Leszek Miller plecie, a prawica się cieszy. Prawda o Ukraińcach leży gdzie indziej
Polacy nie mają problemu z Ukraińcami jako takimi. Mają problem z ukraińską wersją strony gov.pl, ukraińskimi flagami na urzędach czy ukraińskim lektorem w polskiej komunikacji miejskiej. Wbrew popularnym narracjom także polska prawica nie składa się z Ukrainożerców. Warto więc, żeby przestała słuchać postkomunisty Millera.
Leszek Miller ma talent do formułowania zdań, które, choć wypowiedziane mimochodem, trafiają w samo centrum politycznych emocji.
Tak było, gdy stwierdził, że najważniejszym kamieniem milowym w kontekście odblokowania przez Unię Europejską środków z KPO było oddanie władzy przez PiS w ręce Donalda Tuska. Tak jest i teraz, gdy ku uciesze niektórych prawicowców mówi w „Do Rzeczy”: „lepiej być ruską onucą niż banderowskim pampersem”.
Przeciwstawienie „ruska onuca vs banderowski pampers” dobrze oddaje emocje polskiej debaty publicznej. Nie znaczy to jednak, że bon mot byłego premiera należy uznać za szczególnie mądry (może za wyjątkiem oczywistego faktu, że nazywanie kogoś ruską onucą jest konstruteczne). Po pierwsze, sam Miller jako postkomunista nie jest specjalnie wiarygodny w ocenianiu, kto jest, a kto nie jest lojalny wobec Moskwy.
Po drugie, istnieje fałszywa narracja, która od miesięcy wciska ludziom do głów jedną tezę: Polacy masowo nie cierpią Ukraińców. Komentariat powtarza to jak zaklęcie. Lewica – bo to wygodne. Prawica – bo to łatwe paliwo. Media – bo konflikt się klika. Tylko że to dużo bardziej skomplikowane.
Polacy w swojej ogromnej większości nie mają problemu z Ukraińcami jako takimi. Żyjemy obok siebie normalnie, często z sympatią. Ukraińcy pracują tam, gdzie coraz mniej chcą pracować Polacy – w sklepach, gastronomii, na stacjach benzynowych. Nie ma masowych aktów przemocy, nie ma spontanicznych wybuchów wrogości na ulicach.
Jeśli Polacy się na coś wściekają, to nie na Ukraińców, tylko na Polaków, którzy zrobili z cnoty gościnności rodzaj kiczowatego przedstawienia, który – jeśli odrzucony – zamienia się w histerię. Na tych ludzi, którzy wywieszają ukraińskie flagi na polskich urzędach, jakby chcieli udowodnić własną moralną wyższość. Na tych, którzy wprowadzają ukraiński jako drugi język w biletomatach, jakby komunikacja miejska była narzędziem terapii międzykulturowej etc.
Na tych, którzy poprawiają ludzi mówiących „na Ukrainie”, bo przecież teraz wypada mówić „w”.To jest irytacja na własną nadgorliwość, nie na ukraińską obecność, chociaż to na niej może odbijać się owa emocja, czyniąc z naszych wschodnich sąsiadów kozła ofiarnego.
Polacy noszą w sobie dumne poczucie gospodarza: jeśli ktoś jest u nas gościem – jest mile widziany, ale język urzędowy jest nasz, a państwo również na poziomie symbolicznym ma być państwem polskim.
Problem zaczyna się wtedy, gdy polskie elity wolą zachwycić się własną wrażliwością, niż załatwić cokolwiek w relacjach z Kijowem. To nie Ukraińcy irytują Polaków, lecz polska bezsilność. Po czterech latach wojny Polska nie potrafi wywalczyć swoich interesów ani w sprawach gospodarczych, ani historycznych, ani politycznych.
A w zamian od początku oferuje się nam symboliczny kicz – flagi, języki, komunikaty, gesty. Ukraińcy nie potrzebują od nas gestów. Potrzebują broni i pieniędzy. A ci, którzy przyjechali pracować, chcą po prostu spokoju i normalności.
Ostatnio miałem remont mieszkania. Ekipa – legalnie działająca, cała ukraińska. Uczciwi, rzetelni ludzie. Gdy proponowałem, że zamiast czterech mogą wystawić mi jedną fakturę, żeby nie zwiększać kosztów księgowych i komplikować rozliczenia, ukraiński majster wskazał na ulicę i powiedział: „Widzi pan te chodniki i drogi? To z podatków. Jest porządek, dlatego płacę”. Facet z większym instynktem państwowym niż pewna część polskiego społeczeństwa.
Krótko po tej sytuacji wpadłem na Górny Śląsk i pojechałem Kolejami Śląskimi. I nagle słyszę: polska nazwa stacji, a za chwilę identyczna nazwa, tylko przeczytana ukraińskim akcentem. Zero sensu, sto procent kiczu. Nie praktyka, tylko sygnał: patrzcie, jesteśmy tacy gościnni. Tylko po co?
Konfederacja na początku wyczuła tę emocję – nie z gruntu antyukraińską, tylko godnościową. Ale, jak to Konfederacja ma w zwyczaju, przegrzała temat. Dziś ta agenda męczy nawet ludzi, którzy wcześniej byli im życzliwi. Bo Polacy nie chcą ukrainożerstwa, tylko trzeźwości. Chcą państwa, które zachowuje godność, szanuje pracujących Ukraińców, ale przede wszystkim szanuje samo siebie.
Prawicowa narracja, jeśli chce być skuteczna, musi zerwać z fałszywą opozycją podpowiadaną przez postkomunistę Millera: albo jesteś „ruską onucą”, albo „banderowskim pampersem”. Prawdziwa postawa, która ma dziś największy potencjał polityczny, brzmi: nie jesteśmy ani jednym, ani drugim – jesteśmy gospodarzami u siebie, mniejszości tolerujemy, a z ukraińskimi elitami umiemy robić dobre dla Polski deale.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.