„Państwowy Tinder” pomógłby walczyć z kryzysem demograficznym? Eksperci: to mogłoby się udać
Autor: Przemysław Batorski; grafika na bazie Zespół Świadomości, Wikimedia Commons, CC BY-SA 4.0.png
Polacy nie tylko coraz rzadziej decydują się na dzieci – coraz rzadziej w ogóle zawierają związki. Popularne aplikacje randkowe nie pomagają w znalezieniu stałego partnera, tylko zachęcają, by nieustannie szukać „ideału” albo niezobowiązującej „przygody”. Czy hipotetyczna niekomercyjna aplikacja randkowa, stworzona przy wsparciu rządu, pomogłaby przeciwdziałać katastrofie demograficznej? Zapytaliśmy o to ekspertów.
Dzieci rodzi się za mało, bo Polacy nie łączą się w pary
Kryzys demograficzny w Polsce zaostrza się. Według Głównego Urzędu Statystycznego, współczynnik dzietności spadł w 2024 r. do najniższego w historii poziomu 1,099. Jeśli taki wskaźnik zostanie utrzymany, do 2060 r. liczba mieszkańców Polski – prognozuje GUS – spadnie do zaledwie 28,4 mln.
Zarazem rośnie inny wskaźnik – liczba młodych Polaków, którzy korzystają z aplikacji randkowych. „70 proc. młodych Polaków randkuje online. Jednak w pokoleniu Z (osoby w wieku 18-29 lat) oraz millenialsów (30-44 lata) tylko 9 proc. osób w trwałych związkach poznało partnera w ten sposób” – pisze dr Anna Gromada, socjolożka z Polskiej Akademii Nauk, w eseju opublikowanym przez „Politykę Insight”.
Co więcej, według badania naukowców pod kierunkiem dr Marty Kowal z Uniwersytetu Wrocławskiego, już blisko 50% par powstających w Polsce poznaje się przez internet. Jednak pary te nie są tak szczęśliwe i zaangażowane jak te, które poznały się offline.
– Największym problemem demograficznym Polski nie są już ulgi podatkowe, żłobki czy transfery pieniężne. One pomagają parom, które już się poznały i myślą o dzieciach. Zasadniczy problem leży gdzie indziej: w Polsce nie powstaje wystarczająco dużo par – mówi Mateusz Łakomy, autor książki Demografia jest przyszłością.
– Obecne aplikacje randkowe są do tworzenia trwałych związków kompletnie niedostosowane. Decyzja o kontakcie zapada w ułamku sekundy, na podstawie zdjęcia, czyli kryterium, które dla mężczyzn jest drugorzędne, a dla kobiet trzeciorzędne, gdy chodzi o wybór partnera, z którym chcą założyć rodzinę – dodaje ekspert.
Czy rozwiązaniem tego problemu mogłoby być stworzenie alternatywnej aplikacji randkowej? Jak pisze dr Gromada, „[w] wersji minimum potrzebna jest jawność algorytmów aplikacji randkowych. W wersji optimum: częściowe odrynkowienie aplikacji np. przez powstanie ich niekomercyjnych odpowiedników, których celem nie byłby zysk”.
Jak zatem mogłaby wyglądać państwowa aplikacja matchmakingowa na gruncie polskim? Zapytaliśmy o zdanie ekspertów.
Eksperci: „państwowy Tinder” wymagałby dobrego algorytmu i szczegółowych danych
– Dziś Polacy masowo korzystają z aplikacji randkowych, zwykle nie zdając sobie sprawy, że algorytmy utrudniają im znalezienie stałego partnera. Uważam, że to dobry pomysł, żeby zbudować aplikację, która pomagałaby ludziom stworzyć stały związek – mówi Michał Kot, socjolog, współautor (z Bartoszem Marczukiem) książki Jak uniknąć demograficznej katastrofy.
– Taka aplikacja nie byłaby pewnie „game changerem” dla powstawania związków, przyczyn ich braku jest bardzo wiele. Ale mogłaby pomóc ludziom szukającym poważnego związku, a nie „spiknięcia” – wskazuje z kolei Bartosz Marczuk, były wiceminister rodziny, pracy i polityki społecznej.
– Nie walczmy z istniejącymi tendencjami, raczej podłączmy się pod nie w dobrym duchu. Chodzi o to, żeby ich nie ośmieszyć, nie mówić, że „państwo znajdzie ci drugą połówkę”. Państwo mogłoby wesprzeć taką inicjatywę dyskretnie, we wspólnym interesie społecznym – dodaje Marczuk.
– Platforma wspierająca poznawanie się w oparciu nie tylko powierzchowne kryteria, miałaby bardzo głęboki sens – podkreśla Mateusz Łakomy. – Z perspektywy użytkownika platforma matchmakingowa – odchodzę od słowa „aplikacja”, bardziej myślę „platforma” – musiałaby być po prostu atrakcyjna. Jeśli wyglądałaby jak strona urzędu skarbowego, nikt by jej nie używał. Natomiast jeśli miałaby nowoczesny, przyjemny interfejs – to, czy w tle stoi państwo, czy inny podmiot, przestałoby mieć znaczenie.
– Platforma matchmakingowa powinna dopasowywać użytkowników przede wszystkim na podstawie kryteriów, które badania naukowe wskazują jako najważniejsze dla trwałości związku i późniejszego stworzenia rodziny. Najważniejsze z nich to podobny status społeczno-ekonomiczny (wykształcenie, zawód, dochody, subiektywna pozycja społeczna). Zdjęcia oczywiście też tam będą, bo wizualizacja jest potrzebna, ale nie mogą być głównym czynnikiem decyzyjnym – dodaje Łakomy.
– Użytkownik wypełniałby szczegółową ankietę (wiek, wartości, plany życiowe, wykształcenie, zawód, zainteresowania itd.). Algorytm powinien przeliczać to na status społeczno-ekonomiczny, niekoniecznie pokazując te dane użytkownikom i proponować ograniczoną, dobrze wyselekcjonowaną pulę profili – tak, żeby nie było ciągłego przebierania jak w ulęgałkach i wiecznego niezadowolenia – mówi ekspert ds. demografii.
Państwowy matchmaking? Udajmy się do Japonii czy Singapuru
– To nie jest nowy pomysł. Aplikacje matchmakingowe, które ułatwiają znalezienie stałego partnera, już istnieją. W 2022 r. w USA powstała Keeper AI, która ma pomagać tworzyć stabilne związki, dobierając ludzi w pary dzięki sztucznej inteligencji.
W 2024 r. twórcy aplikacji chwalili się, że już odbył się pierwszy ślub osób, które dzięki niej się poznały. Taki pomysł byłby jednak mniej opłacalny biznesowo od aplikacji typu Tinder, dlatego, że klient, którego oczekiwania zostaną spełnione, już więcej do tej aplikacji nie wróci – mówi Michał Kot.
Państwowe inicjatywy matchmakingowe pojawiają się przede wszystkim w Azji Dalekowschodniej. Kontrowersje budzi sposób selekcji użytkowników i kwestia zbierania danych. Rząd Singapuru już w latach 80. XX wieku stworzył instytucję o nazwie Social Development Unit (potem Social Development Network), która organizuje wydarzenia dla osób samotnych w rodzaju sesji speed dating, rejsów czy lekcji tańca.
Pierwotnym celem SDU/SDN było wsparcie dla kobiet z wyższym wykształceniem, które coraz częściej pozostawały samotne i bezdzietne. Od 2006 r. SDN zmieniło swoją rolę, skupiając się na finansowaniu i akredytacji prywatnych agencji matrymonialnych. W 2023 r. instytucja zamknęła swoją stronę internetową – rząd Singapuru wyszedł z założenia, że nie ma szans rywalizowania z komercyjnymi aplikacjami randkowymi.
Niekomercyjne aplikacje matchmakingowe spotkamy także w Japonii, przede wszystkim na szczeblu samorządowym. W 2024 r. w obszarze Tokio uruchomiono aplikację Tokyo Futari Story, która wymaga od użytkowników, by zweryfikowali swój wzrost, wykształcenie i pracę zawodową, a nawet zarobki i prawo jazdy, a także zadeklarowali, że naprawdę są zainteresowani małżeństwem.
Z kolei władze prefektury Saitama twierdzą, że lokalna aplikacja matchmakingowa doprowadziła w ciągu sześciu lat do 12 tysięcy spotkań i około 500 małżeństw. Byłaby to jednak kropla w morzu potrzeb, zważywszy na to, że w całej tej prefekturze mieszka ponad 7 milionów osób. Podobnie jak w przypadku Singapuru, brakuje precyzyjnych danych, które pozwoliłyby ocenić skuteczność państwowej czy samorządowej „swatki”.
Polacy nie chcieliby „państwowej swatki”?
A może wystarczyłaby regulacja Tindera? – Byłbym bardzo ostrożny czy wręcz przeciwny, gdyby chodziło o regulację komercyjnych aplikacji randkowych. Trzeba by wtedy weryfikować ich algorytmy, a nie sądzę, by urzędnicy państwowi poradzili sobie z takim zadaniem – mówi Michał Kot.
– Forma własności ma drugorzędne znaczenie. Państwo mogłoby udzielać grantów, dofinansowania czy wspierać taką platformę poprzez kontrolowane przez siebie fundusze inwestycyjne z udziałem środków publicznych – mówi Mateusz Łakomy.
– Nasze państwo wykonało wielki krok naprzód, jeżeli chodzi o cyfryzację, natomiast biorąc pod uwagę nieufność Polaków w stosunku do państwa, tworzenie przez rząd takiej aplikacji mogłoby się nie udać – wskazuje Bartosz Marczuk. Zwraca uwagę, że potencjalnie lepszym wyjściem byłoby zaangażowanie organizacji pozarządowej, jak w przypadku selekcji firm, które oferują zniżki dla posiadaczy Karty Dużej Rodziny.
– Gdy przyszedłem do ministerstwa, widziałem, że to nie działa. Brakowało zamysłu i motywacji. Powierzyliśmy to zadanie Związkowi Dużych Rodzin „Trzy Plus”, czyli NGO z misją. Otrzymywali za to niewielkie w skali wydatków państwa wynagrodzenie, byli też rozliczani z liczby i jakości znalezionych firm. Chodziło o to, by nie były to wyłącznie firmy zajmujące się np. strzyżeniem psów. To fantastycznie się sprawdziło.
– Wyobrażam sobie podobny model: państwo jako niewielki płatnik, ale realizacja aplikacji przez NGO, które ma przekonanie o wadze sprawy i budzi zaufanie.
Nie „państwowy Tinder”, a pozarządowy?
Podobne stanowisko zajmuje Michał Kot: – Takiej aplikacji nie powinno tworzyć państwo, szczególnie w Polsce. Nasza kultura jest mocno oparta na zdrowej nieufności wobec państwa i jego administracji.
– Relacje, związki, rodzinę traktujemy jako coś bardzo prywatnego, nie chcielibyśmy ingerencji państwa w tę sferę i tego, by rząd zbierał o nas zbyt wiele informacji. Gdyby natomiast taką aplikację stworzył biznes albo organizacje pozarządowe, z dobrą kampanią reklamową – jestem przekonany, że wtedy miałoby to sens.
– Udanym przykładem współpracy rządu z organizacją pozarządową w sferze społecznej jest akcja „Rodzić po Ludzku”, dążąca do poprawy warunków panujących w polskich szpitalach położniczych. Kieruje nią organizacja pozarządowa, ale wsparcie państwa odegrało dużą rolę – wskazuje Michał Kot.
Podsumowując: gdyby w Polsce miał powstać „państwowy Tinder”, musiałyby być spełnione przynajmniej trzy warunki. Platforma matchmakingowa musiałaby być atrakcyjna dla użytkowników; musiałaby w skuteczny sposób przetwarzać ich dane i proponować dopasowania; państwo polskie musiałoby znaleźć sposób, by zdobyć zaufanie własnych obywateli.
Chociaż więc obecnie nie zanosi się na taki projekt, warto szukać inspiracji w przykładach udanej współpracy państwa z organizacjami pozarządowymi. Być może wtedy udałoby się uniknąć losu singapurskiej SDU, której akronim mieszkańcy tego kraju tłumaczyli jako „single, desperate and ugly” [samotny, zdesperowany i brzydki].
Wszystkie teksty Mateusza Łakomego z łamów Klubu Jagiellońskiego.
Wszystkie teksty Michała Kota z łamów Klubu Jagiellońskiego.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.