Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Polska ciągle jest sarmacka i w kulturze, i w polityce

przeczytanie zajmie 15 min
Polska ciągle jest sarmacka i w kulturze, i w polityce Autor ilustracji: Bruno Dziadkiewicz

Za sprawą 1670 zaczęło wrzeć od sarmackich motywów. Równolegle do zwrotu sarmackiego w kulturze (nie tylko popularnej) po raz kolejny obserwujemy powrót sarmacji w polityce. Czas najwyższy oddać szlachcie i sobie sprawiedliwość.

Tekst pochodzi z najnowszego numeru czasopisma idei „Pressje” pt. „Zaczarowany katolicyzm”. Jeśli chcesz zdobyć papierowy egzemplarz, kliknij tutaj.

Starzec w łachmanach

„Nie zapomnę nigdy siedemdziesięcioletniego starca w polskim ubiorze: długo on stał z daleka i patrząc na nas łzy rzewne wylewał, nie mogąc nareszcie uczuciów swoich zahamować, z wyciągniętymi rękoma szedł spieszno do telehy [wozu] naszej, jak gdyby nas chciał uściskać, gdy niemiłosierny Titow [dowódca eskorty polskich jeńców] pokazał się z bizunem swoim, nieszczęsny starzec ledwie miał czas oddalić się”.

Tak napisał w swoim pamiętniku Julian Ursyn Niemcewicz wzięty do rosyjskiej niewoli po klęsce pod Maciejowicami w 1794 r. Scena rozgrywa się w Czernihowie – mieście, które na mocy rozejmu andruszowskiego z 1667 r. od ponad 130 lat nie należało już do Rzeczypospolitej. Starzec, Rusin, nie mógł pamiętać polskiego Czernihowa, a jednak kulturowo wciąż pozostawał szlachcicem polskim. W jego postaci odżywała cywilizacja silniejsza od moskiewskiego bizuna.

Nie przywołuję tego obrazu, aby utonąć w sentymentalnej nostalgii za dawną Rzeczpospolitą ani zachwycać się trwałością polskiej kultury na Wschodzie. Dostrzegam w nim raczej scenę boleśnie współczesną, tyle że z groteskowo odwróconymi rolami.

Dziś to część Polaków obciążająca szlachtę wszystkim, co najgorsze, wciela się często w rolę „niemiłosiernego Titowa”. To oni odganiają starca, który chce odnaleźć kontakt ze swoją kulturową tożsamością.

A przecież nostalgia starca nie była jedynie chwilowym wzruszeniem na widok polskich żołnierzy. Nie nosił on kontusza jako pustego gestu buntu wobec tego, co utracone. Wyobrażam go sobie raczej jako człowieka, który w polskim stroju trwał z mądrością i pokorą właściwą tym, których życie nauczyło cierpliwości.

Czy ta nostalgia pozbawiała go krytycyzmu? Przeciwnie – w mojej wyobraźni starzec ten, śmieszny w oczach Rosjan, a pokrzepiający dla Niemcewicza, staje się symbolem historycznego realizmu, któremu wreszcie trzeba oddać sprawiedliwość.

Sarmatyzm, choć wciąż przeganiany i wyszydzany przez jednych, a przez innych używany jako tanie znieczulenie patriotyczne, nadal pozostaje nieopowiedzianą formą naszego zbiorowego istnienia – kulturową i, co ważniejsze, polityczną. Ze wszystkim, co w tym dziedzictwie zasługuje na obronę, i wszystkim, co domaga się krytyki.

Moda na kontusz

Właśnie ta podwójność sarmatyzmu – między nostalgią, sielanką i patosem a groteską, niechęcią i szyderą – wraca dziś z nieoczekiwaną siłą. Popularność serialu 1670 sprawiła, że motywy sarmackie zaczęły pojawiać się w przestrzeni publicznej z wielką częstotliwością. I to nie tylko w publicystyce i książkach popularnonaukowych, ale także w marketingu, gdzie sarmata okazał się niespodziewanie wdzięcznym bohaterem reklamy.

Na kilka dni przed premierą nowego sezonu Legia Warszawa zaprezentowała swojego nowego piłkarza – Damiana Szymańskiego – w stroju szlacheckim. Wyraźnie nawiązano do 1670. Humorystyczny komunikat: „Damian, jesteś swój chłop… oczywiście nasz chłop!” – połączył mitologię szlachecką z językiem piłkarskich emocji.

Robert Makłowicz na etykiecie „Makłowicz i synowie” wystąpił w kontuszu na tle dworku niczym gospodarz z sarmackiej uczty. Lasy Państwowe zaprosiły na „szlacheckie grzybobranie”, gdzie bohater w kontuszu porównuje się do borowika szlachetnego, który rozprawia się bezlitośnie z… kozakami. Podobną drogą poszły Żabka, InPost, mBank czy Ikea.

Wszystkie te przykłady mają lekko ironiczny ton, ale łączy je coś zaskakującego: marketing uznał, że sarmackie klisze mogą działać także pozytywnie. Nie tylko jako przedmiot szyderstwa, ale jako źródło wspólnego, zabawnego i nawet swojskiego kodu kulturowego.

Zjawisko to nie zatrzymało się jednak na poziomie reklamy. Sarmackie tropy zaczęły być wykorzystywane również w publicystyce i najnowszej literaturze popularnonaukowej. Jan Śpiewak, promując swoją książkę Patopaństwo, porównał współczesne polskie elity do zdegenerowanej szlachty, a polską klasę polityczną z Jarosławem Kaczyńskim i Donaldem Tuskiem na czele określił mianem neosarmacji.

Joanna Orzeł w książce My, Sarmaci podjęła próbę obalania mitów – zarówno tych przesadnie negatywnych, jak i nazbyt idealizowanych. Artur Wójcik w Sarmatii. Czarnej legendzie złotego wieku starał się rehabilitować dawne dziedzictwo. Pokazywał, jak krzywdzące bywają współczesne stereotypy. Z kolei Radosław Sikora w pracy Dawna Rzeczpospolita na nowo odkryta oddemonizował obraz szlacheckiej Polski. Uczynił z niej miejsce nie tyle prowincjonalne i śmieszne, ile tajemnicze i fascynujące.

Paradoks polega na tym, że serial, który powstał jako mniej lub bardziej udana satyra na szlachtę i jej współczesne wcielenia, nagle uczynił XVII w. powszechnym punktem odniesienia w polskiej kulturze zarówno w żartobliwych reklamach, jak i w poważniejszej refleksji publicystycznej lub historycznej. W tym sensie 1670 odniósł sukces większy niż można było przypuszczać: przywrócił Sarmację do zbiorowej wyobraźni.

Co więcej, równolegle do popkultury, marketingu i rynku książki dla laików również na polu naukowym obserwujemy znaczny ruch w interesie. Maciej Nawrocki wydał swój bardzo dobrej jakości doktorat w serii Fundacji na Rzecz Nauki Polskiej zatytułowany Sarmatyzm. Historia pojęcia. Kilka lat temu powstała monografia Macieja Parkitnego Nowoczesność oświecenia, w której poznański badacz postawił tezę o możliwości połączenia sarmatyzmu i oświecenia.

W Toruniu Paweł Bohuszewicz analizuje wątki sarmackie przejawiające się we współczesnej polskiej literaturze. W Łodzi Marek Tracz-Tryniecki wraz z zespołem od kilku dobrych lat pracuje nad nowymi edycjami dzieł politycznych z XVII w. na czele z kilkoma wybitnymi tłumaczeniami twórczości Andrzeja Maksymiliana Fredry.

Jeśli do tego dodać również wielkie syntezy historii XVIII w. dokonane przez Richarda Butterwicka czy kilka monografii naukowych poświęconym myśli politycznej dawnej Rzeczpospolitej autorstwa Anny Grześkowiak-Krwawicz, to dopiero wówczas widać w pełnym obrazie, jak z płodnym okresem dla tematów sarmackich i szlacheckich w szeroko pojętej kulturze mamy dziś do czynienia.

Sarmatyzm plebejski – nic nowego

Sarmatyzm masowy to nic nowego. W 2015 r. na łamach „Tekstów Drugich” Przemysław Czapliński analizował ewolucję sarmatyzmu w polskiej kulturze XX w. Wskazywał na jego przekształcenie w formę polityczności masowej.

Czapliński zauważał, że w latach 60. i 70. XX w., w okresie PRL-u, nastąpił proces „zawłaszczania” kultury szlacheckiej przez szerokie kręgi społeczne, co doprowadziło do powstania tzw. sarmatyzmu plebejskiego. To zjawisko, choć pozornie sprzeczne, stało się istotnym elementem kulturowym tamtego okresu.

Czapliński wskazuje, że w latach 60. XX w. PRL zgodził się na ekranizację powieści Henryka Sienkiewicza, co doprowadziło do powstania filmów, takich jak Pan Wołodyjowski (1969) i Potop (1974). Oba filmy przyciągnęły ogromną liczbę widzów – odpowiednio 10,9 mln i 27,6 mln, co świadczy o ich masowym odbiorze.

Te ekranizacje, choć osadzone w XVII-wiecznej Polsce, były odbierane przez współczesnych widzów jako opowieści o narodowej tożsamości i tradycji. Czapliński zauważa, że filmy te, mimo że były produkcją państwową, stały się nośnikiem kultury szlacheckiej, która w PRL-u była oficjalnie marginalizowana.

„Solidarność” była ruchem masowym, który można wiązać z tradycjami szlacheckimi, takimi jak sejmiki, kult maryjny czy silny regionalizm. Czapliński wskazuje, że te elementy były obecne w „Solidarności”, mimo że ruch ten miał charakter egalitarny i antykomunistyczny. W ten sposób sarmatyzm plebejski stał się formą polityczności, która łączyła tradycję z nowoczesnością.

Czapliński podkreśla, że sarmatyzm plebejski nie był jedynie zjawiskiem kulturowym, ale miał również wymiar polityczny. Stał się formą oporu wobec władzy, która próbowała kontrolować nie tylko życie społeczne, ale i narrację historyczną. W ten sposób sarmatyzm plebejski stał się narzędziem emancypacji, które pozwalało na reinterpretację przeszłości i budowanie nowej tożsamości narodowej.

Sądzę, że z podobnym zjawiskiem mamy do czynienia teraz. Oglądamy kolejne wcielenie sarmatyzmu masowego, ale nie tylko. Równolegle polska kultura polityczna poprzez kontekst geopolityczny, kryzys ustrojowy, konflikt PiS-u i PO i zmiany społeczne przybrała prawdziwą, neosarmacką formę. Oczywiście nie sposób jej tutaj w gruntowny sposób przedstawić, pozwolę więc na wskazanie kilku charakterystycznych tropów.

Sarmacka forma polityczna

Polacy wciąż, niczym w dawnej Rzeczpospolitej, obawiają się absolutyzmu. Prezydent w naszej wyobraźni ma być raczej ojcem narodu, figurą symboliczną niż realnym władcą. W szlacheckiej Polsce król pełnił funkcję stabilizatora, ale jego realna władza była ograniczona przez Sejm i przywileje obywateli. Lęk przed „jednowładztwem” do dziś blokuje nas przed zgodą na silną władzę wykonawczą.

Konstytucja z 1997 r., choć powstała w innych okolicznościach, w pewnym sensie reprodukuje ten stan rzeczy. Dwugłowy system prezydenta i premiera przypomina staropolskie „mieszanie żywiołów” ustrojowych: nieefektywne, ale zgodne z narodowym instynktem, że władzy nie można oddać jednemu ośrodkowi.

Wybór Karola Nawrockiego był dla mnie przejawem sarmackiej podejrzliwości wobec zbyt silnej władzy. Społeczeństwo najpierw odrzuciło rządy PiS-u w reakcji na restrykcje covidowe i sprzeciw wobec wyroku Trybunału Konstytucyjnego z 2020 r., a następnie, gdy Donald Tusk przejął władzę i ogłosił „demokrację walczącą”, gotową łamać prawo w imię wyższej konieczności, wystawiło czerwoną kartkę także tej polityce. Wybór Nawrockiego stał się więc wetem wobec Tuskowego jedynowładztwa.

Ta nieufność wobec silnego państwa sprawia, że nasza polityka nosi rysy klientelizmu, znane z XVIII w. Tak jak magnackie rody otaczały się klientelą szlachecką, tak dziś partie tworzą wokół siebie kręgi lojalnych wyborców gotowych wybaczyć liderom wszystko, a całą winę zrzucić na konkurencję.

Jak zauważył Marek Budzisz w rozmowie ze mną, współczesne partie są coraz mniej wspólnotami idei, a coraz bardziej „frakcjami personalnymi”, przypominającymi polityczne rody. W XVIII w. Radziwiłłowie, Potoccy i Czartoryscy tworzyli własne stronnictwa, które walczyły o wpływy nie w imię dobra wspólnego, lecz interesów rodu. Dziś PiS i PO działają podobnie, różnią się bardziej narracją, a nie wizją reform państwa.

Potrzeba patronatu politycznego nie ogranicza się do relacji wertykalnych; widoczna jest także w emocjonalnej i estetycznej lojalności wobec „zagranicznych przyjaciół”. W uproszczeniu: mamy dziś u nas partię, która czuje się „amerykańska”, i partię, która czuje się „europejska”. Obie chlubić się mogą aprobatą swoich patronów.

Tę samą tendencję, choć w innych warunkach, opisywali już publicyści szlacheccy. W XVIII w. stronnictwa magnackie aktywnie poszukiwały wsparcia dworów obcych mocarstw, a wejście obcych w wewnętrzne spory było normą. Porównanie nie ma charakteru moralizatorskiego, raczej wskazuje na ciągłość mechanizmu: gdy kraj nie wypracuje własnych, trwałych narzędzi państwowych, polityka łatwo staje się grą o protekcję.

Tu analogia do III RP jest szczególnie silna. Wszyscy wiemy, że system wymaga gruntownej zmiany – od służby zdrowia po obronność – a jednak politycy wolą administrować i zarządzać emocjami niż ryzykować niepopularne decyzje. Jak w czasach saskich paraliż reform państwowych staje się normą i nikogo nie dziwi.

Do tego dochodzi teatralizacja polityki. W Polsce retoryka i spektakl częściej zastępują dyskusję programową. Sejmy dawnej Rzeczypospolitej – pełne widowiskowych obrad i dekoracyjnych gestów – bywają modelowym przykładem polityki, w której forma przykrywa treść.

Dzisiaj mamy medialne show i potyczki wizerunkowe, realne decyzje często odbywają się poza okiem opinii publicznej albo po prostu odkładane są na później. W ten sposób polityka staje się teatrem konfliktu i potwierdzania lojalności, a nie mechanizmem ciągłej naprawy państwa.

Również ze źródła po sarmacku pojmowanej wolności politycznej wypływa nasz stosunek do państwa i prawa. Prawo stanowione traktujemy podejrzliwie jako coś, co można obchodzić, jeśli koliduje ze zdrowym rozsądkiem. Słynne zdanie Kornela Morawieckiego wypowiedziane w Sejmie, że „prawo jest dla ludzi, a nie ludzie dla prawa”, mogłoby równie dobrze być wygłoszone przez obywatela Rzeczpospolitej Obojga Narodów w XVII czy XVIII w.

Dziś widzimy to w praktyce: kryzys konstytucyjny, prowizorki prawne, brak szacunku dla instytucji. Polacy nie boją się braku regulacji, boją się ich nadmiaru. W tym punkcie tkwi zresztą podstawowy paradoks współczesnej prawicy w Polsce, która nie potrafi do końca się zdecydować, czy chce budowy silnego państwa, zaspokajać rosnące aspiracje Polaków, czy raczej państwa minimum, które także miłe jest uszom współczesnych sarmatów nieufających instytucjom.

Ten anarchiczny rys ma także drugą stronę – zdolność do zrywów. Polacy nie ufają państwu, ale w chwilach kryzysu potrafią się jednoczyć i dokonywać rzeczy nadzwyczajnych.

Zryw „Solidarności”, spontaniczna pomoc Ukraińcom w 2022 r. czy nawet ruch #TakDlaCPK to współczesne wersje dawnego ruchu egzekucyjnego, konfederacji czy rokoszy, gdzie szlachta niejednokrotnie brała sprawy w swoje ręce, bo pragnęła przywrócić państwu ład i siłę. To przypomnienie, że sarmacki żywioł wolności może być twórczy i reformatorski, choć szybko może przygasnąć, gdy przestanie mu się dostarczać kolejnych podniet.

Do polskiej formy politycznej powraca też wątek dumy. Coraz częściej mówimy o sobie jako o kraju, który osiągnął wysoki poziom rozwoju i potrafi bronić własnego stylu życia. Napawamy się w duchu kompleksu „Poland mentioned” każdą wzmianką z zagranicy o tym, że Polska przypomina Zachód sprzed pół wieku – ulice są bezpieczne, czyste, a ludzie żyją w dobrobycie.

To poczucie wyjątkowości nie jest już tylko biernym oczekiwaniem uznania od innych, ale coraz częściej staje się elementem naszej tożsamości. Duma z tego kim jesteśmy i do czego doszliśmy, nie gościła zaś w tym narodzie tak intensywnie właśnie od czasów sarmackich.

Rodzi się dziś przekonanie, że to, co udało się nam zbudować, nie jest gorszą kopią Zachodu, lecz czymś własnym, co może być nawet trwalsze i bardziej autentyczne. Widać w tym odruch odróżnienia się od Europy Zachodniej, która coraz częściej jawi się jako zblazowana i pogrążona w kryzysach. Polacy zaczynają dowartościowywać własny sukces, traktują go jako dowód, że lokalność i zakorzenienie mają większą siłę niż bezrefleksyjne naśladownictwo cudzych wzorców.

Ten lokalizm – podobnie jak kiedyś u sarmatów – jest ambiwalentny. Z jednej strony wzmacnia poczucie wspólnoty i daje energię do dalszego rozwoju. Z drugiej może przerodzić się w samozadowolenie i prowincjonalny dystans wobec tego, co z zewnątrz. Może i jest w tym dystansie coś z mentalności „naszej chaty z kraja”, ale przynajmniej jest to chata, z której wyglądu można być rzeczywiście coraz częściej dumnym.

Wreszcie – i to ważne – analogie te nie maja służyć ani idealizacji sarmackiego modelu, ani jego bezwzględnego potępienia. Chodzi o to, by rozpoznać ciągłość mechanizmów: lojalność ponad krytykę, skłonność do zewnętrznego patronatu, teatralność polityki i jednocześnie potencjał obywatelskiego zrywu i domagania się reformy.

Jeśli chcemy, by te cechy pracowały na rzecz państwa, a nie przeciw niemu, konieczne jest przede wszystkim jedno: świadoma praca przy odbudowie zdolności państwowych – kultury instytucjonalnej, która premiuje reformę zamiast politycznego teatru i klientelizmu.

Skojarzenie, analogia czy coś więcej

Przez długi czas myślałem, że gdzieniegdzie pojawiające się analogie do sarmackiej formy politycznej są jedynie skojarzeniami lub ewentualnie dalekimi odpryskami sarmackiej mentalności. Może jednak w tym podobieństwie jest coś więcej?

Może istotnie niektóre republikańskie i sarmackie odruchy – tak w kulturze, jak i w polityce – można wiązać z pewną stałą naszego charakteru narodowego? Może pod popkulturowym zwrotem sarmackim kryje się coś więcej? Może upadek starego bezpiecznego świata wybudził nas z politycznej drzemki i gdy staniemy przed lustrem, znowu zobaczymy w sobie 70-letniego starca z pamiętnika Niemcewicza?

Nawet jeśli to wyłącznie dalekie powidoki i przypadkowe podobieństwa, to warto spojrzeć w to lustro, TAK JAKBY były czymś bardziej poważnym. Z tradycji sarmackiej bowiem można wyciągnąć zdecydowanie więcej, niż chcą tego zarówno miłośnicy Sienkiewicza, jak i ci, którzy zaczytują się we współczesnej literaturze chłopomańskiej i najgłośniej rechoczą podczas oglądania 1670.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych.

Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o zachowanie informacji o finansowaniu artykułu oraz podanie linku do naszej strony.