Jedna czwarta Polaków popiera Polexit? Unia Europejska nie jest bez winy
Grzegorz Braun i Janusz Korwin-Mikke w tłumie zwolenników; źródło: zrzut ekranu z https://www.youtube.com/watch?v=2JdzWs4YNBU
Jak wynika z ostatnich badań, nastroje polexitowe przebiły nad Wisłą 25 proc. poparcia. Eurosceptycy nie mają dobrego pomysłu na zmiany wewnątrz Wspólnoty, a euroentuzjaści nie widzą realnych problemów, głównego zagrożenia dopatrując się w populizmie.
Co czwarty Polak za wyjściem z Unii?
W ubiegłym tygodniu polskie media obiegła informacja o tym, że szokująco zmieniają się dane na temat stosunku Polaków do Unii Europejskiej. Z opublikowanego przez „Gazetę Wyborczą” sondażu wynika, że już 25 proc. społeczeństwa jest za tym, żeby Polska opuściła Wspólnotę.

Badanie, które cytowała „Wyborcza” nazywa się Eurobazooka, i w pierwszej chwili podszedłem do niego z rezerwą. Zdając sobie sprawę z rosnącego – także w Polsce – eurosceptycyzmu, poparcie dla Polexitu na poziomie ¼ ankietowanych wydał mi się podejrzany.
Gdy zacząłem przeglądać inne badania, okazało się, że w ostatnim czasie podobnych sondaży opublikowano kilka. Obok francuskiej Eurobazooki mamy choćby brytyjski sondaż YouGov, który również przyjrzał się poparciu dla Unii w różnych krajach Wspólnoty. Wniosek pozostaje jednak ten sam – ¼ Polaków popiera wyjście Polski z UE.

Podobny poziom sceptycyzmu względem Unii w Polsce wskazuje też międzynarodowy sondaż IPSOS.

Wszystkie badania przeprowadzono jesienią tego roku. To zmiana o tyle zaskakująca, że jeszcze niedawno szczyciliśmy się faktem, że Polacy są liderem euroentuzjazmu, podczas gdy w innych państwach antyeuropejskie nastroje rosły w siłę, a partie „exitowe” wychodziły z roli politycznej efemerydy.
Argument „z pieniędzy” nie działa?
Co doprowadziło do zmiany tego stanu rzeczy? Nie sądzę, by był to efekt decyzji TSUE dotyczącej konieczności przez nasze prawo rejestracji para-małżeństw homoseksualnych, ale inne tegoroczne wydarzenie dołożyło się w niemałym stopniu do tych nastrojów.
Mam na myśli wakacyjny spór o wydawanie środków z Krajowego Planu Odbudowy, kiedy to opinia publiczna dowiedziała się, że pieniądze na gastronomię i hotelarstwo poszły na jachty i ekspresy do kawy. Zostawiając na boku merytoryczną ocenę afery KPO oraz fakt, że był to news z sezonu ogórkowego, to sądzę, że ta sprawa naruszyła jeden z fundamentów myślenia Polaków o Unii Europejskiej.
Nawet bowiem jeśli mieliśmy do Wspólnoty liczne zastrzeżenia, to za kluczowy jej walor uznawaliśmy potężny zastrzyk pieniędzy, który potrzebne jest polskiemu biznesowi i samorządom. Gdy wybuchła afera związana z wątpliwymi inwestycjami finansowanymi z KPO, to część Polaków mogła pomyśleć, że argument „z pieniędzy” traci na mocy.
Paweł Musiałek postawił wówczas tezę, że historia pieniędzy z KPO będzie wielkim prezentem dla Grzegorza Brauna. Jeśli spojrzymy sobie na dzisiejsze sondaże, w których jego Konfederacja Korony Polskiej dobija do 10 proc. poparcia, to widzimy, że chyba się nie mylił.
Niedoceniania europejskość lubi się mścić
Drugim powodem są narracje polityczne, które zadziałały niczym samospełniająca się przepowiednia. W niektórych badaniach, które cytowałem, zapytano respondentów o ich preferencje partyjne. Okazało się, że aż 48 proc. wyborów Prawa i Sprawiedliwości popiera opuszczenie Unii Europejskiej. To kolejny duży, niespodziewany wzrost.
Dotychczas bowiem zarówno PiS, jak i de facto Konfederacja prezentowały umiarkowane, eurorealistyczne podejście do uczestnictwa we Wspólnocie. Było dużo krytyki, ale bez otwartych nawoływań do opuszczenia Unii. Jednocześnie liberalny mainstream przez lata straszył prawicą jako środowiskiem, które o niczym innym nie marzy tak bardzo, jak o Polexicie.
Zamiast docenić, że polscy krytycy Unii nie formułowali postulatów wyjścia z niej, robiono z PiS-u i Konfederacji antyunijnych „niegrzecznych chłopców”, porównując te partie do jawnie exitowych formacji z Zachodu Europy. Skończyło się to powstaniem formacji Brauna, która bez owijania w bawełnę chce wyjścia z Unii.
Kamieniem węgielnym owej zmiany nastrojów i dopełnieniem się przepowiedni było zachowanie unijnych urzędników. W jednym z wyżej wymienionych badań pojawiło się pytanie szczegółowe i okazało się, że spośród tych 25 proc. jawnych eurosceptyków większość deklaruje, że byłaby skłonna zmienić swoje zdanie o UE, gdyby Wspólnota działała inaczej niż do tej pory.

Problem polega na tym, że ani eurosceptycy, ani euroentuzjaści nie mają pomysłu, co można by zmienić w jej funkcjonowaniu. Ci pierwsi od lat mówią o zmianie, ale na tym się kończy. Przypominałem o tym wielokrotnie, jeszcze za rządów PiS-u, że to Jarosław Kaczyński zadeklarował przed laty, że ma w szufladzie projekt nowego traktatu europejskiego napisany przez eksperta i będzie na unijnym forum zabiegał o jego uchwalenie.
Tymczasem przez 8 lat rządów PiS-u zajmowaliśmy się partykularnymi kłótniami o pieniądze albo granice interwencji w polskie sprawy. Nie zainicjowano żadnej poważnej dyskusji nad systemową zmianą funkcjonowania Unii.
Nierówne boisko z nieuczciwym sędzią
Nie lepiej wygląda to po stronie euroentuzjastów. Wśród tej grupy brakuje nawet refleksji na temat tego, gdzie leży problem. W zeszłym tygodniu miałem okazję wziąć udział jako prelegent w debacie zorganizowanej przez Przedstawicielstwo Komisji Europejskiej w Polsce w partnerstwie z Parlamentem Europejskim.
Komentowałem tam najnowszy pomysł Unii Europejskiej, czyli tzw. Europejską Tarczę Demokracji. Jest to dokument Komisji Europejskiej, który zawiera zestaw rozwiązań które mają sprawić, że UE będzie – jak nazwa wskazuje – sprawniej bronić demokracji, np. poprzez walkę z dezinformacją.
W panelu był ze mną m.in. europoseł Koalicji Obywatelskiej Michał Wawrykiewicz, niegdyś aktywista Wolnych Sądów. Mój współrozmówca w dużym skrócie zaczął od tego, że największym zagrożeniem dla europejskich demokracji są populiści, którzy niestety wygrywają wybory i próbują urządzić swoje państwa zgodnie z wolą wyborców.
To właśnie kluczowy problem z liberałami – fakt, że za defekt systemu uznają fakt, że elektorat wybiera nie tych polityków, którym oni kibicują. Największe wyzwanie stojące przed Unią polega dziś na tym, że duża część jej elit, mając na szali demokrację i liberalizm, stawia na to drugie.
Uważam, że wielu z deklarujących dziś poparcie dla Grzegorza Brauna jeszcze niedawno myśleli o Unii podobnie jak Jarosław Kaczyński czy Karol Nawrocki, którzy podkreślają, że miejsce Polski jest we Wspólnocie, którą należy zreformować, a nie opuszczać.
W czasie 8 lat rządów PiS mieli jednak okazję przekonać się, jak w praktyce działa nierówne boisko. Najdobitniejszym przykładem była oczywiście sprawa zamrożenia i późniejszego odblokowania środków z KPO.
Jak pamiętamy, ich wypłata została wstrzymana, gdyż Polska – w opinii Komisji Europejskiej – była niedostatecznie praworządna i demokratyczna, szczególnie w zakresie zmian związanych z wymiarem sprawiedliwości.
Byłbym w stanie – jako przeciwnik reform Zbigniewa Ziobry – być może gotów punktowo bronić takiego stanowiska. Problem w tym, że w praktyce okazało się, że była to jedynie zasłona dymna. Środki z KPO odblokowano po wyborach w 2023 roku, mimo że w polskim prawie nie zmieniło się właściwie nic.
Sądy nie zostały uwolnione od politycznych wpływów, nie pojawiły się projekty reform, które realizowałyby orzeczenia międzynarodowych trybunałów. Okazało się, że podstawowym kamieniem milowym była… zmiana władzy na bardziej lubianą przez Brukselę.
Trudno się dziwić, że po takim doświadczeniu coraz większa grupa Polaków będzie patrzyła na europejskie elity jako na sędziego, który gwiżdże spalone tylko jednej drużynie, a drugiej czasem wystawia piłkę na sam na sam.
Dlaczego Tarcza nie uratuje demokracji?
To kłopot, którego liberałowie nie zauważają. W Europejskiej Tarczy Demokracji jest dużo ładnie brzmiących rozwiązań, które nie mają prawa zadziałać.
Jeśli bowiem ma powstać Europejskie Centrum Obrony Demokracji, sieć wymiany doświadczeń w zakresie walki z dezinformacją, jeśli ma się wydawać pieniądze na NGO-sy czy – uwaga – influencerów, którzy mają bronić demokracji (znakomity pomysł, gratuluję, z pewnością się uda), to jak społeczeństwo ma mieć poczucie, że te środki zostaną rozdysponowane uczucie, jeśli w tak ważnej sprawie jak KPO zrobiono to nieobiektywnie?
Najzabawniejsze jest to, że pomimo iż prace nad tą Tarczą zostały niedawno sfinalizowane, to już od dłuższego czasu jest o niej głośno. W pewnym momencie w Internecie spopularyzowana została bowiem spiskowa narracja, jakoby był to instrument służący do unieważniania wyborów w państwach UE.
Oczywiście jest to nieprawda, tarcza nie daje takich narzędzi. Zupełnie nie zaskakuje mnie jednak fakt, że taka plotka się pojawiła. Doszło do tego wtedy, gdy unieważniono wybory w Rumunii i zabroniono kandydowania jednej z głównych pretendentek do objęcia fotela francuskiej głowy państwa.
Działając jak dotąd Unia i liberalne elity nie tylko nie odbudują zaufania do siebie, ale wręcz sprawią, że antyeuropejska, prorosyjska propaganda trafia na podatny grunt – nie tylko w Polsce, ale na całym Zachodzie, który jest kluczowy dla utrzymania jedności UE.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.