Strajk w Valeo? Polska to montownia Europy, zależna od masowej imigracji
Strajkujących pracowników Valeo wsparli jednocześnie zarówno Grzegorz Braun, jak i Adrian Zandberg. Konflikt między polskimi pracownikami a zagranicznym pracodawcą, który grozi zwolnieniami rodzimych kadr i zastąpieniem ich obcokrajowcami, jak w soczewce pokazuje strukturalne problemy nadwiślańskiej gospodarki.
O co chodzi?
W zakładach należących do francuskiego producenta części samochodowych Valeo trwa największy spór pracowniczy sektora prywatnego ostatnich lat. Wielomiesięczna eskalacja konfliktu doprowadziła do rozpoczęcia 20 listopada strajku generalnego, w wyniku którego pracownicy wstrzymali pracę oraz zablokowali dojazd do zakładu.
Zdaniem strajkujących poziom zarobków nie pozwala na godne życie, ponieważ od lat podwyżki wynikają wyłącznie ze wzrostu płacy minimalnej. Dodatkowo pracownicy narzekają na obciążanie obowiązkami ponad normy.
Konflikt eskalował, ponieważ przez wiele miesięcy firma ignorowała postulaty pracowników. Jak twierdzą związkowcy, odpowiedzią kierownictwa Valeo na żądania pracowników były groźby zamknięcia zakładu w Polsce i przeniesienia go do Rumunii lub zapowiedź sprowadzenia imigrantów z Azji i Afryki, którzy mieliby zastąpić lokalnych pracowników przy liniach produkcyjnych.
Choć gorąca faza sporu zakończyła się po 5 dniach, konflikt nadal nie jest zakończony. Protestujący domagają się między innymi wzrostu wynagrodzenia o 1 000 złotych brutto oraz wprowadzenia dodatku stażowego. Pracownicy już wywalczyli jednorazową premię świątecznej w wysokości 1 000 złotych brutto, jednak strony dają sobie czas do Bożego Narodzenia, by porozumieć się w kwestii nowych warunków pracy.
Valeo pokazuje przyszłość
Nawet jeśli spór zostanie zakończony w sposób, który przynajmniej częściowo zaspokoi oczekiwania pracowników, ten strajk oraz inne przykłady likwidowanych miejsc pracy (m.in. kryzys przedsiębiorstw branży motoryzacyjnej w Bielsku-Białej) pokazują nadchodzącą rzeczywistość inwestycji zagranicznych w Polsce.
Obcy kapitał przestaje być traktowany jako zbawienie dla lokalnych społeczności. Inwestycje, od których zależy życie tysięcy rodzin, stają się przedmiotem niepokoju ze względu na ich niepewną przyszłość w Polsce. Są one wzmacniane obawami o niekontrolowany napływ imigrantów. Choć przeważająca większość Polaków ich nie chce, imigracja jest wskazywana jako konieczność umożliwiająca dalszy rozwój gospodarczy kraju.
Na końcu konflikty pomiędzy zagranicznymi inwestorami a ich pracownikami napędza strachu politykom, którzy przez lata byli najgłośniejszymi orędownikami napływu kapitału zza granicy. Dzisiaj, gdy firmy zapowiadają zamknięcie biznesu w Polsce w odpowiedzi na żądania pracowników walczących o lepsze warunki pracy, politycy wszystkich szczebli aktywnie angażują się w mediację pomiędzy stronami sporu. Wiedzą, że brak pracy dla wyborców może również oznaczać groźbę bezrobocia samych polityków po kolejnych wyborach.
Polska wciąż jest zaledwie montownią
W ciągu ostatnich 36 lat Polska przyciągnęła astronomiczne 390 mld dolarów w formie bezpośrednich inwestycji zagranicznych. Jednak zgodnie z raportem Polskiego Instytutu Ekonomicznego „Polska na drodze do dojrzałości inwestycyjnej” nadal jesteśmy pomiędzy drugą a trzecią fazą (z pięciu) ścieżki rozwoju inwestycyjnego.
Oznacza to, że mimo charakterystycznego dla takiej gospodarki jak Polska dynamicznego wzrostu inwestycji zagranicznych w ostatnich dekadach są one skoncentrowane przede wszystkim w branżach montażowych, prostym przetwórstwie i usługach. Z drugiej strony w Polsce nadal jest zbyt mało inwestycji zagranicznych w innowacje, bardziej zaawansowane procesy oraz sektory o wyższej wartości dodanej, co jest typowe dla fazy trzeciej ścieżki rozwoju inwestycyjnego.
Przewagą Polski nadal jest to, że nad Wisłą można wytwarzać niezbyt skomplikowane produkty taniej niż na Zachodzie. Przez lata praca w firmie skręcającej części samochodowe lub produkującej ketchup, oferującej wynagrodzenie kilkaset złotych wyższe niż u polskiego przedsiębiorcy, dawała pożądaną stabilizację, gdy wokół szalało kilkunastoprocentowe bezrobocie.
Jednak to, co dotychczas było korzyścią, zaczyna być obciążeniem. Wysokie ceny energii, wojny celne, zbrojna agresja za wschodnią granicą i wzrastające minimalne wynagrodzenie powodują, że proste montowanie produktów przestaje być dla firm zagranicznych opłacalne. Zwłaszcza że poza odpowiednim zwrotem z inwestycji nic takich firm w Polsce nie trzyma.
Na końcu biznes w Polsce i każdy z jej pracowników są tylko komórkami w excelu. Niezależnie od tego, jak bardzo inwestor będzie przekonywał, że zależy mu na dobru lokalnej społeczności, jeśli biznes przestanie się spinać lub będzie możliwy na lepszych warunkach w innym kraju, firma nie będzie miała skrupułów, aby pozwalniać pracowników i wynieść się z Polski.
Dlatego też właściciel międzynarodowego koncernu rzadko będzie mógł odnaleźć wspólny interes ze swoimi pracownikami w Polsce. Różni się on od polskich małych lub średnich polskich przedsiębiorców, którzy swój biznes zazwyczaj prowadzą w miejscu swojego zamieszkania.
Choć w istotę rynku pracy wpisany jest wieczny spór pracodawcy z jego pracownikami o zarobki i warunki pracy, interes polskiego przedsiębiorcy częściej będzie zbieżny z interesem pracowników. Zwłaszcza gdy chodzi o przetrwanie lokalnego zakładu.
Imigracja pomaga inwestorom zagranicznym pomimo niezadowolenia społeczeństwa
Emocji w publicznej dyskusji na temat strajku w Małopolsce dodał wątek imigrancki, jaki pojawił się w sprawie. Zdaniem przedstawicieli strajkujących kierownictwo firmy próbowało wymusić na pracownikach zakończenie sporu, informując o planach zatrudniania w zakładach imigrantów z Afryki oraz Azji. Już obecnie połowa pracowników produkcyjnych w fabrykach Valeo to obcokrajowcy.
Imigranci sprowadzani nad Wisłę, by pracować w lokalnych zakładach, to nie tylko rzeczywistość francuskiego producenta. Wykorzystają to przedsiębiorcy z całej Polski, również ci rodzimi, m.in. Orlen, który zbudował kontenerowe miasteczko pod Płockiem dla 6 tysięcy pracowników, których sprowadził z zagranicy do budowy nowych rafineryjnych instalacji.
Masowa, bo tak należy ją określić, imigracja zarobkowa wskazywana jest przez polityków i ekonomistów jako konieczność w celu utrzymania dalszego tempa rozwoju krajowej gospodarki. Zgodnie z danymi Głównego Urzędu Statystycznego w ostatnich latach liczba cudzoziemców legalnie pracujących w Polsce przekroczyła milion osób.
Z perspektywy właściciela przedsiębiorstwa imigranci są korzyścią. W sytuacji, gdy brakuje rąk do pracy, imigranci zapełniają istniejące wakaty. Sprowadzenie obcokrajowców, nawet tymczasowo, do istniejącego zakładu, jest tańsze niż decyzja o zamknięciu fabryki i przeniesieniu jej do innego kraju, gdzie zasób siły roboczej jest większy.
Do tego dla imigranta Polska jest bogatym europejskim krajem, w którym może zarobić dobre pieniądze. Dlatego nie brakuje chętnych, którzy są gotowi przyjechać nad Wisłę.
Jednak imigranci łatwo stają się narzędziem. Ze wszystkich pracowników imigranci mają najsłabszą pozycję. Najczęściej nie znają języka, kultury ani prawa kraju, do którego przybywają. Pozostają na łasce pracodawcy, ponieważ w przypadku niesubordynacji mogą zostać odesłani z powrotem do domu.
Są gotowi na dużo poświęceń, byleby zarobić lepsze pieniądze. Kwateruje się ich w przyzakładowych kontenerach, na obrzeżach miasta, w których stabilne życie nie jest możliwe. Do tego ze względu na chroniczne niedofinansowanie służb takich jak Państwowa Inspekcja Pracy, ochrona, którą te organy są zobowiązane sprawować, przy obecnej skali migracji zarobkowej do Polski wydaje się iluzoryczna.
Słaba pozycja obcokrajowców uderza również pośrednio w polskich pracowników, ponieważ imigranci mogą stanowić narzędzie nacisku pracodawców na miejscowych. Gastarbeiterzy nierzadko zarabiają najniższe wynagrodzenie, które odsyłają rodzinie pozostawionej w ojczyźnie.
Jeśli państwo zezwala pracodawcom na ściąganie do fabryk grupy imigrantów, sama ich dostępność może oddziaływać na pozycję negocjacyjną lokalsów przy dyskusji o lepszych warunkach pracy. Jednocześnie duża podaż pracowników i ograniczona presja płacowa z ich strony mogą obniżać motywację pracodawcy do inwestycji, które mogłyby zwiększyć wydajność pracy.
Politycy mediują w obawie przed odpowiedzialnością
W spór w Valeo zaangażowały są nie tylko jego strony. Swoje wsparcie dla protestujących pracowników wyrazili zarówno Grzegorz Braun, jak i politycy Razem. Jednak bardziej interesujący niż pojawienie się posłów w miejscu strajku, jest aktywne zaangażowania polityków lokalnych w mediację pomiędzy Valeo a jego pracowników.
Do mediacji ruszyło wielu przedstawicieli samorządu terytorialnego (burmistrz Chrzanowa i starosta chrzanowski) oraz władzy centralnej (wojewoda małopolski). Politycy zdają sobie sprawę, że ewentualne skutki nierozwiązanego sporu mogą uderzyć bezpośrednio w nich samych.
Od 1989 r. w programy polityczne wszystkich partii wpisane były starania o kolejne inwestycje zagraniczne zgodnie z założeniem, że zyskają na nich wszyscy. I rzeczywiście tak było. W postbalcerowiczowskiej Polsce, która w wielu regionach stała się gospodarczą pustynią, jakikolwiek inwestor zapewniający nowe miejsca pracy był traktowany jak zbawiciel.
O przyciąganie inwestycji zagranicznych zabiegali zarówno politycy krajowi, jak i lokalni. Do przecinania wstęgi w każdym nowopowstałym zakładzie zawsze ustawiał się sznureczek działaczy, którzy pragnęli ogrzać się w blasku gospodarczego sukcesu i przedłużyć swój mandat w kolejnych wyborach.
Przy napiętych stosunków pomiędzy zagranicznym inwestorem a jego pracownikami oraz gróźb przeniesienia zakładu, politycy zaczynają spacer po linie. Nie mogą łatwo zignorować problemu, ponieważ zostaną rozliczeni za to przy urnach wyborczych. Nie mogą również stanąć jednoznacznie po jednej ze stron.
W przypadku wzięcia strony pracodawcy politycy podpadną swoim wyborcom. Wsparcie pracowników choć jest politycznie korzystne, może zrazić właścicieli firm, o których obecność w regionie kilka lat wcześniej zabiegali i z którymi wypada mieć dobre relacje.
Zbyt często lokalne kierownictwo firmy oraz władze samorządowe stanowią lokalną elitę i należą do tego samego kręgu towarzyskiego. Ponadto nie mają mechanizmów, które zmuszą zagranicznych biznesmenów, by zostali w Polsce, gdy biznes przestanie się im tu opłacać.
Państwo aktywne gospodarczo
Gdy z różnych powodów pojawi się większy kryzys w inwestycjach zagranicznych, którego pierwsze jaskółki widać obecnie w przemyśle motoryzacyjnym, nie będzie wygranych. Strajk w Valeo jest symptomem napięć związanych z obecnym modelem rozwoju gospodarczego Polski, opartym w dużej mierze na napływie kapitału zagranicznego i przewadze kosztowej.
Bez aktywnego zaangażowania państwa, zarówno w zakresie polityki przemysłowej, jak i ochrony praw pracowniczych, trudno będzie przezwyciężyć te wyzwania. Sygnał ostrzegawczy, jaki wysłali pracownicy Valeo, może wkrótce wybrzmieć w innych zakładach, jeśli nie zostaną podjęte działania systemowe.
Polska gospodarka powinna zacząć ograniczać rolę podwykonawcy w globalnych łańcuchach dostaw. Do tego konieczne jest wzmocnienie krajowych firm poprzez inwestycje w innowacje oraz tworzenie warunków do rozwoju wysokiej jakości miejsc pracy. Elementem strategii rozwoju powinna stać się silniejsza ochrona praw pracowniczych, bez której nie będzie społecznej spójności.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.
