Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Kiedy zakończy się nowoczesność? Gdy powrócą smoki. Zatem – uwierz w smoka!

przeczytanie zajmie 10 min
Kiedy zakończy się nowoczesność? Gdy powrócą smoki. Zatem - uwierz w smoka! Autor ilustracji: Bruno Dziadkiewicz

Kiedy już powrócą, nowi święci wyjdą im na spotkanie. Zacznie się od początku walka porządku z chaosem, włóczni ze smokiem. I sam jej początek – to, że w ogóle rozgorzeje – będzie oznaczał przegraną tego ostatniego. Jeśli nadasz nieznanemu imię, przestaję ono być „Wielkim Nienazywalnym”. Traci najpotężniejszy element swojej nad tobą przewagi.

Gdy już nadlecą, co to będzie oznaczać? Co powróci wraz z nimi, jak zmienią się nasze oczy, że będą gotowe je dostrzec? Jakie jaskinie zostaną ponownie otwarte i które skarby z powrotem będzie można odnaleźć? Kogo pożrą i spalą, kto wyruszy, by z nimi walczyć, i jakiej użyje broni? Jedno jest pewne: jak przylot bocianów oznacza koniec zimy, tak powrót smoków nastąpi pierwszego ranka po końcu nowoczesności.

Jest chaosem

Zacznijmy od szkoły, pierwszego siedliska antysmoczej propagandy. Córka mojego znajomego rysowała na lekcji smoka. Gdy nauczycielka zajrzała jej przez ramię, skrzywiła się z dezaprobatą: „Ależ Krysiu, przecież smoki TAK NIE WYGLĄDAJĄ”.

Pani ta najpewniej rwałaby sobie włosy z głowy na widok średniowiecznych rycin. Bo jeśli chodzi o kanony smoczej urody, to pewne jest tylko jedno: ma przerażać i mieć w sobie coś z węża. Cała reszta to już przestrzeń improwizacji dla smoczej natury.

Smok to nieokreśloność. To feeria kształtów i wcielony taniec skojarzeń. Wyłania się zawsze z mgły i taka jest też jego natura – mgławicowa i niepewna. Trudno więc o dobitniejszy dowód smoczej ignorancji niż stwierdzenie, że smoki wyglądają zawsze w określony sposób.

Ale ja rozumiem tą panią, wiem, dlaczego tak zareagowała. Bo jak pisała Hannah Arendt, „pierwszym krokiem do odebrania jakiegoś prawa jest skodyfikowanie go”. Smoki trzeba było zamknąć w ciasnych klatkach jednakowych, monotonnych ciał, bo dopiero tak „skompresowane” mogły zostać wygnane z naszego świata. To był cios w samo serce, w prawdziwą istotę „smokowatości”.

Kiedy któregoś dnia smoki nareszcie powrócą, zaczną zapewne swój taniec wokół nas od spalenia budynków szkół. Nie byłoby nowoczesności bez powszechnego przymusu szkolnego. Przemysłu glajchszaltowniczego, obrabiarki ludzkiej wyobraźni, prokrustowego łoża, do którego wkładamy każdego rana na kilka godzin nasze dzieci.

Istnienie szkoły jest efektem przekonania, że jeśli czegoś nie można jednoznacznie zdefiniować, zmierzyć, zważyć, to takie coś nie może istnieć. Potrafi ona być co najwyżej więziennym wybiegiem dla dziecięcej wyobraźni. Z założenia przyzwyczaja do postrzegania rzeczywistości w ramach dookreślonej, zaspawanej i zamkniętej siatki pojęć i sensów.

A smoki mieszkają w lukach rzeczywistości, na mokradłach znaczeń, w ciemnych jaskiniach, do których nie zapuszcza się oświecony umysł, na wysokich szczytach. Bo smok jest chaosem. Dlatego tak często wynurza się z wnętrza wody, tak wiele go z nią wiążę – żywiołem, który rozpuszcza, wciska się w najmniejsze szczeliny, zatapia.

Smok jest hybrydą, skrzyżowaniem gatunków, rozdrożem dla wyobraźni. Wykroczeniem poza definicje i pewniki. Dlatego zionie ogniem, który jednoczy rzeczy o określonych konturach w ramach jednej kupy popiołu. Odrębne czyni nieodróżnialnym.

Jest przeciwnikiem

Ale mówiąc o smoku, że jest chaosem, robimy pierwszy krok do ujarzmienia go. Bo jeśli chaos ma imię i kształt, to nie jest już tak do końca chaotyczny. Gdy mgła i dym staną się ciałem, będzie można stanąć z nimi do walki.

Smok to imię Nienazywalnego, a więc pierwsze zwycięstwo ludzkiej wyobraźni w toczonej z nim walce. Z tym wszystkim, co szepcze w ciemności, czego cień przesunął się niepostrzeżenie po ścianie. Pojawił się, a więc już przegrał. Jest tutaj, stoi przede mną, a więc nie może już być wszędzie i nigdzie. Nienazywalne to głucha ciemność, smok zaś jest półmrokiem. A to już pół sukcesu.

Dlatego każdy smok jest trochę wężem – jedynym zwierzęciem mogącym być jednocześnie w dwóch różnych miejscach, którego łeb i zakończenie ogona mogą wystawać z trawy zarówno po mojej lewej, jak i prawej stronie. Można go pokonać tylko w jeden sposób – przyszpilając do ziemi.

Święty Jerzy – niech to imię wreszcie padnie – dlatego właśnie wyruszył na spotkanie ze smokiem uzbrojony we włócznię. Nie miecz czy topór, broń, którą można by rozpłatać, poszarpać smocze cielsko. Chodziło o to, by smoka przyszpilić, przekłuć uderzeniem, po którym niemalże nie zostanie ślad. To, co chaotyczne, może zostać pokonane tylko precyzją. Smok i włócznia są jak ciemność i światło. To pierwsze znika, gdy tylko pojawi się drugie.

Święta Małgorzata – kolejna wielka smokobójczyni – pokonała gada, ujarzmiwszy go. Jest przedstawiana jako ujeżdżająca smoka niczym pokorne źrebię – „na lwa srogiego bez obawy siędziesz i na ogromnym smoku jeździć będziesz”. Inna z wersji jej triumfu mówi o tym, że została przez smoka połknięta, ale rozpruła jego brzuch od wnętrza krzyżem, co swoją drogą sprawiło, że jest dziś patronką położnych.

Przebity włócznią, ujeżdżony, rozpłatany od środka – wszystkie metody walki ze smokami sprowadzają się do tego samego. Z chaosem trzeba stanąć twarzą w twarz, zetrzeć się z nim, czasami nawet dać się połknąć, dopiero dzięki temu można go pokonać. Dostrzec ciemne punkty, szczeliny rzeczywistości, te miejsca, w których traci ona pewne kontury, zaczyna się rozmywać, zacierać granice.

Precyzja ciosu Jerzego jest zupełnie czymś innym niż obsesja jednolitości i kontroli właściwa nowoczesności. Jerzy nie jest urzędnikiem pilnującym porządku w tabelkach, tylko rycerzem. Wierzy w smoki, akceptuje fakt, że chaos jest nieodłącznym elementem naszego świata. Wyrusza tam, gdzie rozmywają się kontury – do granic ciemnego lasu, nad brzeg morza czy wejście do smoczej jamy. A potem zadaje precyzyjny, wycyzelowany jak cięcie skalpelem cios.

Powinien być patronem nie tylko rycerzy, ale również poetów. I w ogóle wszystkich tych, którzy precyzją (pojęć, narzędzi, porównań i mieczy) zapanowują nad chaotycznością świata. Stają do walki ze smokami. I to spotkanie z zionącymi ogniem gadami czyni ich tym, kim są. Tożsamość zdobywa się w walce, skonfrontowaniem się twarzą w twarz z wypełzającymi z ciemnych zarośli potworami. Kim byłby Jerzy, gdyby nie spotkał się ze smokiem?

Jezus chodził po wodzie, choć przecież mógł sprawić, by stała się stałym lądem – na jedno jego słowo mógł ją skuć lód. Ale Jemu nie chodziło o zniesienie chaosu, tylko pokazanie, że nad nim panuje (tak jak Małgorzata nie związała smoka, ale go ujeździła).

Przyjął chrzest w Jordanie, wszedł po pas w świat płynności, niesprecyzowania, braku ram i struktur, zapowiedział w ten sposób swoją śmierć. Leżał w grobie trzy dni, tyle samo, ile Jonasz w brzuchu wielkiej ryby, morskiego smoka. Musiał wejść w śmierć, tylko w ten sposób można było ją pokonać. Bo ze smokami nie wygrywa się, udając, że nie istnieją.

Jest strażnikiem. Jest murem i bramą

Od złotego runa do skarbu krasnoludów; gdzie złoto, kryształy i diamenty, tam i on. Ostatni ze strażników, największa przeszkoda. Można go oszukać, uśpić, ale najlepiej jednak zabić. Nie tylko dla pieniędzy czy siły. Stawka bywała dużo wyższa. Równie często, co skarbów smok strzegł źródeł wody. Ni mniej, ni więcej – źródła życia.

Możemy na niego spojrzeć jako na przeszkodę, ale też i znak. Jego obecność oznacza, że poszukiwania zostały zakończone, droga dobiegła końca. Przed nami ostatni wysiłek. Jeśli nie widzisz smoka, nie odnajdziesz skarbu, to proste równanie.

Jest więc nie tylko wysokim (a ponadto ziejącym ogniem i wymachującym nabitym kolcami ogonem) murem, ale też i drzwiami. Smok jest tym, przez którego się przechodzi. Czasami dosłownie.

„Większość z nas wie dobrze, co można znaleźć w legowisku smoka, ale – jak już mówiłem – Eustachy czytał nie te książki, które trzeba. Te, które czytał, zawierały mnóstwo informacji o eksporcie i imporcie, o rodzajach rządów i o wodociągach, natomiast nic nie mówiły o smokach”.

Eustachy Scrubb z Podróży Wędrowca do Świtu musiał poznać cenę swojej niewiedzy, połasić się na ukryty w smoczej jamie skarb, samemu przemienić się w smoka, żeby odzyskać duszę. Z przemądrzałego idioty zacząć stawać się rycerzem. Ale nie byłoby tej drogi, gdyby na jej początku nie wyrosły mu skrzydła, ciało pokryły łuski, nie zacząłby zionąć ogniem i jeść surowego mięsa.

Bez smoka nie ma dojrzałości, jest tylko ta liczona wiekiem, ta która przychodzi tak czy inaczej. Ale brakuje tego, przez co samemu trzeba przejść. Ciemności, lęku i wroga, którego trzeba pokonać. Najczęściej w samym sobie. Bez smoka nie ma inicjacji.

To dlatego tylu władców umieszczało smoki w swoich godłach i herbach. A największy z królów, Artur, miał go nawet w swoim nazwisku. Pendragon znaczy „głowa smoka”. To, co pokonujesz, staje się twoją własnością. Tobą samym. Dlatego kiedy już zabijesz smoka, pamiętaj koniecznie, by zjeść jego serce. Poznasz wtedy „mowę ptaków” – wszystkie tajemnice świata staną przed tobą otworem.

Jesteś tym, co jesz. A serce to istota, tożsamość, sedno. To skarb ukryty we wnętrzu cielska smoka. Za murami jego łusek. Otworzyłeś bramę kluczem włóczni. Skarb czeka w środku.

Jest „dinozaurem”?

W sensie etymologicznym – jak najbardziej. „Dinozaur” to słowo ukute z dwóch greckich terminów: deinos (straszny, budzący trwogę) oraz sauros (jaszczur). Skojarzenie tego drugiego z panem Mordoru, Sauronem, nie jest przypadkowe, źródłosłów w obu przypadkach jest ten sam.

Słowa „dinozaur” użył po raz pierwszy w 1842 roku Richard Owen. I tak jak przed XIX wiekiem odnajdywane w najróżniejszych miejscach monstrualne kości były uznawane za szczątki smoków, tak od tamtej pory uznaje się je za pozostałości dinozaurów. Smoki zostały strącone w przepaść legend i baśni.

Budzące trwogę gady, które od zawsze czaiły się na progu naszego świata, wychylające się spod ziemi, ukryte na marginesach zostały ujęte w cudzysłów naukowego światopoglądu. Stały się tym, co było i już nie wróci, najwyżej na ekranach kin. Oddziela nas od nich bezpieczna bariera czasu i kordon sanitarny teorii ewolucji. Chaos, przeciwnik, brama i mur to tylko bajki. Sens symbolu, jego realność, wyparowała za dotknięciem naukowej różdżki.

Ale czy na pewno?

Dinozaury wypierają ze zbiorowej wyobraźni smoki od połowy XIX wieku. Nie trzeba było długo czekać, aż wyrzucone drzwiami nauki zaczną wracać oknem literatury. Wsiąkać przezeń jak ciemny smog, lepka, niemająca początkowo wyraźnych konturów materia grozy. Okno to znajdowało się w Providence, w Nowej Anglii.

Kto z czytelników opowiadań H. P. Lovecrafta chociaż raz nie zaczął się zastanawiać, czy ten ponury samotnik, aby na pewno wszystko to sobie wymyślił, niech pierwszy rzuci kamieniem. Czy to tylko kwestia literackiego talentu, że wykreowany przezeń świat przeżył swego twórcę, stał się własnością całej społeczności rozwijającej, a nieraz również wyznającej „mitologię Cthulhu”? Czy może jednak Lovecraft „coś” zobaczył, doświadczył czegoś realnego? A może wręcz to „coś” nim się posłużyło?

Na odbywającym się w 1983 roku brytyjskim konwencie fantastyki pewien starszy dżentelmen zadał podczas dyskusji pytanie zgromadzonym na sali, czy zastanawiali się nad teorią, którą on sam wyznawał, że „Wielcy Przedwieczni, owe obdarzone imionami składającymi się głównie ze spółgłosek bestie, wykorzystały po prostu biednego Howarda Phillipsa Lovecrafta, by przemówić do świata, by szerzyć wiarę w samych siebie poprzedzającą ich nieunikniony powrót”.

Z kolei jeden z korespondentów Lovecrafta pisał w liście do niego: „Możemy sądzić, że tworzymy fikcję literacką, a nawet […] nie wierzyć w to, co piszemy, lecz w gruncie rzeczy mówimy prawdę – wbrew samym sobie służąc nieświadomie posłańcom Tsathouggy, Croma, Cthulhu i innym sympatycznym dostojnikom z Zewnątrz”.

Uważam, że tym, co posłużyło się Lovecraftem, były właśnie smoki.

Nie popełniajmy błędu, jakiego dopuściła się wspomniana na początku nauczycielka plastyki, nie dopatrujmy się w lovecraftowskich postaciach smoków zgodnych z kanonami baśniowej urody. Prześledźmy, skąd wychodzą, z jakiej materii są zbudowane – postacią, formą jakich lęków i fascynacji, których ról i zadań mogą być.

Smoki nie mogły powrócić w opowiadaniach Lovecrafta wprost, z imienia i rangi. Były przecież czymś dopiero co przezwyciężonym, przebrzmiałą pieśnią nuconą już tylko przez stare niańki kołyszące dzieci do snu.

Weźmy tzw. starsze istoty, mają one ok. 2,40 m, posiadają baryłkowate ciało, głowy w kształcie rozgwiazdy, z górnej części tułowia ciągną się ku dołowi „ramiona” zakończone trójkątnymi pseudostopami, zaś spomiędzy tułowia rozchodzą się błoniaste skrzydła, które mogą służyć do lotu zarówno w warunkach ziemskich, jak i kosmicznych.

Zamieszkują podziemia, jaskinie, ale przede wszystkim morskie dna. Ich istotą jest niezróżnicowanie, brak konturów, w potocznym tego słowa sensie – brak ciał.

Są tworzone przez coś „w rodzaju grząskiej, cuchnącej brei […], masą pochodzącej z nieba iskry kondensującej się w formę galaretowatego tworzywa”. Stwory Lovecrafta stanowią materializacje, upostaciowienie zatarcia granic, utraty kształtu. Są szczeliną w rzeczywistości i poprzez nią docierają też do nas. Wypełzają z morza, wychodzą z jaskiń ukrytych w arktycznych „górach szaleństwa”.

Natomiast najwyższy bóg z panteonu stworzonego przez Lovecrafta, Azathoth, jest „bestią nuklearnego chaosu”. Lovecraft określa go mianem „boga – idioty”, ale nie dlatego, by był on mało inteligentny. Raczej symbolizuje on to, co niezrozumiałe, niedające się pojąć. Azathoth jest synonimem chaosu, mieszka w jego kosmicznym centrum.

Lovecraft opisywał smoki, nie mając o tym pojęcia. Posłużyły się nim. Opętały samotnika z Providence, bo pragnęły powrócić przed nasze oczy. Pod swoim starym imieniem przestały budzić lęk i fascynację, musiały przybrać nowe, takie jak Cthulhu, Azathoth, R’lyeh i inne. To, z czego były zrobione, co reprezentowały, nie da o sobie zapomnieć.

Mitologia Cthulhu jest spłatą długu zaciągniętego przez paleontologię w zbiorowej wyobraźni.

Gdy nadlecą smoki

Ma ona przed sobą jeszcze sporo pracy, zanim nastąpi powrót smoków w pełnej ich krasie. Amorficzne postaci Lovecrafta to tylko pierwszy krok nabierania kształtów i barw przez to, co zgodnie ze słowami pisarza stanowi „przerażające perspektywy rzeczywistości”.

Najpierw one same zaczną nabierać konkretnych kształtów, krzepnąć, wyłaniać się coraz wyraźniej z mgły oświeconej niewiedzy. A potem doczekają się nowych przeciwników. Jacyś nowi Jerzy i Małgorzata wyjdą im na spotkanie. Zacznie się od początku walka porządku z chaosem, włóczni ze smokiem.

I sam jej początek, to, że w ogóle rozgorzeje, będzie oznaczał przegraną tego ostatniego. Jeśli nadasz nieznanemu imię, przestaje ono być „Wielkim Nienazywalnym”. Traci najpotężniejszy element swojej nad tobą przewagi. Ogień, zęby, kły i ogon – z tym wszystkim już można sobie poradzić.

A kiedy będziemy śledzić te pojedynki (albo też, czego każdemu z nas szczerze życzę, sami do nich staniemy), będzie to oznaczać, że świat w naszych oczach narodził się na nowo. Patrzymy na rzeczywistość we właściwy sposób. Nareszcie.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych.

Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o zachowanie informacji o finansowaniu artykułu oraz podanie linku do naszej strony.