w szaty nauki) – i jest to na swój sposób zrozumiały mechanizm obronny, zbyt często zapominają o naturze golema. Zapisując się do jednego z obozów, wyśmiewają wszystko, co nie należy do kanonu, wytykają palcem niedouczonych, szurów i foliarzy.
Z wyższościowym przekonaniem o wyjątkowej roli społecznej, jaką pełnią, abdykują z cierpliwego wyjaśniania i wchodzenia w dialog. Wypierają ograniczenia stworzonego przez człowieka stwora. Zapominają też, że sami mogą nim źle pokierować, zapędzając golema w ślepe zaułki i trudne do pokonania przeszkody.
Naukowcy nie są odporni na pułapki rozumu
O tym, że golem bywa nieprzewidywalny i łatwo może zboczyć z – wydawałoby się – utartych szlaków naukowej metodologii, przekonał się swojego czasu brytyjski fizyk John Gerald Taylor. Z doktoratem zrobionym w Cambridge, bestsellerem Black Holes: The End of the Universe? na koncie, licznymi występami w mediach, Taylor był swego czasu jednym z najpopularniejszych naukowców w Wielkiej Brytanii.
W pewnym momencie – pod wpływem spotkania z Uri Gellerem, który w programie na żywo zaczął zginać łyżeczki jedynie przy pomocy siły własnego umysłu (tak przynajmniej twierdził), Taylor zaczął badać zjawisko postrzegania pozazmysłowego, szybko stając się pośmiewiskiem w akademickim świecie. Po pięciu latach nie przynoszących jakichkolwiek pozytywnych rezultatów eksperymentach, radykalnie odrzucił przyjęte początkowo hipotezy.
To, w jaki sposób dał się złapać w „naukową pułapkę parapsychologii”, dokładnie opisał w wydanej w 1980 r. książce Science and the Supernatural: An Investigation of Paranormal Phenomena. „Przez zmianę poglądów nie próbuję odzyskać żadnej utraconej »godności« naukowej. To prowadzone przez kilka lat stałe badania nad wieloma osobami sensytywnymi zmusiły mnie do radykalnego zrewidowania moich wcześniejszych przekonań na temat tego, co paranormalne” – podkreślał.
Zapomniana misja naukowców
Historia Taylora udowadnia, że golem-nauka doskonale wpisuje się w kategorię ćwiczeń z dysonansu rozpisanych przez Stawiszyńskiego. Naukowiec nieustająco powinien wątpić w trwałość postawionych przez poprzednie pokolenia badaczy naukowych fundamentów, podważać własne ustalenia, weryfikować wyniki eksperymentów prowadzonych przez koleżanki i kolegów po fachu, oglądać badane zjawisko z każdej możliwej strony. Być otwartym na błąd. I mieć odwagę się do niego przyznać. Jednym słowem ćwiczyć się w dysonansie.
Traktowanie wiedzy naukowej jako prawdy objawionej, a uczonych niczym kapłanów decydujących o tym, co jest, a co nie jest naukową herezją, prawdziwej nauce (która w swej istocie nieustanie powinna poszukiwać prawdy) zwyczajnie nie służy; zniechęca do niej, nierzadko wpychając w ręce szarlatanów.
Ludzie, których próbuje się przekonać, że naukowcy są nieomylni, a ich dokonania mogą być lekarstwem na zło całego świata, prędzej czy później nauką się rozczarują. A stąd już krótka droga do bycia zwolennikiem i propagatorem różnej maści teorii spiskowych.
W planie treningowym zaproponowanym przez Stawiszyńskiego, będącym niczym innym jak metodą dochodzenia do prawdy, kluczowe nie jest ani relatywizowanie rzeczywistości, ani bezrefleksyjne wsłuchiwanie się w każdy możliwy pogląd i przyjmowanie go za własny, ale dyskusja – odbywająca się na określonych zasadach – w ramach której dwie strony prowadzą ze sobą (nawet jeśli wychodzą ze skrajnie różnych pozycji) dialog.
Tak, by na końcu jego uczestnicy oraz odbiorcy mogli ocenić, czyja opowieść, postawione tezy i wygłoszone opinie okazały się lepiej uzasadnione. Bo, jak pisze Stawiszyński, tylko taka racjonalna dyskusja nie powiedzie nas do przemocy, lecz do kontaktu z rzeczywistością.
A za przykład (wielokrotnie przez filozofa przytaczany) niech posłuży kilkugodzinna debata w podcaście Joe Rogana między archeologiem Flintem Dibble i Grahamem Hancockiem, autorem pseudonaukowej tezy o istnieniu zaawansowanej cywilizacji epoki lodowcowej, z której zwycięsko wyszedł ten pierwszy.
Naukowcy nie powinni ograniczać się do publikowania pełnych oburzenia oświadczeń i zamykać się w bańkach fact-checkerów, ale także aktywnie uczestniczyć w dyskusjach, w których mogliby skonfrontować się twarzą w twarz z przedstawicielami pseudonauki albo utytułowanymi badaczami, którzy jednocześnie są wyrazicielami poglądów niemieszczących się w naukowym konsensusie. Pytanie tylko czy takie propozycje w ogóle otrzymują?
Tutaj z kolei odpowiedni zestaw ćwiczeń z dysonansu powinni wykonać publicyści i podcasterzy, którzy mają wszelkie narzędzia ku temu, by odczarować rolę ekspertów w debacie publicznej. To od nich bowiem zależy, czy do swojej rozmowy zaproszą tylko jedną stronę, a nawet jeśli zdecydują się na formułę „jeden na jeden”, czy będą odpowiednio przygotowani i, gdy usłyszą oczywistą nieprawdę, zdobędą się na odwagę (a może po prostu wykażą wolę), by zaprotestować.
W przywołanych na początku rozmowach z dr. Oleszczukiem, prof. Frydrychowskim czy prof. Cichosz, nie doszło do realnej wymiany poglądów kluczowej w treningu z dysonansu. Formuła rozmowy na temat spraw fundamentalnych, w której gość podcastu może w sposób nieskrępowany głosić kontrowersyjne, a niekiedy szkodliwe dla zdrowia i życia człowieka tezy, pogłębia jedynie rów oddzielający dwie obrzucające się inwektywami i przypisujące sobie nawzajem najgorsze cechy strony.
I w końcu, co my, jako odbiorcy tych treści, możemy zrobić? Pamiętając o naturze golema-nauki, ćwiczmy się w dysonansie. Ale róbmy to z głową i zgodnie z planem treningowym. Tylko w ten sposób uchronimy się przed kontuzją.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.