Gonić frajerów i niech żyją patologie. Rząd nie ma pomysłu na reformę świata pracy
Po fali oburzenia ze strony pracodawców rząd Donalda Tuska wybił zęby projektowi reformy Państwowej Inspekcji Pracy. Dyskusja wokół zmian w świecie pracy pokazuje, że nikt nie ma pomysłu, jak go urządzić.
Kelner na zleceniu
Segmentacja rynku pracy – tym branżowym terminem określono w „kamieniach milowych” Krajowego Planu Odbudowy problem, który chciano, byśmy rozwiązali. Owa segmentacja oznacza sytuację, w której przepisy prawa pracy w praktyce nie dotyczą dużych grup społecznych, ponieważ są one zatrudnione w oparciu o inny rodzaj umowy.
Nikogo nie dziwi już, że pracownik gastronomii zobowiązuje się do pracy w narzuconych przez firmę godzinach w z góry określonym miejscu, wykonuje powierzone mu zadania pod nadzorem przełożonego… w oparciu o umowę o świadczenie usług bądź zlecenia.
Nie jest również zaskoczeniem, gdy informatyk na co dzień programuje dla jednego przedsiębiorstwa, przy wykorzystaniu jego infrastruktury i narzędzi, stosując się do udzielanych poleceń, za co wystawia co miesiąc fakturę. Podobnie sprawa ma się z wieloma lekarzami-przedsiębiorcami.
Zasady przewidziane w prawie pracy – takie jak urlopy, zwolnienia chorobowe, rozliczanie nadgodzin – bywają w ramach tej współpracy stosowane, ale zależą jedynie od dobrej woli „zleceniodawcy”. Gdy współpraca przestanie mu się opłacać, może rozwiązać taką umowę z dnia na dzień.
To obchodzenie prawa pracy jest wynagradzane przez nasz system podatkowo-składkowy. W zależności od rodzaju umowy, jesteśmy zobowiązani do odprowadzania innych składek, co przekłada się na inną kwotę otrzymaną netto.
Progresja podatkowa również nie dotyczy osób samozatrudnionych. Chcąc wspierać przedsiębiorczość, zgodziliśmy się na preferencyjne względem pracowników warunki dla samozatrudnionych i zleceniobiorców.
Część winy za to można zrzucić na rząd Leszka Millera. Zaproponował on „pożyczony” od Platformy Obywatelskiej podatek liniowy, ale tylko dla przedsiębiorców. W 2003 roku za tą reformą głosował nie tylko Sojusz Lewicy Demokratycznej, ale także Platforma Obywatelska i Polskie Stronnictwo Ludowe.
Historię tę przywołuje w wywiadzie z OKO.press ekonomistka Justyna Klejdysz. Przegłosowana ponad dwie dekady temu zmiana w praktyce sprawiała, że jeżeli ktoś osiąga wyższe dochody, to może nie płacić podwyższonej stawki podatku dochodowego, pod warunkiem, że będzie świadczył swoje usługi jako przedsiębiorca.
Wprawdzie Kodeks pracy opisuje, kiedy współpraca musi być zawarta w formie umowy o pracę, ale sądy analizując poszczególne przypadki, biorą pod uwagę swobodę stron w zawieraniu umowy na najbardziej opłacalnych zasadach.
Miała być reforma, będzie pokazówka
Rząd Mateusza Morawieckiego zobowiązał się w zamian za pieniądze z unijnego programu Repower.EU zmniejszyć skalę segmentacji rynku pracy. Krokiem w tym kierunku miało być objęcie umów o dzieło obowiązkowymi składkami na rzecz Zakładu Ubezpieczeń Społecznych.
Z jednej strony, zmniejszyłoby to zachętę do nadużywania tego rodzaju umów, z drugiej zaś – zapewniłoby wykonującym je osobom świadczenia z ZUS-u. W obawie przed gniewem osób zmuszonych do odprowadzania składek, rząd Donalda Tuska wynegocjował modyfikację tego „kamienia milowego” na zwiększenie uprawnień Państwowej Inspekcji Pracy – zamianę umów poszczególnych osób w kontrolowanej firmie na umowę o pracę na mocy decyzji administracyjnej.
Jednak po oburzeniu przedsiębiorców i niektórych koalicjantów stanęło na tym, że taka decyzja nie będzie wywierać skutków wstecznych i nie będzie mieć rygoru natychmiastowej wykonalności.
Rząd zdecydował się na rezygnację z małej, ale systemowej reformy, w zamian proponując pokazowe kontrole w wybranych przedsiębiorstwach i surowość dla wybranych. Ci, których kontrola nie obejmie, będą mogli dalej korzystać z nieuczciwej przewagi nad konkurencją.
Z kolei ci, którzy wystraszą się konsekwencji i zaczną zatrudniać pracowników zgodnie z prawem, okażą się „frajerami”, opłacając pracownikom zabezpieczenie na przyszłość, zamiast zostawić sobie te pieniądze w kieszeni.
Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej oraz kierownictwo Państwowej Inspekcji Pracy zapowiadają wzmożone, ale też dobrze zaplanowane kontrole wybranych sektorów gospodarki. Dotychczas nieuczciwi pracodawcy mogli niewiele sobie robić z ryzyka konsekwencji za omijanie prawa pracy.
Według sprawozdania PIP za 2024 rok, skontrolowano niecałe 40 tysięcy umów cywilnoprawnych. Zakwestionowano pod kątem istnienia stosunku pracy 3,6 proc. z nich, w tym zaledwie 22 umowy o dzieło i 3 przykłady samozatrudnienia.
Bardziej intensywne kontrole w nadchodzącym roku miały być sfinansowane z radykalnego zwiększenia budżetu PIP. Jednak w związku z napiętą sytuacją w finansach publicznych, podwyżkę na przyszły rok zmniejszono w Sejmie do niecałych 12 proc. w porównaniu do roku 2025. Rzeczą trudną do zrozumienia dla postronnego obserwatora jest to, dlaczego dopiero teraz przy typowaniu firm do kontroli mają być wykorzystywane dane z innych instytucji państwowych jak ZUS czy KAS.
Chaos i hipokryzja
Reforma została źle odebrana wśród wielu przedsiębiorców, chociaż nie zawsze z oczywistych powodów. Federacja Przedsiębiorców Polskich wytyka kolejnym rządom premiowanie świadczenia usług jako jednoosobowa działalność gospodarcza poprzez kolejne zwolnienia (ulga na start, mały ZUS+, wakacje składkowe), czyniąc biznes zatrudniający „na etat” mniej konkurencyjnym.
Państwo jednocześnie zachęca do rozliczania się jako działalność gospodarcza i próbuje walczyć z nadużywaniem przyznawanych korzyści. Można odnieść wrażenie, że ktoś źle zrozumiał biblijną wskazówkę, „niech nie wie lewa ręka, co czyni prawa”. Ręce naszego państwa wiosłują w przeciwnych kierunkach.
Komunikację na ten temat prowadzą fatalnie niemal wszystkie siły polityczne. Dla nikogo nie powinno być zaskoczeniem, że ucywilizowanie zasad świata pracy spotyka się z gniewem ze strony Konfederacji, a Koalicja Obywatelska i PSL walczą o utrzymanie przywilejów dla samozatrudnionych. Jednak również Mateusz Morawiecki, który sam w negocjacjach z Komisją Europejską zgodził się, że fragmentacja polskiego rynku pracy wymaga uzdrowienia, próbuje atakować rząd jako rzucający Polakom kłody pod nogi.
Ilustruje to infografiką, ile kto straci wskutek reform. Najbardziej poszkodowane mogą być osoby poniżej 26. roku życia zarabiające na umowie zlecenia ponad 10 tysięcy złotych miesięcznie. Nie idzie za tym głębsza refleksja architekta „Polskiego Ładu”, skąd brać pieniądze w budżecie i jak rozłożyć ciężary.
🟥 Nadchodzi największa obniżka płac w III RP – firmowana przez Donalda Tuska❗️
🟥 Ta grafika pokazuje czarno na białym: pracownik może stracić nawet ponad 2️⃣ tysiące złotych miesięcznie!
🟥 Zmiana ustawy o Państwowej Inspekcji Pracy to uderzenie jednocześnie w pracowników i… pic.twitter.com/V9JwSgMtAr— Mateusz Morawiecki (@MorawieckiM) December 9, 2025
Oczywiście nie czerpię żadnej satysfakcji z domagania obciążeń dla drobnych rzemieślników, osób żyjących od zlecenia do zlecenia i samozatrudnionych „ciułaczy”. Jednak najważniejsze w kształtowaniu obowiązków wobec państwa powinno być, kto ile jest w stanie udźwignąć i jak kształtować warunki do rozwoju gospodarczego, a nie jaki nagłówek nosi umowa, w oparciu o którą zarabiamy na chleb.
Niejednej kontrowersyjnej reformy i zrywu instytucji państwowych nie potrzebowalibyśmy, gdyby zasady, jakim podlegamy, były bardziej jednolite i nie zmuszały nas do obchodzenia obowiązujących przepisów.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.
