Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Rząd oddaje pole lokalnym układom. Samorządowa propaganda zostaje bez kontroli

przeczytanie zajmie 5 min
Rząd oddaje pole lokalnym układom. Samorządowa propaganda zostaje bez kontroli źródło: https://www.youtube.com/watch?v=1PxjYHK0VTE&t=669s

Rząd wycofał się z obiecanego ograniczenia samorządowej propagandy, choć problem „samorządówek” od lat niszczy niezależne media lokalne. Mimo głośnych deklaracji o wolności prasy, decydenci – także z KO – ustąpili lokalnym układom, zostawiając obywateli z gadzinówkami udającymi media. Tym samym temat wolności prasy lokalnej, który jeszcze niedawno wydawał się przedmiotem konsensu, został zabity przez tych, którym hasło „wolne media” nie schodzi z ust.

Samorząd wydaje prasę

O co chodzi? W dużym skrócie: od mniej więcej dekady coraz popularniejszą praktyką wśród miłujących demokrację polskich samorządowców stało się wydawanie własnej prasy. Urzędy gmin czy miast lub – dla zmyłki – lokalne domy kultury albo biblioteki dostają od miasta/gminy pieniądze, by tworzyć własne media.

Jak nietrudno sobie wyobrazić, taki proceder ma na celu przede wszystkim niszczenie niezależnej prasy lokalnej i regionalnej. Nie tylko dlatego, że uwaga czytelników koncentruje się na samorządowych tytułach – mających większe nakłady i często dystrybuowanych bezpłatnie – ale również z uwagi na konkurencję na rynku reklamy.

Jeśli firma X walczy o przetarg na inwestycję Y, to gdzie bardziej będzie jej się opłacało wykupić reklamę: w samorządowym medium miłym władzy czy niezależnym tytule, który ujawnia afery wójta albo burmistrza?

Są przypadki, w których naprawdę nie da się nie zauważyć korelacji pomiędzy krytyką władzy ze strony niezależnych tytułów a powołaniem do życia medium samorządowego. Andrzej Andrysiak, szef Stowarzyszenia Gazet Lokalnych i autor podcastów dokumentalnych o władzy samorządowej, uważnie przyjrzał się przypadkowi Świdnicy.

Jak opowiadał na falach TOK FM, Beata Moskal-Słaniewska, prezydent tego miasta popierana przez Koalicję Obywatelską i Lewicę, utworzyła rękami podlegającej jej biblioteki gazetę i portal „Moja Świdnica”.

Doszło do tego po tym, gdy jeden z niezależnych tytułów lokalnych opublikował tekst ujawniający, że mąż pani prezydent Leszek Mazurek, świdnicki działacz społeczny, był w latach 80. współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa. Taka sekwencja zdarzeń nie mogła być przypadkiem.

Obiecujące zapowiedzi

Powyższy proceder nie jest prawicową teorią spiskową ani wiedzą tajemną. Wręcz przeciwnie, stowarzyszenie Watchdog Polska i lokalni wydawcy prasy od lat zwracają uwagę na ten proceder. Niedawno można było odnieść wrażenie, że również decydenci zaczynają bliżej się mu przyglądać.

W 2023 roku europoseł Prawa i Sprawiedliwości Kosma Złotowski zapytał w drodze interpelacji Komisję Europejską, czy wydawanie „samorządówek” nie stoi w sprzeczności z unijnym prawem. Z kolei niedawno temat wrócił za sprawą dyskusji o nowelizacji ustawy medialnej.

– Media lokalne to podstawa demokratycznego państwa […] Doprowadziliśmy do takiej patologii, że media quasi-lokalne, samorządowe utrzymywane są przez jednostki samorządu terytorialnego, których to nie jest zadaniem – mówiła miesiąc temu minister kultury Marta Cienkowska na antenie Radia TOK FM.

– To w ogóle nie są media, to są biuletyny PR-owskie, które powinny być zakazane przez prawo, szczerze mówiąc – odpowiedział Jacek Żakowski.

– Dokładnie tak, będą – spuentowała Cienkowska.

W zaprezentowanych pod koniec października założeniach nowej ustawy medialnej faktycznie znalazła się taka deklaracja. Na specjalnej konferencji prasowej minister kultury zapowiedziała, że wyczekiwany przez środowisko dziennikarskie dokument ograniczy wydawanie tzw. prasy samorządowej przez JST.

Zaproponowano przede wszystkim zakaz publikowania w tego typu wydawnictwach treści publicystycznych oraz – co równie ważne z perspektywy rynku – reklam, czyniąc z samorządowych gazet „suche” biuletyny informacyjne. Tym razem w praktyce, bo w teorii – wedle opinii części samorządowców – wydawane przez nich propagandowe gazetki są takimi biuletynami.

Samorządowcy uważają, że mają prawo do informowania lokalnej opinii publicznej o swoich działaniach, tworząc wrażenie, że mieszkańcy nie wiedzieliby, co dzieje się w ich okolicy, gdyby nie dobry pan wójt czy burmistrz. W dobie mediów społecznościowych jest to argument co najmniej niepoważny.

Propaganda jak z karykaturalnych satrapii

Przyjrzyjmy się, czym dokładnie są te „biuletyny informacyjne”, bo często już sam ich wygląd wystarczy za komentarz. W 2021 roku wspomniany już Watchdog Polska opublikował raport „Gazety władzy”, w którym przeanalizował kilkaset tytułów wydawanych przez organy samorządu terytorialnego.

Odsyłam do całego – ciekawego i dającego do myślenia – raportu, ale w skrócie: duża część tych wydawnictw opiera się na eksponowaniu lokalnych dygnitarzy – nachalnym publikowaniu ich zdjęć, przeprowadzania służalczych wywiadów (z pytaniami w rodzaju „który sukces gminy X uważa pan za najważniejszy”) czy udzielaniu łam do pisania prezydenckich wstępniaków. To ostatnie w każdym normalnym medium zarezerwowane jest dla redaktora naczelnego. Symptomatyczne, czyż nie?

Ważnym elementem treści takich gazetek jest propaganda sukcesu – gdyby czytać wyłącznie je, można byłoby uznać, że polskie gminy to krainy mlekiem i miodem płynącymi, w których najważniejszymi wydarzeniami są otwarcie nowej remizy strażackiej czy oddanie wyremontowanej drogi. Oczywiście z inicjatywy niezastąpionego pana burmistrza, którym niczym mąż opatrznościowy dba o bezpieczeństwo mieszkańców. Ten toporny, karykaturalny wręcz ton samorządowej propagandy przywodzi na myśl styl wschodnich satrapii.

Nie może być zresztą inaczej. Dziennikarze nie mogą kontrolować własnych bezpośrednich pracodawców – a taką funkcję pełnią w tej układance wójtowie czy burmistrzowie.

„W przypadku czasopisma i portalu wydawanych przez władze Bydgoszczy zarówno redaktor naczelny, jak i osoby redagujące treści są pracownikami Urzędu Miasta. Autorzy tekstów podlegają służbowo prezydentowi i są zobligowani do przestrzegania kodeksu etyki pracowników samorządowych, który w rozdziale 2 zobowiązuje ich do lojalności wobec urzędu i zwierzchników” – wskazywał europoseł Złotowski.

Zapomniane wartości

Na taki proceder przyzwala polskie państwo i – jak widzimy po projekcie ustawy medialnej – ma zamiar przyzwalać dalej. Można by sądzić, że kilkuletnia, krytyczna dyskusja o samorządzie (w dużej mierze napędzana przez Andrysiaka) sprawiła, iż nawet politycy Koalicji Obywatelskiej dostrzegli potrzebę ograniczenia władzy lokalnych włodarzy – choć zwykle trudno ich przekonać do takich wniosków i zmiany stanowiska.

Zdumiewa, że ludzie obecnej władzy, którzy bezustannie opowiadają, jak ważna jest dla nich demokracja i wolność mediów, wycofali się z deklaracji, które i tak pozostawiały szerokie pole do interpretacji (gdzie jest bowiem granica, czym jest działalność informacyjna, a czym publicystyka?).

Niesamowite, że można przez lata opowiadać, jak głęboko w sercu ma się demokrację, jednocześnie pozostając biernym wobec procederu tak jawnie szkodzącemu temu ustrojowi. Wychodzi na to, że nasi demokraci sprowadzają demokrację jedynie do postawienia krzyżyka na karcie wyborczej.

To, czy decyzję o oddaniu głosu na tego lub innego kandydata mieszkańcy mieli możliwość oprzeć o pełną informację na temat stanu gminy – to już naszych demokratów, jak widać, nie interesuje.

Co również symptomatyczne, nie widzę krytyki poczynań rządu ze strony tzw. wolnych mediów, których lokalne i regionalne tytuły interesują jedynie wówczas, gdy można przy okazji uderzyć w PiS. Tak było przy okazji przejmowania Polski Press przez Orlen, kiedy różni warszawscy salonowcy oburzali się na to, że media „w terenie” upadną.

Abstrahując od słuszności (moim zdaniem niemałej) tej krytyki, to już wtedy reporter Bartosz Józefiak celnie zwracał uwagę, że kwiat polskiego dziennikarstwa interesuje się mediami lokalnymi i regionalnymi wybitnie wybiórczo, gdyż te tytuły muszą walczyć o przetrwanie już od dawna, a uwaga na nich skupiła się dopiero wówczas, gdy do akcji wkroczył Daniel Obajtek. Dziś – jak się zdaje – widzimy recydywę tego typu selektywności.

Zarówno stołeczni dziennikarze, jak i – co ważniejsze – lobbyści-samorządowcy i ulegający im politycy rządowi muszą jednak brać pod uwagę, że dalsza wolnoamerykanka „samorządówek” nie tylko przyczyni się do dalszej degradacji prasy niezależnej, ale może również spowodować spadek zaufania Polaków do idei samorządności jako takiej.

Skoro bowiem lokalni włodarze mogą bezkarnie uprawiać propagandę, niszcząc niezależne media i – co za tym idzie – konkurencję polityczną, to może lepiej, żeby ktoś z centrali zrobił porządek. Wówczas oczywiście będzie lament, jak to ciemni Polacy nie rozumieją światłej idei decentralizacji. Sami tego chcieliście.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.